Drukuj
Kategoria: Myśl Narodowa
Odsłony: 1127
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 
Przypominamy
Po co właściwie Polsce ta Unia?
Jak to już podnosiliśmy w poprzednim numerze, tak sformułowane pytanie nie miało do
niedawna w ogóle miejsca w jakiejkolwiek poważniejszej debacie publicznej, naturalnie poza
niszowymi środowiskami narodowymi. Członkostwo w UE było rysowane wprost obowiązkowo w barwach największego „polskiego” sukcesu w skali co najmniej stulecia, jeśli nie
wręcz całych dziejów nowożytnych. Niczym mantrę deklamowano w kółko bez różnicy tak
realne, jak i czysto wirtualne, o ile wprost całkowicie nie urojone, korzyści z bezpośredniego
i w istocie bezwarunkowego zaangażowania się III RP w ten globalistyczny projekt, sprowadzające się w ogólnym rozrachunku do dwóch punktów:
1)tzw. stabilizacji geopolitycznej,

czyli, inaczej mówiąc, „trwałego zakotwiczenia” w polityczno-gospodarczych strukturach Zachodu, stanowiących najlepsze zabezpieczenie przed ponoć wprost demonicznymi knowaniami Putina; 2)dynamiczny (przynajmniej na papierze) wzrost gospodarczy i zarazem wielki
„skok cywilizacyjny”, ukazywany i odmalowywany przy wykorzystaniu bardzo wybiórczych,
najzupełniej dowolnych kryteriów.
W tej kreowanej odgórnie na zmasowaną skalę skrajnie zatrutej i zafałszowanej atmosferze nikt nawet nie zamierzał na poważnie dyskutować o stopniu realnej suwerenności (w
praktyce nie istniejącej) kraju wewnątrz struktur unijnych, ba, nawet, zdaje się, odpuszczono
sobie w ogóle sporządzanie i konsekwentną aktualizację bilansu realnych, wymiernych zysków i strat członkostwa Polski w UE.
Dopiero ostatnie, w gruncie rzeczy drugorzędnej wagi, utarczki i przepychanki, praktycznie rzecz biorąc zresztą natury wyłącznie czysto propagandowej, pisowskiego rządu z brukselską eurokracją i stojącym za nią Berlinem wpuściły nieco świeżego powietrza do tej zatęchłej klatki.
Nie można już było dalej kreować tak stuprocentowo „proeuropejskiego” przekazu, nie można już było zamiatać nasuwających się z coraz większą natarczywością pytań i wątpliwości całkowicie pod dywan, zatem polskojęzyczne media zaczęły – oczywiście w pewnych, ściśle ograniczonych przypadkach i zakresie – prezentować nieco bardziej krytyczne spojrzenie na UE; zaczęły z nagła deliberować, czy aby ta przynależność do „Europy” jest dla nas aż tak jednoznacznie korzystna? Była to wszakże – i pozostaje ciągle – krytyka zasadniczo starannie dozowana i reglamentowana, a przede wszystkim wystrzegająca
się jak oka w głowie poważnego i realnego, a nie tylko czysto hipotetycznego, postawienia
kwestii tzw. Polexitu. Stosownie do tej wykładni rozcieńcza się więc tzw. eurosceptycyzm do
możliwie największych granic.
W tym nowym kontrolowanym przekazie medialnym, najzupełniej aprobowanym i lansowanym – co wielce symptomatyczne – także i przez rozmaite media „bogoojczyźniane”, nie
tylko podtrzymuje się wolę, ba wprost konieczność dalszego członkostwa w UE bez jakiejkolwiek wymiernej rewizji obecnych, tak jaskrawie niekorzystnych dla Polski jego warunków,
ale nawet wprost bredzi się np. o jakichś tam perspektywach odgrywania w jej ramach
„podmiotowej” roli – a wszystko pod jednym, jedynym warunkiem zastopowania budowy
„Europy dwóch prędkości” i odejścia od projektu budowy europejskiego superpaństwa. Czasem dopowiada się jeszcze, iż trzeba jeszcze dzielnie wytrzymać przez pewien czas obecny
napór i nacisk ideologiczno-instytucjonalny ze strony Brukseli i Berlina, by w konsekwencji
móc dojść z relacjach z nimi do jakiegoś ogólnego kompromisu, albo i nawet „strategicznego
porozumienia”, chociażby w imię tzw. mniejszego zła.
Wszelkie tego rodzaju zwodnicze podszepty należy stanowczo odrzucić. W każdym bądź
razie zasadniczym celem polskiego ruchu narodowego powinno być doprowadzenie do wyj-
ścia Polski ze struktur Unii Europejskiej. Postaramy się uzasadnić to stanowisko w kolejnych
numerach naszego pisma.
Od redakcj - Numer 2 2017 Nowy Przegląd Wszechpolski


Do jakiej Unii tak naprawdę wchodziliśmy?

Musiały minąć długie lata oficjalnej przynależności Polski do UE, zanim opadła wielka fala
nakręconego w swoim czasie do granic możliwości żarliwego, pryncypialnego euroentuzjazmu – i skutkiem tego stała się w ogóle możliwa jakakolwiek, chociażby bardzo nieśmiała,
publiczna debata o faktycznych kosztach, bilansie, a w najbardziej odważnym wariancie tak-
że i o celowości dalszego naszego pobytu w tej globalistycznej strukturze. Do niedawna
jeszcze można było sobie podyskutować o tym praktycznie wyłącznie przy domowej herbatce, no może jeszcze ewentualnie poczytać na co poniektórych niszowych forach internetowych.

Teraz, w nowej, nieco już zmienionej, rzeczywistości kwestia ta zaczyna powoli wchodzić do szerszej debaty publicznej, jakkolwiek dalej oczywiście w reglamentowanej formule i
zakresie. Na tę nową sytuację złożyły się z jednej strony wieloletnie doświadczenia całego polskiego społeczeństwa, które zdążyło już empirycznie doświadczyć nie tylko plusów, ale i wielu minusów rzekomo wprost rajskiego w prezentowanych założeniach żywota w „Europie”, a z drugiej narastające – póki co głównie na płaszczyźnie czysto propagandowej – spory i utarczki obecnej ekipy rządzącej z rozpanoszoną eurokracją na tle rzekomego deficytu demokracji w III RP, postępującego zamachu na praworządność etc.
Na tle tego postępującego rozczarowania, a nawet i rozgoryczenia coraz to większej liczby Polek i Polaków nagą rzeczywistością unijną pojawiła się też, firmowana z reguły „prawicową” czy też „konserwatywną” metką, fala emocjonalnych żalów i utyskiwań, sprowadzają- cych się w gruncie rzeczy tak naprawdę do jednego wspólnego mianownika – że oto zostali- śmy w pewnym sensie nabici w przysłowiową butelkę, bo przecież to nie do takiej Unii wchodziliśmy. Wchodziliśmy przecież bowiem do Unii (przynajmniej na papierze) równych szans i możliwości; do Unii oferującej biedniejszym krewniakom kuszące miraże przyspieszonego rozwoju gospodarczego i cywilizacyjnego; do Unii szanującej ponoć cywilizacyjną i kulturową tożsamość i wolność swych poszczególnych członków, wreszcie do Unii rzekomo „chrześcijańskiej”, a przynajmniej – chociażby tak pro forma – szanującej chrześcijańskie fundamenty i dziedzictwo całego kontynentu. Nasuwa się zatem pytanie, czy to my sami byliśmy od samego początku aż tak wielkimi ślepcami, czy też raczej to Unia, w miarę postępu czasu i nasilenia stopnia swego „opiekuńczego” wpływu, postanowiła w końcu zrzucić przybraną starannie maskę i pokazać nam swoją prawdziwą twarz? A może zachodzi jeszcze inna, wskazana już wyżej, opcja – a mianowicie, że od czasu naszej akcesji faktycznie zmieniła się ona aż tak bardzo na niekorzyść (z naszej perspektywy oczywiście patrząc). Nie jest bynajmniej rzeczą prostą odpowiedzieć wyczerpująco, jednoznacznie na tak sformułowane pytania, co nie znaczy, że nie można pokusić się w tym miejscu przynajmniej o pewne wnioski natury najbardziej ogólnej.

I tak we wspomnianym już „prawicowym” dyskursie zwykło się częstokroć upatrywać
głównego podłoża prawie że wszystkich animozji, większej lub mniejszej miary sporów, a
nawet w gruncie rzeczy mało istotnych różnic zdań na linii Warszawa-Bruksela masową inwazją i wysypem lewactwa wszelkiej maści i kalibru – neomarksistów, maoistów, genderystów, anarchistów itp. – w tej ostatniej. Gdyby nie wspomniani radykałowie, byłoby więc (w domyśle) w tej Unii zupełnie inaczej, dużo bardziej znośnie i normalnie, mówiąc wprost – byłoby tak bardziej po „naszemu”. Cóż, nie sposób przeczyć faktowi tejże lewackiej inwazji.

Nie sposób także przeczyć, iż to właśnie wspomniane kręgi nadają główny ton obecnej ideologicznej krucjacie przeciwko „populistycznej” i ciągle „zacofanej” Polsce. Z drugiej wszakże
strony nie wolno zapominać, że kształt wewnętrznej sceny politycznej w najbardziej znaczą-
cych krajach unijnych nie uległ wcale w międzyczasie jakimś większym formalnym przekształceniom, zaś największą frakcją w Parlamencie Europejskim pozostają ciągle chadecy – mniejsza już o to, że w istocie już tylko nominalni. I że jakoś specjalnie nie widać i nie słychać zdecydowanego sprzeciwu, ani nawet dyplomatycznego odcięcia się tychże od tegoż antypolskiego jazgotu.

Ta właśnie ideowa erozja dzisiejszej zachodnioeuropejskiej „chadecji”
jest najlepszą miarą postępującej erozji cywilizacyjno-moralnej krajów „starej” Unii. Dodajmy – erozji dawno już starannie zaplanowanej i skrupulatnie wcielanej w życie, nie zaś spontanicznych, odruchowych wybryków tego czy innego lewackiego radykała.

Od redakcji - Numer 1 2017 Nowy Przegląd Wszechpolski

 Za: http://npwmag.pl/archiwum.html