Ocena użytkowników: 1 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 
Jeśli ktoś miał jeszcze wątpliwości, że Polską rządzi razwiedka, w dodatku – poprzewerbowywana do tajnych służb różnych państw – to powinien się tych wątpliwości ostatecznie wyzbyć po krótkotrwałej wojnie na górze, spowodowanej deklaracją marszałka Komorowskiego o zamiarze wycofania polskiego kontyngentu z Afganistanu. Tym razem nie była to – jak poprzednio – z jego strony freudowska pomyłka, kiedy to ogłosił, że w porozumieniu ze sprawiającym wrażenie kompletnie zaskoczonego tą rewelacją premierem Tuskiem, przygotowuje plan wyjścia Polski z NATO. Zresztą – diabli wiedzą – może naprawdę są takie plany? Wyprowadzenie Polski z NATO mogłoby zostać przyjęte z pełnym aprobaty zrozumieniem przez strategicznych partnerów, bo znakomicie ułatwiłoby im realizację scenariusza rozbiorowego. Gdyby zatem Niemcy i Rosjanie, w ramach przygotowań do takiej operacji, zlecili swojej tubylczej agenturze całkowite obezwładnienie i izolowanie Polski, to cóż innego razwiedka mogłaby nakazać swoim pajacom, jeśli właśnie nie coś podobnego?
Sygnalizując tedy również taką możliwość zwracam jednak uwagę na wspomnianą wojnę na górze. Oto mianowany przez marszałka Komorowskiego szefem Biura Bezpieczeństwa Narodowego generał Koziej nie tylko opowiedział się za wycofaniem polskiego kontyngentu z Afganistanu, ale również dał do zrozumienia, iż realizowana tam strategia zrobiła klapę zaś zadania stawiane polskiemu kontyngentowi już dawno przekroczyły jego możliwości. Generałowi Koziejowi natychmiast replikował szef Sztabu Generalnego generał Cieniuch twierdząc, że afgański kontyngent wykonuje swoją misję w sposób zadowalający i w związku z tym nie ma żadnej potrzeby wycofywania się. Po posiedzeniu zwołanej w tym celu Rady Bezpieczeństwa Narodowego marszałek Komorowski oświadczył, że powinna zostać przygotowana strategia wyjścia z Afganistanu w ramach NATO, a jeśli się to nie uda, to Polska wyjdzie stamtąd na podstawie własnej strategii narodowej.

Wojna, to znaczy pardon – jaka tam „wojna”; dzisiaj nikt nie prowadzi żadnych „wojen”, a jedynie „operacje pokojowe”, ewentualnie „misje stabilizacyjne” – więc wo... tzn. misja stabilizacyjna w Afganistanie rozpoczęła się pod koniec 2001 roku. Jak wiadomo, 11 września 2001 roku terroryści zaatakowali kilka celów w USA, w związku z czym NATO uznało, że zaistniały warunki przewidziane w art. 5 traktatu waszyngtońskiego. Art. 5 stanowi że w razie zbrojnej napaści na członka NATO wszyscy pozostali uznają się za napadniętych i mogą udzielić napadniętemu pomocy według swego uznania. Art. 6 uściśla, że chodzi o napaść na terytorium którejkolwiek ze stron w Europie lub Ameryce Północnej, na terytorium Turcji lub wyspy na obszarze północnoatlantyckim na północ od Zwrotnika Raka. Ponieważ prezydent Bush został przekonany przez amerykańską razwiedkę oraz starszych i mądrzejszych, że atak terrorystyczny 11 września został przeprowadzony przez Osamę bin Ladena, przebywającego na terytorium Afganistanu, postawił rządzącym Afganistanem talibom ultimatum z żądaniem wydania Osamy bin Ladena. Tak naprawdę jednak chodziło raczej o tzw. pokazuchę, tzn. o przykładne ukaranie kogokolwiek, bo puszczenie płazem ataku na Amerykę nie wchodziło oczywiście w rachubę ze względów prestiżowych. Toteż po odrzuceniu przez talibów amerykańskiego ultimatum rozpoczęły się ciężkie bombardowania Afganistanu, któremu pozory legalności nadała rezolucja Rady Bezpieczeństwa z grudnia 2001 roku. Żadnego Osamy bin Ladena oczywiście nie znaleziono, ale wysłanym do Afganistanu Międzynarodowym Siłom Wspierającym Bezpieczeństwo udało się osadzić tam amerykańskiego agenta, Hamida Karzaja w charakterze prezydenta. Prezydent Kwaśniewski liczący na otrzymanie z rąk amerykańskich jakiejś dobrej posady po zakończeniu tubylczej prezydentury, 22 listopada 2001 roku wespół z Leszkiem Millerem podjął decyzję o wysłaniu do Afganistanu również polskiego kontyngentu, który miał tam „wprowadzać demokrację”.

Ponieważ jedynym tak naprawdę afgańskim towarem eksportowym jest opium i narkotyki pochodne, wprowadzanie demokracji w tym kraju budzi żywe zainteresowanie ludzi dobrej woli na całym świecie. Dlatego między innymi 11 sierpnia 2003 roku dowództwo nad Międzynarodowymi Siłami Wspierającymi Bezpieczeństwo w Afganistanie przejął Sojusz Północnoatlantycki w następstwie czego okazało się, że NATO po raz pierwszy prowadzi operację poza obszarem Europy, Ameryki Północnej, Turcji i Północnego Atlantyku na północ od Zwrotnika Raka. Jednak w następstwie tej strategii wśród Afgańczyków rośnie popularność talibów, w następstwie czego tamtejszy „prezydent” siedzi już wyłącznie na amerykańskich bagnetach i tak naprawdę nikt nie wie, co robić dalej. I dopiero ostatnio gruchnęła wieść, że Amerykanie odkryli w Afganistanie ogromne złoża żelaza, kobaltu, miedzi i litu, których wartość szacowana jest nawet na 3 biliony dolarów. Jeśli to prawda, to lepiej możemy zrozumieć strategię zaproponowaną przez generała Stanleya Mc. Crystala, żeby w Afganistanie zintensyfikować walkę o pokój. Generał poczuł się w siodle pewnie do tego stopnia, że pozwolił sobie nawet da kpinkowanie z prezydenta Obamy oraz starszych i mądrzejszych, i za te zelżywości i zniewagi został zdymisjonowany.

Ciekawe, że inicjatywa marszałka Komorowskiego, by wyprowadzić polski kontyngent z Afganistanu narodziła się niemal jednocześnie z pojawieniem się doniesień o tych bajecznych bogactwach ziemi afgańskiej, których w takim razie Polska nawet nie powącha, podobnie jak nie powąchała irackiej ropy, którą, zdaje się, w całości skonsumował płomienny bojownik o demokrację Rysio Cheney i w rezultacie do dzisiaj nie wiemy, czy Polska wygrała w Iraku, czy przegrała. Całe szczęście, że zarówno w Iraku, jak i Afganistanie nie toczy się żadna wojna, tylko operacje pokojowe, których, jak wiadomo, wygrać w ogóle niepodobna – bo – tak mówiąc między nami, demokracja polityczna jest ludziom potrzebna do szczęścia tak samo, jak psu piąta noga. Polega ona, jak wiadomo, na tym, że dzierżący rzeczywistą władzę starsi i mądrzejsi podsuwają ludziom kandydatów na ciemięzców – żeby sobie jakiegoś spośród nich wybrali. I ludzie, którzy myślą, że to wszystko naprawdę, doprowadzając się do stanu onieprzytomnienia, wybierają ciemięzcę i potem już nie mają głowy do walki o uwolnienie się spod ucisku, no bo zwolennikom wybranego ciemięzcy nie wypada przecież go krytykować, a przeciwnicy całą swoją złość skupiają na jego osobie.

Felieton  •  tygodnik „Nasza Polska”  •  6 lipca 2010

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Nasza Polska”.

Za:http://www.michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=1686