Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

(AF)

OPOZYCJA DEMOKRATYCZNA – czyli contradictio in adiecto

 Aleksander Ścios :

„Nie uznaję autorytetów ani prawd objawionych III RP” …

Nie będziemy razem, bo nie ma przyzwolenia na zdradę o świcie i na fałsz przekraczający ludzką miarę. Nie możemy być razem, bo nasz gniew jest dziś bezsilny, gdy zabrano nam tylu niezastąpionych. Nigdy nie będziemy razem, bo pamiętamy - kto siał nienawiść i chciał zebrać jej żniwo.”

 wtorek, 15 września 2015

OPOZYCJA DEMOKRATYCZNA – CZYLI CONTRADICTIO IN ADIECTO 

Gdyby na sprawę zamachu smoleńskiego spojrzeć z perspektywy aktywności medialnej Prawa i Sprawiedliwości, można dostrzec wielce zadziwiające zjawisko. Temat ten pojawia się i znika, przy czym cykliczność tego procesu można wytyczyć regułami kalendarza wyborczego. Im bliżej do wyborów, tym mniej słyszymy o Smoleńsku i tym skrzętniej pomijane są wątki dotyczące zamachu, zaś ustalenia zespołu parlamentarnego Antoniego Macierewicza stają się kłopotliwym i przemilczanym depozytem.

 Nad tematyką smoleńską góruje wówczas dogmat partyjnych szamanów od „pijaru” - im mniej Smoleńska, tym lepszy nasz „wizerunek” i tym łatwiej przekonać Polaków, że jesteśmy opozycją „odpowiedzialną i merytoryczną”.

Nie będziemy mówić o narodowej tragedii, bo odstraszymy „umiarkowany elektorat” i wyzwolimy wściekłość medialnych funkcjonariuszy.

Dogmat ten, wykuty w mozolnym trudzie miałkich „analiz” i wpatrywania się w wyniki tzw. sondaży, jest koronnym dziełem żurnalistów „wolnych mediów” i tych polityków PiS, którzy traktują moich rodaków niczym stado baranów.

 Trudno bowiem wyobrazić sobie bardziej instrumentalne traktowanie sprawy zamachu, jak przez pryzmat wyborczego kuglarstwa i „wizerunkowych” korzyści. Trudno też o mocniejszy przykład ulegania reżimowym terrorystom i niewolniczego stosunku do dyktatu ośrodków propagandy. Nie dziwię się, że zwolennicy tej „rozsądnej taktyki” nie próbują nawet zmierzyć się z pytaniem - jeśli od 2010 roku wciąż stosowano taką zasadę i na czas kampanii wyborczych „zawieszano” tematykę smoleńską, jakim prawem rozmaite mędrki udowadniają dziś, że mówienie o zamachu byłoby „przeciw skuteczne” i „zabójcze” dla wyników wyborczych?

 Kiedyż to PiS stawiał ten temat jako priorytet w swojej kampanii? Kiedy w czasie wyborczym otwarcie mówił o potrzebie rozliczenia winnych tragedii lub informował Polaków, że od kwietniowego poranka 2010 roku żyją w kraju rządzonym przez wspólników i zakładników zbrodni?  Jeśli nigdy nie zdobyto się na twardy przekaz, jaką metodą badawczą stwierdzono jego nieprzydatność i „przeciw skuteczność”?

 Kto zadecydował, że w kampanii wyborczej lepiej epatować głupotami o „dworcowych przygodach” E. Kopacz niż przypominać jej życiową rolę kłamcy smoleńskiego, że bezpieczniej nagłaśniać temat „przejazdów służbowych” Sikorskiego niż pokazać go, jako piewcę rosyjskich łgarstw i rzecznika dezinformacji?

Kto wymyślił, że dla Polaków ważniejsze będą pogadanki o gafach Komorowskiego, od wiedzy na temat zachowań tego człowieka po 10 kwietnia czy informacji zawartych w aneksie do Raportu?

 Nie znam logiki, która pozwala wierzyć, że moi rodacy są bardziej podatni na tandeciarski „pijar” niż spragnieni prawdy i sprawiedliwości. A jeśli tak sądzą mędrcy ze środowisk opozycyjnych i według takich wyobrażeń kreują wyborczy

przekaz – czym różnią się od zawodowych oszustów z ośrodków propagandy i jaką opinię wyrażają o swoim elektoracie?

 Uciekając od sprawy smoleńskiej podczas każdej kampanii, partia pana Kaczyńskiego nie tylko włożyła poręczną broń w łapy medialnych terrorystów, ale sama nauczyła Polaków, że jest to tematyka „kontrowersyjna”, „spiskowa” i zakazana. To ci, którzy decydują o „miękkiej strategii” i traktują Smoleńsk niczym straszak na bezrozumne dzieci, przyczynili się do wyrugowania tematu z pamięci Polaków i uznania go za „problematyczny”.

 Spróbujmy przywołać wizję historii alternatywnej i rozsądzić - gdyby po 10 kwietnia sprawa smoleńska (jak na to w pełni zasługuje), znajdowała się w centrum przekazu opozycji, gdyby każdego dnia przypominano o niej podczas występów polityków PiS w reżimowych gadzinówkach i systematycznie podnoszono na arenie międzynarodowej – kto mógłby dziś powiedzieć, że „Smoleńsk nie interesuje Polaków” lub uznać, że należy do tematów „nazbyt kontrowersyjnych”?

 Negatywny obraz i fałsz związany z tą sprawą, jest w równej mierze dziełem ośrodków propagandy, jak zasługą kuglarzy z partii zwanej opozycyjną.

 Przegrane kampanie wyborcze nie wywołały żadnej refleksji i nie wpłynęły na odrzucenie dogmatu o złych skutkach „politycznej gry Smoleńskiem”. Do dziś jest on uważany za przeszkodę na drodze do zwycięstwa wyborczego i bywa podnoszony jako kapitalny zarzut pod adresem „radykałów”.

 Większość doradców i publicystów partyjnych jest przeświadczona, że tylko wyciszanie tematyki smoleńskiej oraz uczestnictwo w medialnych „teatrach demokracji”, może przybliżyć wygraną PiS. I choć od pięciu lat partia ta nie robi nic innego, jak instrumentalnie żongluje wyborczą tematyką, nie tylko nie uzyskała od reżimowców miana „konstruktywnej opozycji”, ale wciąż jest atakowana i posądzana o nienawistną retorykę.

 Jakiż zatem cel tej żałosnej gry, jeśli ci, którzy ją prowadzą, nie tylko „cnotę stracili ale jeszcze rubla muszą dopłacić”? Dzięki takim postawom, narzucono nam amoralną konstrukcję semantyczną, w której prawo do piętnowania polskich reakcji przyznali sobie ci, którzy ponoszą odpowiedzialność za zbrodnię smoleńską, brali udział w ruskich matactwach i ukrywaniu prawdy. Istota tej upiornej mistyfikacji polega na dokonaniu tak głębokiej konwersji, iż sprawca staje się sędzią, oszust przyjmuje rolę mentora, ofierze zaś imputuje się winę i stawia pod pręgierzem oskarżeń.

 Nie żylibyśmy w świecie podobnych absurdów i panoszenia się apatrydów, gdyby opozycja i jej media wykazały dość odwagi i mądrości. Godząc się na tak uwłaczający dyktat, wyrządzają krzywdę temu i następnym pokoleniom Polaków. 

 Przyznaję, że umiarkowanie obchodzi mnie wynik najbliższych wyborów. Z partią pana Kaczyńskiego nie wiążę nadziei na odzyskanie Polski. Jako część systemu politycznego III RP, nie jest ona zdolna do zerwania z fałszywą mitologią  i nie chce obalenia magdalenkowego porządku. Nie ma w niej „oferty dla radykałów”, o którą prosiłem w jednym z lipcowych tekstów.

 Odzyskanie władzy przez PiS, może prowadzić do dobrych zmian i polepszenia życia moich rodaków, nie zakończy jednak państwowości komunistycznej hybrydy. Jeśli wobec przedstawicieli tego środowiska zachowuję szacunek i krytyczną uwagę, to dlatego, że nie ma dziś innej alternatywy i realnej siły politycznej. 

 Wbrew temu, jak zwolennicy PiS interpretują wyborcze zachowania, uważam, że ukrywanie najtrudniejszych tematów nie jest „posunięciem taktycznym” i nie ma nic wspólnego z „mądrą strategią”. Anonsuje raczej słabość tego środowiska i jest zwiastunem rzeczywistych, acz często skrywanych intencji. Taką zapowiedź przynosi już prezydentura pana Andrzeja Dudy, z jej specyficznym

rysem kontynuacji „doktryny Komorowskiego” i skrupulatnym unikaniem tematyki smoleńskiej.

 Wiara, że po wygranych przez PiS wyborach nastąpi cud nad Wisłą, jest równie uzasadniona, jak partyjny dogmat o ćwierćwieczu wolności i demokracji.

 Przyznaję, że sprowadzenie tematów politycznych do zwodniczej „merytoryczności”, jest zabiegiem mogącym zadowolić niedowarzonych wyborców lub nawet przekonać niektórych zwolenników PO. Tym, którzy widzą w III RP komunistyczną sukcesję i dostrzegają ogrom zniszczeń dokonanych przez reżim, „propozycje programowe” i jałowe „debaty” nie zastąpią konkretów i radykalnych rozwiązań.

 Mam też przeświadczenie, że jeśli sprawa zamachu na polską elitę, w ogóle jeszcze funkcjonuje w naszej świadomości, zawdzięczamy to odwadze i determinacji Antoniego Macierewicza oraz grupie ludzi, którzy zaangażowali się w wyjaśnienie narodowej tragedii. Gdyby rzecz zależała od partyjnych fircyków brylujących w reżimowych tv i od grona „niezależnych” żurnalistów, podzieliłaby los zbrodni katyńskiej. I tylko z uwagi na osobę ministra Macierewicza wiem, że w tej sprawie nie zostaniemy oszukani.(??? AF)

 Podziwiam też skuteczność agitacji i stopień samokontroli elektoratu PiS. To niebywałe, że każdy domorosły „politolog” i zwolennik pana Kaczyńskiego, powtarza dziś bezmyślnie mantrę o konieczności unikania „kontrowersyjnych tematów” i bez szemrania przyjmuje dyrdymały o „spokojnym oczekiwaniu na wynik wyborów”. Ludziom, którzy we wszystkich kategoriach gramatycznych odmieniają słowa „wolność” i „prawda”, nawet do głowy nie przyjdzie, by przeciwstawić się parcianej retoryce i zdobyć na samodzielną refleksję. Tym bardziej wydaje się im niepojęte, że można krytycznie oceniać działania PiS-u i nie sławić anemicznej, pustej prezydentury. Wierzyć, że do takich wyznawców trafiłyby słowa herbertowskiego mistrza Henryka Elzenberga –„surowość jest wyrazem szacunku, wyrozumiałość zaś – lekceważenia, niepodobna.

 

W całym obszarze  „wolnych mediów” i „prawicowej blogosfery” funkcjonuje niepisany zakaz podważania partyjniackiej strategii i głęboka niechęć do rzeczowej dyskusji. Doświadczam ich na własnej skórze, będąc oskarżanym o „sianie defetyzmu”, „wrogość” i „podważanie zaufania”. To zaś oznacza, że nie ma takich argumentów, które potrafiłyby pokonać demagogię i oportunizm. Ktoś przytomnie zapyta – po co więc krytyka tych, z którymi nie wiążę nadziei? Po co intelektualne zaangażowanie w sprawy, na które nie mam wpływu?

 Czytelnikom tego bloga zaproponowałem perspektywę szerszą niż partyjne konotacje i dalszą niż sięga wzrok małych demiurgów. Długi marsz jest drogą dla ludzi odważnych, niepoddających się powszechnym nastrojom i utartym schematom. Na tej drodze ma powstać „oferta dla radykałów” i wizja prawdziwej, antysystemowej opozycji. Ta zaś, może zaistnieć tylko wówczas, gdy mądra krytyka środowisk politycznych uchroni nas od kolejnego „zakrętu historii” i zrujnowania marzeń o Niepodległej. 

 Jeśli zachęcam do takiej krytyki, to nie po to, by „siać defetyzm” i „podcinać skrzydła”, ale dlatego, by w miejsce próżnych nadziei i łatwego optymizmu wyzwolić dążenie do budowania wolnego państwa. My naprawdę „zasługujemy na więcej”.

Więcej niż groteskowa opozycja i parodia wolnych mediów. Więcej niż dyktat reżimowych terrorystów i „taktyczne” ukrywanie zbrodni na naszych rodakach.

 To kwestia czasu, gdy poznamy prawdziwy przebieg wydarzeń z 10 kwietnia i ustalimy role rozpisane przez pułkownika KGB. Niezależnie, czy PiS dojdzie do władzy, czy też zdobywszy ją, nie będzie potrafił utrzymać – ta chwila nastąpi.

 Po niej zaś przyjdzie świadomość, że partia pana Kaczyńskiego tak dalece zatarła granice dobra i zła iż przestało istnieć pojęcie winy i kary, zdrady i hańby. Dzisiejszy relatywizm tego środowiska i instrumentalne traktowanie sprawy smoleńskiej, niosą zapowiedź takiej sytuacji.

 Opozycja antysystemowa powstanie w czasie walki o prawdę smoleńską, podczas twardej próby postaw i charakterów, gdy norma dotychczasowej „opozycyjności” okaże się zbyt wątła i nieskuteczna. Znajdzie zwolenników wśród ludzi na tyle szalonych, by nie uwierzyli w dogmat „naprawy” III RP i bałamutne hasła o „odbudowywaniu wspólnoty”.

 Stworzą ją ci, którym nie wystarczy „oferta programowa” Prawa i Sprawiedliwości, sprowadzona dziś do uwłaczających Polakom słów Jarosława Kaczyńskiego – „Nie możemy w tej chwili myśleć o żadnym rewanżu, o żadnym odwecie”. Bo, jeśli po ośmiu latach rządów obecnego reżimu,

przywódca partii opozycyjnej nazywa „rewanżem” i „odwetem” słuszne dążenia do prawdy i sprawiedliwości, do jakiego poziomu sprowadza własny elektorat i  jaką miarą mierzy nasze aspiracje? Nie o odwet i rewanż tu chodzi, ale o prawo do godnego życia i nazywania rzeczy po imieniu. Tego prawa nie zapewnią nam „projekty ustaw” i polityczny bełkot zacierający kanciaste granice. Nie odzyskamy go na drodze „dobrych zmian” i „demokratycznej ewolucji”.

 Ludzie, którzy nie cofnęli się przed paktowaniem z wrogiem, piewcy rosyjskich łgarstw i szydercy ze śmierci Polaków – nie boją się takich

narzędzi. Watahy oddającej mocz na znicze i „stróżów prawa” kopiących kwiaty złożone ofiarom – nie przestraszą „mechanizmy demokracji”.

Zwyrodniali sędziowie i służalczy prokuratorzy – nie znikną wraz z zapowiedzią „reform”.

 Musi przyjść czas, gdy również wyborcy PiS zrozumieją, jak iluzoryczne i nieadekwatne są narzędzia, którymi ta partia chce „zmieniać Polskę”. Dlatego mam pewność, że podczas długiego marszu powstanie autentyczna, antysystemowa opozycja.

Za: http://dakowski.pl