Drukuj
Kategoria: Myśl Narodowa
Odsłony: 7303

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

 Utrata polskiej niepodległości jest w większym stopniu procesem zachodzącym fizycznie, a nie jest warunkiem odczuwalnym w psychice naszego narodu!
- zjw


Na początek pewna opowieść. Przed II wojną światową istniały w Kielcach zakłady „Granat” działające na potrzeby wojska. Po wojnie, w czasach PRL, zakłady zmieniły nazwę na „Iskra” i dalej rozwijały się pomyślnie stanowiąc ważny, wręcz strategiczny element przemysłu Polski Ludowej. Ich głównym produktem były łożyska – części, bez których nie może istnieć żadna maszyna. Dlatego też fabryki łożysk w czasie wojen są zawsze jednym z pierwszych celów bombardowań. „Iskra” dawała zatrudnienie trzem tysiącom Polaków a do tego dochodziły też przecież miejsca pracy dla podwykonawców, inżynierów tworzących projekty na zamówienie i wiele wiele innych. Innymi słowy „Iskra” pełniła nie tylko ważną rolę w systemie gospodarczym kraju ale także istotną funkcję społeczną. Całe rodziny żyły i powiększały się dzięki istnieniu zakładów.

Dzięki składaniu zamówień na rozwiązania technologiczne u polskich inżynierów rozwijała się myśl techniczna a absolwenci politechnik mogli realizować swoje zainteresowania naukowe w swoim kraju, przyczyniając się do jego rozwoju. Aż przyszły lata dziewięćdziesiąte, zniknął (przynajmniej w teorii) komunistyczny reżim a u władzy znaleźli się ludzie zachwyceni zachodnim światem i wolnorynkowymi rozwiązaniami gospodarczymi. Rozpoczęto prywatyzację rzekomo nierentownego przemysłu.

Pod młotek poszły fabryki i zakłady pracy a razem z nimi życia ludzi, którzy od lat byli z nimi związani. „Iskra” została sprzedana japońskiemu koncernowi NSK co dokonało się ostatecznie w 1998 roku. Nowi właściciele  przejęli nowoczesny zakład niczym nieodstający technologicznie od swoich zachodnich odpowiedników, posiadający wykwalifikowaną kadrę inżynierską pochodzącą z najlepszych polskich uczelni. Jedynym problemem była kwestia pracowników - było ich według oceny Japończyków zbyt wielu oraz mieli zdecydowanie niejapońskie podejście do pracy, co wyrażało się na przykład w korzystaniu z urlopów wypoczynkowych w pełnym wymiarze. Jak tłumaczył w wywiadzie dla JAAP[1] Katsuyuki Kambara, Dyrektor Generalny Przedstawicielstwa w Warszawie NSK Europe Ltd. Japońscy pracownicy nigdy nie wykorzystują urlopów do końca bojąc się, że na ich miejsce przyjęty zostanie ktoś inny. Inaczej było z Polakami, którzy nie rozumieli azjatyckiego etosu pracy i zamierzali za wszelką cenę (nawet śmierci z wycieńczenia lub samobójstwa związanego ze stresem) w pełni korzystać ze zdobyczy XX wieku jaką jest urlop wypoczynkowy.

Z problemem rozprawiono się restrukturalizując spółkę, czyli zwalniając ponad 2 tysiące ludzi. Skończyły się zamówienia u polskich podwykonawców oraz inżynierów. Całą potrzebną myśl techniczną brano z Japonii. Rachunek ekonomiczny wygląda od tamtej pory oczywiście świetnie, bo produkcję udało się zwiększyć prawie trzykrotnie przy o wiele mniejszym zatrudnieniu. W tym miejscu dla większości tak zwanych liberałów i wolnorynkowców dyskusja byłaby zakończona. Skoro wszystko zgadza się finansowo to prywatyzacja zakładów przyniosła pozytywny efekt. Nacjonalista musi jednak dostrzegać głębsze skutki takiego przebiegu sprawy. Naród utracił zakłady, w które inwestowano przez pokolenia, pracowały w nich tysiące ludzi, dzięki nim rozwijała się technologia (nie wspomniawszy o wadze takowych fabryk dla państwa ze strategicznego punktu widzenia). I w przeciągu paru lat zakłady te przeszły w ręce obcego narodu, który posiadł je za stosunkowo małe pieniądze, czerpiąc z tego dodatkowe zyski. Takich miejsc na mapie Polski, oddanych za bezcen w ręce obcych narodów, jest setki. Prywatyzacja przeprowadzona w naszym kraju w momencie gdy żaden Polak nie mógł sobie pozwolić na zakup fabryki, umożliwienie zachodniemu kapitałowi wykupienie za przysłowiową złotówkę majątku narodowego było zbrodnią.

 

 

Kolonizacja Polskiego Przemysłu 

Przemysł i rolnictwo to dwa główne filary, na których opiera się życie gospodarcze narodu. W dzisiejszych czasach w związku z niesamowicie szybkim postępem technologicznym rozbudowa i ochrona tego pierwszego jest niesamowicie ważna. Zauważyli to już przed wojną ideolodzy narodowo-radykalni głosząc w siódmym punkcie „Deklaracji Obozu Narodowo-Radykalnego”potrzebę przerwania drenażu majątku narodowego przez kapitał międzynarodowy poprzez unarodowienie kluczowych gałęzi gospodarki i przedsiębiorstw. Deklaracja ta była pisana w latach 30 kiedy akumulacja kapitału w rekach międzynarodowej finansjery i korporacji nie była jeszcze tak wielka jak teraz, ale na tyle duża by móc wpływać na gospodarki młodych państw, które dopiero co budowały swoje bogactwo. Dziś zachodni kapitał jest już tak potężny, że bez odpowiednich regulacji na poziomie państwa nasze rodzime przedsiębiorstwa nie są w stanie z nim konkurować. Nawet gdyby dzięki odpowiednim technologiom i rozwiązaniom organizacyjnym mogły dorównać swoim zachodnim konkurentom to ci dzięki stosowaniu dumpingu cenowego innym ekonomicznym (i nie tylko) sztuczkom są w stanie zrujnować nasze firmy.

Istnieją oczywiście przedsiębiorstwa z powodzeniem konkurujące na rynkach zachodnich takie jak KGHM czy Orlen, lecz jak łatwo zauważyć są to spółki, w których duże udziały posiada skarb państwa, co zapewnia im względną ochronę i wsparcie. Mniejsze firmy tworzone od podstaw przez zaradnych Polaków nie posiadają niestety odpowiedniego parasola ochronnego i często muszą ulec w walce z potężnymi i wszechwładnymi koncernami. Dodatkowo nasz przemysł notuje coraz większy spadek produkcji, miast doganiać państwa zachodnie zostajemy w tyle. Według danych Eurostatu pozostajemy w tyle nawet za Rumunią. Zmniejszająca się produkcja własna uzależnia nas od zakupów w innych krajach. W ostatnim czasie podaje się wiele informacji o rosnącym eksporcie polskiej żywności do Czech zapominając że kiedy my wysyłamy im mięso i nabiał oni zalewają nasz rynek samochodami.

Postępująca kolonizacja kraju nie może pozostać bez wpływu na kondycję narodu. Pozbawieni środków produkcji Polacy stają się najemnikami w rękach obcego kapitału, który wbrew twierdzeniom liberałów okazuje się mieć narodowość. Zachodnie firmy nie są zainteresowane inwestowaniem środków w rozwój polskiej nauki i myśli technicznej oraz poprawą stanu gospodarki naszego państwa. Zachód stara się utrzymywać z nami stosunki gospodarcze podobne do tych jakie niegdyś utrzymywał ze swoimi koloniami. Dla nich jesteśmy tylko i wyłącznie rynkiem zbytu dla ich produkcji przemysłowej oraz rezerwuarem taniej i stosunkowo cywilizowanej siły roboczej. W wielu fabrykach przejętych przez koncerny pochodzące z Azji lub Europy Zachodniej zamyka się biura projektowe, a pracujący w nich dotychczas inżynierowie są zwalniani lub proponuje im się prace w centrali firmy. W ten sposób postępuje drenaż mózgów i planowe wyniszczenie polskiej myśli technicznej, której nie ma już ani kto ani dla kogo rozwijać - wszystkie rozwiązania kupowane są (oczywiście za odpowiednią sumę) od spółki matki przez lokalne przedstawicielstwa. Pieniądze wyprowadzane są za granicę przy zastosowaniu wielu rozmaitych wybiegów takich jak umowy na zakup firmowego papieru od zagranicznej centrali opiewające na sumy nienaturalnie duże jak na ten rodzaj transakcji. Wszystko to zmniejsza jeszcze bardziej bogactwo narodowe i prowadzi do ubożenia Polaków. W tym kontekście zabawnym jest określenie „zagraniczny inwestor” gdy bardziej pasowałoby słowo „kolonizator”

Zagraniczny kapitał zrobił wiele by doprowadzić nas do obecnego stanu, w którym Polska przypomina kraj postkolonialny. Wydarte nam z rąk fabryki i zakłady nie wzięły się przecież znikąd. PRL jak większość krajów komunistycznych był silnie uprzemysłowiony. W warunkach gospodarki centralnie sterowanej nasz potencjał gospodarczy nie mógł być w pełni wykorzystany. Jednak wraz ze zniknięciem poprzedniego ustroju zniknęły też ograniczenia. Wprawdzie duża część technologii nie mogła dorównywać tej zachodniej, jednak dzięki posiadaniu wykształconej kadry, w miarę taniej siły roboczej i tradycji przemysłowych istniała duża szansa, że przy dobrym zarządzaniu będziemy mogli na równych warunkach konkurować z resztą cywilizowanego świata. Do tego oczywiście nie można było dopuścić, więc gdy tylko reformy Balcerowicza otworzyły bramy do „prywatyzacji” rozpoczęło się wykupywanie stoczni, cukrowni i wszelkich innych zakładów mogących stanowić zagrożenie dla hegemonii gospodarczej krajów wysoko rozwiniętych starego kontynentu.

Po akcesji Polski do UE w sukurs przemysłowym kolonizatorom przyszli unijni urzędnicy, którzy nakładając kolejne ograniczenia i normy do reszty odebrali nam środki obrony naszego przemysłu. Najlepiej ilustruje to przykład strategicznej gałęzi gospodarki jaką są stocznie. Polska była w tej dziedzinie potęgą, nasz kraj ustępował jedynie Korei Południowej, Chinom i Japonii w ilości zwodowanych statków. Dzięki świetnej jakości i relatywnie niskich cenach zamówienia płynęły z całego świata. Wszystko skończyło się gdy Polska przystąpiła do Unii Europejskiej. Właściciele zachodnich stoczni naciskali na Komisję Europejską by ta wymusiła na Polsce zaprzestanie dotowania stoczni. Pomoc finansowa dla zakładów była konieczna by te mogły w miarę bezboleśnie zrestrukturyzować się i przejść w nową wolnorynkową rzeczywistość. Niestety Unijne regulacje w imię „równych szans” związały ręce rządowi i przypieczętowały los polskich stoczni, które były zbyt dużym zagrożeniem dla zachodniego kapitału. Dziś Polska Żegluga Morska kupuje statki w Japonii, stocznie zmieniły się w sterty gruzu i żelastwa a ludzie poszli na bruk. Co prawda niektórzy próbują otwierać na ich terenie firmy zajmujące się produkcją małych specjalistycznych jednostek morskich[2], ale nie ma już mowy o powrocie do dawnej potęgi.

Innymi sektorami polskiej gospodarki, które doznały poważnych strat w wyniku prywatyzacji był przemysł elektroniczny i zbrojeniowy. Gałęzie te są tradycyjnie uznawane za motor rozwoju technologicznego i innowacyjności.  Jak możemy dowiedzieć się z Raportu  „Straty w potencjale polskiego przemysłu i jego ułomna transformacja po 1989 roku. Wizja nowoczesnej re-industrializacji Polski” wydanego przez Polskie Lobby Przemysłowe im. Eugeniusza Kwiatkowskiego, w wyniku prywatyzacji utracono 55% procent majątku związanego z branżą elektroniczną. To co przez długie lata budował cały naród zostało w jednej chwili rozsprzedane i zniszczone. Po raz kolejny w imię wąsko rozumianego rachunku ekonomicznego wielu ludzi, w tym wysoce wykwalifikowanych pracowników i inżynierów, straciło pracę.

Obniżone cła na zagraniczną elektronikę zrobiły resztę - dziś Polska prawie nie rozwija już własnej elektroniki (oczywiście w porównaniu do czasów PRL). Podobnie stało się ze zbrojeniówką. Jak wiadomo innowacje w dziedzinie technologii wojskowej bardzo często przekładają się również na technologie cywilną. Przed 1989 rokiem na potrzeby polskiego przemysłu zbrojeniowego pracowało w dziesiątkach zakładów prawie 250 tysięcy ludzi. Dziś BUMAR oraz parę innych pozostałych jeszcze firm zbrojeniowych zatrudnia zaledwie 30 tysięcy pracowników. Ośrodki badawcze również zostały zamknięte a większość technologii musimy sprowadzać zza granicy. Państwo Polskie woli kupić poniemiecki złom albo wysłużone amerykańskie myśliwce niż inwestować w rozwój rodzimego przemysłu zbrojeniowego. W wyniku niszczenia innowacyjnych gałęzi naszej gospodarki spada liczba wdrażanych patentów, spadają nakłady na badania a cały kraj zmienia się jedynie w wielka fabrykę prymitywnych półproduktów podczas gdy za granicą wykonuje się najważniejsze, najbardziej zaawansowane, a co za tym idzie, najbardziej dochodowe prace.

Jak widać Polska w wyniku przekształceń własnościowych i transformacji systemowej stała się rajem dla międzynarodowych rozbójników którzy szybko zauważyli, że rozbudowywany przez lata polski przemysł wraz ze świetną kadrą inżynierską i naturalną zdolnością Polaków do innowacji może zaszkodzić ich interesom. Cegiełkę do dzieła zagłady dołożyła też Unia Europejska, która przecież nie mogła pozwolić by wschodnioeuropejski parweniusz jakim w jej oczach jest Polska wybił się gospodarczo przed narody starej Europy. W wyniku działań sił zagranicznego kapitału oraz ulegających jego naciskom (a czasami po prostu naiwnie i ślepo wierzących w różne ekonomiczne doktryny) politykom i ekonomistom nasz kraj bezpowrotnie utracił wielką część swojego dziedzictwa. Polska Rzeczpospolita Ludowa była marionetką Związku Radzieckiego, ale znajdujące się na jej terenie fabryki i zakłady budował przez dziesięciolecia cały naród. Wystarczyło jedno pokolenie by to wszystko zniweczyć.

 

Rola przemysłu w Państwie Narodowym 

Wielu liberałów czytając powyższe akapity stwierdzi pewnie, że skoro w wyniku prywatyzacji nasz kraj utracił przemysł to zadziałały prawa rynku i tak być musiało. Cały ten proces oczywiście zachodzi z pożytkiem dla konsumenta, ponieważ obniżają się ceny towarów i zwiększa się ich różnorodność na rynku. Liberał nie dostrzega żadnych innych skutków poza tymi, które odnoszą się do odbiorcy towaru. Jeżeli ktoś utożsamia się z takim systemem myślenia musi sobie jasno powiedzieć, iż nie ma on nic wspólnego z nacjonalizmem. Nacjonalista dostrzega długofalowe skutki zniszczenia majątku narodowego i nie patrzy na to jedynie poprzez pryzmat rachunku ekonomicznego. Nacjonalista rozumie, że człowiek może osiągnąć dostatek jedynie poprzez wspólnotę narodową, która chroni go i broni jego interesów, jednocześnie dając mu wolność i możliwość rozwoju. Dla każdego narodowca, który rozumie zachodzące w światowej gospodarce procesy globalizacyjne i jednocześnie, a który czując się członkiem wspólnoty krwi i kultury dużo starszej niż wszelkie korporacje czy banki - chce dać im odpór, zniszczenie polskiego przemysłu jest dziejową tragedią.

Najpoważniejszym skutkiem likwidacji fabryk lub przejęcia ich przez zagraniczne firmy jest sprowadzenie naszego narodu do roli „zbiorowego proletariusza”. Celem nacjonalizmu musi być więc zmiana tego stanu rzeczy. Już Jan Mosdorf w swoim dziele „Wczoraj i Jutro” pisał parafrazując słowa Marksa: Trzeba obalić wszelkie stosunki w których naród jest upodlony, ujarzmiony, opuszczony i wzgardzony. Zrobić to można jedynie poprzez odzyskanie środków produkcji, które zostały nam odebrane w imię liberalnych eksperymentów. Dziś trudno oczywiście wyobrazić sobie nacjonalizację całych gałęzi gospodarki. Niewątpliwie jednak kluczowe firmy i zakłady muszą zostać zwrócone żywiołowi polskiemu poprzez wykupienie ich przez skarb państwa a następnie sprzedaż ich po kosztach części udziałów polskim inwestorom.

Wielu czytelników pewnie uzna to za swojego rodzaju „socjalistyczną herezję”, lecz nacjonalista nie może przejmować się takimi zarzutami i pamiętać, że należy wykraczać poza ramy doktryn mając na względzie jedynie dobro narodu, a nie rojenia o bożkach wolnego rynku czy walki klasowej. Mosdorf we wspomnianym już dziele pisze, że największa sprzeczność stoi między Polską jako całością a kapitałem zagranicznym i międzynarodowym. Twierdzenie to jest nadal aktualne i świetnie charakteryzuje kolonialne stosunki w jakie wplątana została Polska. Zagraniczny kapitał posiadając odpowiednie środki i korzystając ze stworzonych przez polskich polityków warunków sprowadził nas do roli niewolników pracujących na jego potrzeby. Oni, kierowani arogancją i drapieżną chęcią zysku, zawsze będą starali się utrzymać ten status quo.

Zadaniem państwa polskiego powinna być więc ochrona i wspieranie polskich firm. Dziś „nasze” Państwo rzuca kłody pod nogi małym i średnim przedsiębiorcom, którzy i bez tego muszą walczyć z wielkimi korporacjami dla których stanowią konkurencję. Nakłada się na nich podatki, kolejne obostrzenia i administracyjne przeszkody gdy tymczasem wielkie zachodnie firmy żerują na Polsce wysysając z niej pieniądze. W takich warunkach nie może być mowy o odzyskaniu środków produkcji nawet przy jak największych chęciach i zacięciu ze strony polskich przedsiębiorców. Do odzyskania środków produkcji w kraju potrzebne jest wsparcie państwa i zdjęcie administracyjnych i podatkowych kajdan z rąk polskich firm. Zagraniczny kapitał otrzymuje przywilej udziału w 38 milionowym rynku, więc jemu nie należy zbytnio pobłażać.

Czemu przemysł jest tak ważny dla narodu? Ponieważ to on wytwarza największe i najtrwalsze bogactwo narodowe. Rolnictwo, jakkolwiek niezbędne do biologicznego przetrwania narodu, nie jest w stanie wytworzyć odpowiednich dużych środków. W końcu ile można na rynku międzynarodowym sprzedać warzyw i owoców? Natomiast różnego rodzaju usługi finansowe zazwyczaj sprowadzają się do zwyczajnej lichwy i przynoszą wirtualny, niepewny zysk.  Gospodarki na nich oparte są niestabilne i bardzo podatne na kryzysy. Przemysł za to jest stabilny a fabryki i wytwarzane dobra powiększają stan posiadania narodu, przemysł wymusza ciągły rozwój technologiczny i innowacyjność. Daje zatrudnienie ludziom, którzy niejednokrotnie na całe życie związują się z fabryką, w której pracują. Ta pewność jutra umożliwia powiększanie się rodzin i wzrost konsumpcji.

Nie jest dziełem przypadku to, że rodziny robotnicze zazwyczaj cechują się wysoką dzietnością. W artykule Wojciecha Zalewskiego pod tytułem „Polska bez proletariatu” z 1937 roku tak określano cele gospodarki według narodowców: … ostatecznym celem gospodarki jest stworzenie takich warunków życia w których by się mogły rozwijać siły moralne Narodu, jego duchowe wartości i jego tężyzna. Dlatego ustrój gospodarczy winien zapewnić rodzinom dobrobyt, aby rodzice naprawdę mogli wychować swoje dzieci. Jak widać kraj taki jak nasz, z podupadającym przemysłem skolonizowanym przez zagraniczny kapitał nie może w pełni realizować tych celów. Jak bowiem dobrze ma wychować dzieci ojciec zatrudniony na umowę-zlecenie w biurze jednej z korporacji ubezpieczeniowych lub banków. Brak stabilności w pracy skłania człowieka do zaniedbywania swoich obowiązków wobec rodziny a czasami nawet odbiera chęć do jej posiadania. Rozwój przemysłu w kraju spowodowałby przywrócenie równowagi w gospodarce i odtworzenie coraz mniejszej i uboższej klasy średniej. Ta gałąź gospodarki pełni więc ważną funkcję społeczną, co rzadko kiedy dostrzegają tak zwani liberałowie.

Potrzebę ponownego oparcia się na stabilnym przemyśle, czasami nawet wbrew rachunkowi ekonomicznemu, dostrzegają już państwa i firmy, które produkcję już jakiś czas temu przeniosły za granicę. Świetnie ilustruje to przykład branży motoryzacyjnej. Pomimo kryzysu amerykańskie koncerny takie jak General Motors, Ford czy Caterpillar przenoszą produkcję z Azji z powrotem do Stanów Zjednoczonych, pomimo wyższych kosztów pracy. Zjawisko to jest coraz bardziej powszechne i zostało już ochrzczone mianem reshoring'u czyli powrotu na brzeg. Nie bez znaczenia jest także to, że modnym stało się kupowanie produktów made in USA. Nie mówię jednak, że należy utrzymywać fabryki w kraju za wszelką cenę.

Przykład Fiata, który przeniósł do Włoch produkcję Pandy i zainwestował tam w czasie kryzysu jest może chwalebny, ale w związku ze specyfiką tamtejszego prawa pracy oraz kosztów - całkowicie chybiony. Może on najwyżej doprowadzić do upadku firmy i co za tym idzie zwiększenia bezrobocia. Polska jednak nie ma aż tak rozbudowanych takich tradycji socjalnych i nadal praca u nas jest relatywnie tania. Największym zmartwieniem przedsiębiorcy są przeszkody administracyjne i dysponująca potężnymi środkami zagraniczna konkurencja. Dlatego państwo musi wspierać wszelkimi środkami lub chociaż nie przeszkadzać w powstawaniu oraz rozwoju w Polsce zakładów przemysłowych. Gdy dzięki wprowadzeniu odpowiednich przepisów skończy się w Polsce kolonialny wyzysk i wyprowadzanie pieniędzy z kraju przez międzynarodowe koncerny, gospodarka oparta w odpowiednich proporcjach na rolnictwie, produkcji i usługach zacznie przynosić owoce.

 

Podnieść Gardę

Od chwili otwarcia się Polski na zagranicznych inwestorów trwa nieprzerwana grabież. Wszystko co mogło stanowić jakąkolwiek konkurencję dla zachodnich firm zostało sprzedane. Obecnie zaledwie mała część większych zakładów jest w polskich rekach. Liberałowie starają się udowodnić, że kapitał nie ma narodowości i na prywatyzacji zawsze zyskuje konsument. Nie będę polemizował z tym poglądem, ponieważ jako narodowiec nie zgadzam się z nimi już u podstaw. Nie utożsamiam dobra konsumenta z dobrem wspólnoty jaką jest naród. Nie mogę tego zrobić choćby dlatego że konsument ma wysoką preferencję czasową w przeciwieństwie do narodu, który jako zbiorowość złożona z wielu pokoleń ma niską preferencję. Fabryki i technologie nie powstają z dnia na dzień, potrzeba wielu lat pracy, badań i zainwestowania wielkich kwot pieniędzy by dorównać w tej dziedzinie zachodowi. Jednak żaden naród który nie posiada w swoich rekach środków produkcji nigdy nie będzie prawdziwie niepodległy. Polacy są przedsiębiorczymi i zaradnymi ludźmi, mamy perspektywy na wybicie się ze statusu kolonii. Jednak nie dokonają tego sami przedsiębiorcy, potrzebują ochrony państwa i skutecznego lobbingu na ich rzecz na arenie międzynarodowej. Powstający polski przemysł potrzebuje również większej swobody wewnątrz kraju w przeciwnym razie nie poradzi sobie zarówno z potężnym zagranicznym kapitałem oraz  krajową biurokracją. Nasz kraj można porównać do boksera który posiada potencjał lecz został źle wyszkolony przez swojego trenera. Nie potrafi się skutecznie bronić i otrzymuje kolejne ciosy od silniejszego wroga. Przyjęliśmy ich już jednak dosyć, czas by nasz kraj podniósł gardę i zaczął kontratakować.

Jan Sosnowski

 

Artykuł ukazał się w nr 12 kwartalnika „Polityka Narodowa”


[1]JICA Alumni Association in Poland

 

[2]I niektórym wychodzi to bardzo dobrze. Polska jest jednym z liderów jeżeli chodzi o produkcję luksusowych jachtów- w tym sektorze na czoło wysuwa się spółka Galeon.

 

Za:  https://narodowcy.net/blogi/upadek-polskiego-przemyslu1