Państwo

Stanisław Michalkiewicz: Pułapki praworządności

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

W tropieniu przestępstw gospodarczych tak poniósł go szlachetny zapał, że się dopiero opamiętał, gdy się za własną rękę złapał” - pisał Janusz Szpotański w nieśmiertelnym poemacie „Towarzysz Szmaciak” o generale Bagno. („W tym czasie Bagno, Polak szczery, był pies straszliwy na afery”). Jak wiadomo, nowa kombinacja operacyjna, jaką Nasza Złota Pani przy wykorzystaniu starych kiejkutów i ich agentury uplasowanej pieczołowicie w tak zwanym wymiarze tak zwanej sprawiedliwości („Wysoka Sprawiedliwości” - zwraca się podsądny do niezawisłego sądu, który niezwłocznie go koryguje: tu nie ma sprawiedliwości, tu jest sąd), ma się dokonywać pod sztandarem praworządności. Skąd Naszej Złotej Pani, a konkretnie - pierwszorzędnym fachowcom z BND przyszedł do głowy taki pomysł - tajemnica to wielka, ale pewne światło rzuca na tę sprawę zarówno afera Amber Gold, jak i afera reprywatyzacyjna w Warszawie. Jak wiadomo, i w jednej i w drugiej umoczeni są funkcjonariusze tak zwanego wymiary tak zwanej sprawiedliwości.

Afera Amber Gold polegała na tym, że pan Maciej Plichta, na którym ciążyły już kondemnatki niezawisłych sądów, został umieszczony na fasadzie firmy Amber Gold, która majętnym naiwniakom, za pieniądze wystawiała papierki, na których było napisane, że reprezentują one ekwiwalent złota. Oczywiście żadnego złota nigdzie nie było, więc podejrzewam, że stare kiejkuty, które nie przepuszczają żadnej okazji by kogoś okraść, wydymać, albo przecwelować, bo consuetudo est altera natura - które to przyzwyczajenia stare kiejkuty wysysają z mlekiem matki i z mleczem ojca - zorganizowały to przedsięwzięcie, by zasilić swoją tajną kasę, potrzebowały umieścić na fasadzie właśnie kogoś takiego, jak pan Maciej Plichta - bo ktoś, kto wie, że został warunkowo odcięty od stryczka, musi bardzo uważać, żeby nie znaleźć się na nim ponownie.


Wymagało to jednak wciągnięcia do kolaboracji agentów uplasowanych w tak zwanym wymiarze tak zwanej sprawiedliwości - żeby rozpięły nad panem Plichtą i tym całym Amber Goldem parasol ochronny. Toteż żaden funkcjonariuszy niezależnej prokuratury, ani żaden z niezwisłych sadów, w słynącym w świecie z niezawisłości gdańskim okręgu sądowym, przez całe lata starannie nie zauważał słonia w menażerii, a i dzisiaj na pytanie sejmowej komisji śledczej: jak się pan nazywa? - taki jeden z drugim niezawisły sędzia, niezależny prokurator, czy inny dygnitarz odpowiada: nie wiem, nie pamiętam. Wyjaśnić to można jedynie na gruncie mojej ulubionej teorii spiskowej, według której takiemu jednemu z drugim niezawisłemu sędziemu, czy innemu dygnitarzowi, oficer prowadzący podsunął pod nos piąchę i powiedział: powąchaj no, frędzlu! Jak tylko puścisz farbę przed tą całą komisją, to my już ci przypomnimy, skąd ci wyrastają nogi! Toteż niezależna prokuratura wszczęła w sprawie Amber Gold tak zwane „energiczne kroki” dopiero wtedy, gdy cała przekręcona forsa została bezpiecznie ewakuowana do tak zwanej „sinej dali”, gdzie surowa ręka sprawiedliwości ludowej już nie sięga. Jakby tego było mało, to jeszcze w Warszawie, a jak się okazało - w innych miastach też - wybuchła afera reprywatyzacyjna.

Adwokaci, notariusze, a także niezawiśli sędziowie, prokurowali pozory legalności dla kradzieży nieruchomości, które następnie odstępowane były z kolosalnym zyskiem. Taki proceder byłby absolutnie niemożliwy bez parasola ochronnego, jaki nad jurysprudensami rozpostarły stare kiejkuty - oczywiście nie za darmo, co to, to nie - tylko - jak przypuszczam - za lichwiarski procent. Zatem kiedy również wybuchła afera reprywatyzacyjna, to znaczy - kiedy piorun strzelił już bardzo blisko - pierwszorzędni fachowcy z BND zorientowali się, że niezawiśli sędziowie, niezależni prokuratorzy i inni jurysprudensi za obietnicę uratowania tyłka zrobią wszystko, czego się od nich zażąda. Toteż uwijają się jak mogą, protestują, kongresują się na potęgę, a pani Małgorzata Gersdorf otwartym tekstem wezwała towarzycho do buntu przeciwko rządowi. Co w tym towarzychu robi pan prof. Adam Strzembosz - Bóg jeden wie - bo uprzejmie zakładam, że przecież ani stare kiejkuty, ani ich konfidenci z nim się nie dzielili. Pani Hanna Gronkiewicz - Waltz, to co innego. Z góry zapowiedziała, że nie stawi się przed komisją pana ministra Patryka Jakiego - jak przypuszczam, z obawy, że komisja ściągnęłaby jej majtki na oczach całej Polski - a takiego widoku nasz nieszczęśliwy kraj nieprędko by zapomniał. Osoba, która jeszcze niedawno przeżywała orgazmy z samym Duchem Świętym nie może sobie pozwolić na ujawnienie wstydliwych zakątków, nawet gdyby nie było żadnego oficera prowadzącego.

Skoro tedy kombinacja operacyjna ma się odbywać pod sztandarem praworządności, to nic dziwnego, że stare kiejkuty dostały rozkaz usunięcia z fasady Komitetu Obrony Demokracji Mateusza Kijowskiego - bo gdyby właśnie on był chorążym wymachującym przed całą Europą sztandarem praworządności, to byłoby tego za wiele nawet dla Fransa Timmermansa, który najwyraźniej upodobał sobie w roli owczarka niemieckiego. Teraz pan Łoziński buńczucznie deklaruje, że KOD „musi odzyskać czystą, uczciwą twarz”. He, he! Najwyraźniej zapomniał, co pisał Boy-Żeleński w opowieści, jak to „ o praemium się ubiegał bez Boskiey obrazy Tomkowic z sodalicyey i pan Aszkenazy” - że mianowicie: „darmo - co raz człek stracił, tego nie odzyszcze”.

W tamtym przypadku chodziło co prawda tylko o napletek - ale w przypadku konfidentów starych kiejkutów z jakich - jak podejrzewam - rekrutuje się trzon KOD, może to mieć zastosowanie i do twarzy - bo skąd niby u konfidentów twarz - zwłaszcza „czysta i uczciwa”? Toteż mamy do czynienia z wyścigiem z czasem - albo Nasza Złota Pani szybciej zdąży z kombinacją operacyjną, dzięki której konfidenci starych kiejkutów w niezawisłych sądach i innych ogniwach tak zwanego wymiaru tak zwanej sprawiedliwości będą mogli wreszcie odetchnąć z ulgą i znowu nadymać się niezawisłością - albo wcześniej znajdą się za kratami, podobnie jak w Turcji - i wtedy zagadnienie praworządności objawi się nam w całkiem innych kategoriach.

Na marginesie tej sprawy warto odnotować wyrok, jaki niezawisły sąd przysolił drukarzowi, który odmówił wydrukowania sodomitom jakiegoś plakatu. Niezawisły Sąd Okręgowy w Łodzi utrzymał w mocy wyrok, na podstawie którego drukarz ów został uznany winnym wykroczenia z art. 138 kodeksu wykroczeń („kto zajmując się zawodowo świadczeniem usług (...) bez uzasadnionej przyczyny odmawia świadczenia do którego jest zobowiązany, podlega...” - i tak dalej. Uważam, że niezawisły sąd w Łodzi wykazał się rażącym brakiem logiki, być może wywołanym obawą przed napiętnowaniem przy sodomitów, którzy poczynają sobie w naszym nieszczęśliwym kraju coraz zuchwalej - bo drukarz taką przyczynę podał - że mianowicie nie chce przykładać ręki do promocji sodomizmu.

Najwyraźniej dla Sądu Okręgowaego w Łodzi taka przyczyna nie jest dostatecznie uzasadniona. Ciekawe, czy byłaby całkowicie uzasadniona, gdyby drukarz powołał się na polecenie oficera prowadzącego? Ale to jeszcze nic - bo niezawisły Sąd Okręgowy w Łodzi chyba zapomniał o zasadzie swobody zawierania umów, w myśl której strona ma prawo wyboru kontrahenta. Najwyraźniej musiał nabrał przekonania, że ta zasada w przypadku sodomitów doznaje zawieszenia, że sodomitom nikt nie może się sprzeciwić. Ciekawe, czy niezawisły Sąd Okręgowy w Łodzi orzekł tak bezinteresownie, czy nie - bo na tym świecie pełnym złości wszystko jest możliwe - z sodomią w sądach włącznie.

Felieton    tygodnik „Najwyższy Czas!”    6 czerwca 2017

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

Za: http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=3953