Drukuj
Kategoria: Pamięć Walka i Męczeństwo
Odsłony: 10404
Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 
Grażyna Dziedzińska

  Nazwiska kpt. Józefa Kaplera ps. "Jutkiewicz", byłego rusznikarza i zbrojmistrza KDW KG AK (Kierownictwa Dywersji Wojskowej "Kedywu" Komendy Głównej AK), kawalera Srebrnego Krzyża Zasługi AK z Mieczami i Krzyża Virtuti Militari V kl., próżno by szukać w nowej Encyklopedii Powszechnej PWN. Nic więc dziwnego, że mało kto wie, iż ten bohater drugiej linii walk z okupantem hitlerowskim był konstruktorem i wykonawcą pistoletów maszynowych kalibru 9 mm, zwanych przez wykonawców i odbiorców polskimi stenami, produkowanych tuż pod bokiem żandarmów niemieckich patrolujących Warszawę.

Życiorys kpt. Józefa Kaplera stanowi cenny wkład do chlubnych kart dziejów wielu cudzoziemskich rodzin, które - osiadłszy na stałe w Polsce - zasymilowały się i pokochały nową ojczyznę do tego stopnia, że w najcięższych momentach, tak jak wszyscy polscy patrioci, walczyły przeciwko wrogowi. Dziad pana Józefa po mieczu, Holender, kupił majątek nad Wisłą i osiadł w nim wraz z żoną Holenderką. Z tego związku urodziło się trzech synów: Ludwik, Wilhelm i Edward. Ludwik, ojciec Józefa, ożenił się ze spolonizowaną Francuzką, Józefą z domu La Meljon, i przeszedł z wiary ewangelickiej na katolicką. Ukończył technikum kolejowe, został maszynistą i jeździł z Dworca Wileńskiego do Wiednia. Był on legionistą i zdeklarowanym piłsudczykiem. Syna Józefa (urodzonego 13 marca 1914 r.) wychował na prawego obywatela.

Patriotyzm wyniesiony z domu


Rodzina Kaplerów mieszkała w Kolonii Staszica w Warszawie. Józef ukończył szkołę podstawową na ulicy Narutowicza. Stanowiła ona kontynuację patriotycznego wychowania wyniesionego z domu. "Wszystko - mówił pan Józef - co jest we mnie najlepsze, a w tym miłość do Ojczyzny, zawdzięczam rodzicom i szkole, szczególnie zaś wychowawczyni pani Jadwidze Jurgielewiczowej. Założyła ona drużynę harcerską 31 WHD im. Stefana Czarnieckiego. Na zbiórkach (...) czytaliśmy Słowackiego, Mickiewicza, Żeromskiego, Krasińskiego i dyskutowaliśmy o tych utworach. Kochaliśmy ją wszyscy. W niedzielę w domu wychowawczyni, na Poznańskiej, jej ojciec, staruszek z długą brodą, opowiadał nam o Powstaniu 1863 r. Słuchaliśmy tego z wielkim zaciekawieniem. Brat pani Jurgielewiczowej był adiutantem prezydenta Mościckiego".
15-letni Józef Kapler ukończył następnie Technikum im. Konarskiego przy Lesznie 72 (wydział samochodowy, lotniczy, elektryczny) z I Miejską Nagrodą im. Stefana Starzyńskiego (dyplom i suwmiarka z dedykacją). Dyrektorem szkoły był płk Mejer, wykładowcami także oficerowie WP. Szkoła ta była czymś w rodzaju małej podchorążówki. Obowiązywał w niej wojskowy dryl (jakże przydał się on potem w latach walki). Uczniowie szkolili się w prowadzeniu samochodów wojskowych, w tym sanitarek, i w strzelaniu, ćwicząc w koszarach policji. Na ćwiczenia warsztatowe udawali się do fabryki polskiego Fiata. Każdej niedzieli uczęszczali do kościoła Narodzenia Najświętszej Maryi Panny na Lesznie (kościół ten został przesunięty, gdy po wojnie poszerzano jezdnię), gdzie śpiewali w chórze.
W 1934 r. Józef ukończył kursy pomaturalne dla dorosłych, a potem z polecenia kolegi ojca dostał się do fabryki "Konrad Jarnuszkiewicz i S-ka" przy ul. Grzybowskiej 25, zatrudniającej 600 ludzi i wykonującej głównie łóżka, stoły, fotele operacyjne, szafki szpitalne, ale też metalowe elementy budowlane, takie jak poręcze do schodów itp. Józef początkowo pracował na różnych stanowiskach, dzięki czemu dokładnie poznał produkcję fabryki. Gdy jako konstruktor przyczynił się do wykonania narzędzi specjalnych do produkcji podnośników samochodowych, które zakład zaczął wykonywać dla firmy Volvo, został mianowany kierownikiem narzędziowni.
Józef Kapler, gdy był już samodzielny finansowo, ożenił się w 1936 r. z poznaną w czasie rejsów żaglówką po Wiśle Kazimierą Gutowską ps. "Ziuta", (która później również uczestniczyła w walce konspiracyjnej).

Nasłuch z superheterodyny Philipsa


W 1939 r. na wieść o tajnej mobilizacji Józef zgłosił się na ochotnika do obrony Warszawy. Został przyjęty do 15. baterii łączności. Zadaniem jego i dwóch innych żołnierzy było utrzymanie łączności z posterunkiem wysuniętym w kierunku Wilanowa, który kierował ostrzał artyleryjski na Raszyn, opanowany przez Niemców.
Józef Kapler z goryczą wspomina jeden ze zbrodniczych epizodów tamtego okresu, którego sprawcami byli sowieccy "sojusznicy". Otóż, kiedy Niemcy zaatakowali Warszawę, Zakład Wytwórni Broni w Radomiu został przysposobiony do produkcji broni w podziemiu, w bunkrach w Łucku nad Bugiem. Gdy 17 września 1939 r. weszli tam Sowieci, pracowników internowali, a policjantów, którzy mieli jak wojsko pracować i ochraniać zakład - rozstrzelali w Gnojownie. Oficerów, inżynierów i innych przedstawicieli inteligencji zamordowali w Katyniu.
Trzykrotnie ranny - podczas ratowania płonącego Zamku Królewskiego - Józef Kapler po kapitulacji Warszawy wrócił do Piastowa, gdzie razem z żoną i córką wynajmował pokój z kuchnią. 11 września 1940 r. został zaprzysiężony do 7. kompanii AK "Jowisz" w Piastowie przez kpt. (obecnie pułkownika) Jana Sadowskiego ps. "Suzin", zawodowego żołnierza Korpusu Ochrony Pogranicza, który za walkę z oddziałami sowieckimi na Kresach Wschodnich otrzymał Krzyż Virtuti Militari V klasy Józef przyjął pseudonim "Jutkiewicz" i rozpoczął działalność w konspiracji.

Konspiracja w fabryce

W czasie okupacji fabryka przy Grzybowskiej, w której nadal pracował, znalazła się na terenie getta. Miał aussweis na wejście i codziennie oddawał swoje śniadanie żydowskim dzieciom. - Inni robotnicy także pomagali tym dzieciakom - wspomina kpt. Kapler. - Reginę i Mojsiego, dzieci Postolskich, bogatych żydowskich właścicieli damskiej bielizny z milanezu, ludzie polskiego podziemia konspiracyjnego ukrywali na wsi u gospodarzy.
Józef Kapler nie potrafił tylko zrozumieć zimnego okrucieństwa, z jakim żydowscy bogacze, często współpracujący z gestapo, traktowali swoją biedotę, zwłaszcza najbardziej bezbronne i nieszczęśliwe dzieci. Kiedy pytał Żydów o przyczynę takiego postępowania, odpowiadali: "W naszej filozofii jest zasada - w czasie katastrofy ratować mędrców i bogaczy, a dzieci i tak się urodzą". Dla Józefa Kaplera i innych Polaków ta "filozofia" była nie do przyjęcia.
W tym czasie w Piastowie ukazało się obwieszczenie okupanta o przymusie oddawania aparatów radiowych. Niemcy nie chcieli, żeby Polacy dowiadywali się o ich klęskach. "Jutkiewicz" jednak nie oddał swojego - doskonałego jak na owe czasy - 5-lampowego aparatu radiowego tzw. superheterodyny Philipsa. Schował go w skrytce pod podłogą i pewnego wieczoru zapisał informacje na małej karteczce, którą ukrył pod piaskiem. Dał tę informację koledze - tokarzowi, Stanisławowi Dzieniowi. Wtedy ten oznajmił mu, że ma rozkaz zorganizowania tzw. trójki - straży ochrony przemysłu polskiego. Zaprzysiągł "Jutkiewicza" i Henryka Wilka. Ich obowiązkiem było łańcuchowe organizowanie dalszych "trójek". Tak powstała w zakładzie pierwsza patriotyczna organizacja konspiracyjna.

Drukarnia w chlewiku


"Jutkiewicz" prowadził nasłuchy radiowe, a ukrywający się jego znajomy - harcmistrz ppor. WP Feliks Żebrowski - spisywał usłyszane przez niego informacje na maszynie przez kalkę i powielał ręcznie, wałkiem. Wkrótce zapotrzebowanie na te gazetki tak wzrosło, że trzeba było zorganizować "prawdziwą" drukarnię. Dokonano tego w porozumieniu z Janem Mazurkiewiczem "Radosławem" (d-cą zgrupowania "Radosław" w Powstaniu Warszawskim) i konspiratorami z Piastowa: Kaplerem, Grzywaczem, Jastrzębskim, Szubertem.
- W Piastowie, przy ul. Brandta 11, mieszkał sybirak, Włodzimierz Mieszczerski, samotny starszy pan, który był generałem w carskiej armii w Sewastopolu - opowiada Józef Kapler. - Do jego parterowego domu przylegała komórka o 2 pomieszczeniach. W tym większym wykopaliśmy z Felkiem i Mietkiem Sałkiem (moim uczniem zawodu u Jarnuszkiewicza) bunkier, który przykryto deskami i około metrową warstwą ziemi. Wejście do bunkra znajdowało się w drugim pomieszczeniu komórki. Trzeba było przedostać się przez studnię i przejść po drabinie.
W tym dobrze oszalowanym schronie na przełomie 1942 i 1943 r. urządzono strzelnicę dla pm-ów. Zainstalowano tam też odbiornik radiowy i powielacz, a w 1944 r. nawet drukarnię płaską, pedałową, ewakuowaną po "wsypie" jakiejś tajnej drukarni w Warszawie. Odbijano na niej komunikaty z nasłuchu, które rozrosły się do "Biuletynu Informacyjnego" i były kolportowane przez łączniczki pani Krygier.
- Po wpuszczeniu obsługi drukarni - wspomina "Jutkiewicz" - nasłuchującego, zecera mechanika, drukarza, wejście do studni przykrywałem deklem, zasypywałem ziemią i na całość zasuwałem płytę, na której chowałem świniaka. Wszystko było tak dobrze zakonspirowane, że nikomu nie przyszło do głowy, że w podziemiach komórki coś się dzieje. Wentylacja była połączona z piecem kaflowym w pokoiku dziadka Mieszczerskiego, który modlił się lub odpoczywał. Mnie polecono przeprowadzić się tam z rodziną i żywić dziadka. Pewnego dnia dowódca, Janek Sadowski, przyniósł mi uszkodzony pistolet "Walter". Naprawiłem go i ukryłem w murze na strychu tego niepozornego domku. Również "Biuletyny Informacyjne" ukrywałem w ścianie przed ich rozprowadzeniem przez łączniczki. Po jakimś czasie było to już prawdziwe archiwum: ulotki, oryginalne rozkazy "Grota" oraz arsenał: gdzieś wykopane i przeze mnie konserwowane "kbk" oraz coraz więcej broni krótkiej: "visy", a nawet "colt".
Sprawa papieru dla drukarni została załatwiona w ten sposób, że szef 7. kompanii Felicjan Zaborowski ps. "Pieniążek" oraz kpt. Sadowski "Suzin", założyli przy Dworcowej w Piastowie Spółdzielnię Spożywców, która pomagała niektórym ludziom w przeżyciu i w której prowadzono też tajne nauczanie. Prowadził je również Józef Kapler. Harcerska młodzież uczyła się obchodzić z bronią, poznawała historię Polski, tradycje patriotyczne, zasady konspiracji. Chcąc mieć wystarczającą ilość papieru, "spółdzielcy" wynajęli pomieszczenie w komórce nad bunkrem jako magazyn papieru, rzekomo dla pakowania towarów.

Nocne zajęcia straży pożarnej

W końcu 1942 r. "Jutkiewicz", jako rusznikarz 7. Kompanii Kedywu, przeszkolił żołnierzy AK w konspiracyjnych podchorążówkach w obsłudze angielskich stenów, automatycznych wielostrzałowych pistoletów pochodzących ze zrzutów. Oglądając je dokładniej, "Pieniążek" i "Jutkiewicz" doszli do wniosku, że takie steny dałoby się produkować konspiracyjnie w Polsce w większej liczbie na potrzeby AK.
- Byłem pewny wierności Polsce naszych kolegów z zakładowych trójek - stwierdza Józef Kapler. - Jako zastępca ich dowódcy Dzienia, który zginął w akcji, objąłem kierownictwo nad nimi. Dowodziłem również I sekcją zakładowej straży pożarnej, która co trzecią noc spała w fabryce. Utworzenie tej straży było pomysłem Niemców. Powstały więc trzy sekcje z pracowników fabryki i rozpoczęto ćwiczenia. Dostaliśmy specjalne czapki, które chroniły nas na ulicach przed represjami. W pracy co trzecią noc mieliśmy dyżury, nocując w specjalnej izbie z piętrowymi łóżkami. Kilku folksdojczów zajmowaliśmy grą w karty i upijaliśmy, a sami do białego rana wykonywaliśmy w fabryce detale do polskich stenów.

Wpadka

W 1942 r. Józef Kapler zorganizował grupę specjalistów różnych zawodów, do produkcji, a 10 osób do nadzoru. Wtajemniczył wszystkich w sprawę tylko fragmentarycznie, obawiając się wpadki. Na szczęście była tylko jedna. Folksdojcz - Danecker, kierownik wydziału mechanicznego, nakrył "Jutkiewicza", kiedy hartował w kuźni drobne elementy. Zarzucił mu, że robi fuchy i zagroził, że powiadomi dyrektora. Zdesperowany "Jutkiewicz" pierwszy powiedział o tym szefowi. Wówczas jednak okazało się, że pochodzący ze Szwajcarii i mający żonę Szwajcarkę dyr. Gustaw Rothert sam był związany z Polską Organizacją Wojskową, a jego dwaj synowie walczyli w partyzantce z Niemcami. Jeden zginął, drugi, Gustaw Jan Rothert, niedawno zmarł. Dyrektor zatuszował zdarzenie, udzielając "surowej" reprymendy Józefowi w obecności donosiciela.
Aby rozpocząć produkcję stenów, trzeba było oczywiście mieć pieniądze. "Jutkiewicz" poświęcił dla sprawy zaręczynowy pierścionek małżonki z brylancikiem. Z kolei por. "Suzin" zorganizował zbiórkę funduszy wśród zarządu i spółdzielców ze Spółdzielni Spożywców "Społem" w Piastowie, ponieważ dowództwo AK początkowo nie miało zaufania do pomysłu młodych zapaleńców z Piastowa. Józef Kapler był nie tylko koordynatorem, lecz i zasadniczym wykonawcą prototypu polskiego stena.
Dyrektor Rothert i inż. Śliżewski (dyr. administracyjny fabryki) pozwolili mu korzystać z maszyn i wszelkich materiałów zakładu. Biorąc za podstawę oryginalną konstrukcję angielskich stenów, "Jutkiewicz" wykonywał odpowiednio zakamuflowane rysunki techniczne. Wynajdował sposoby konspirowania czynności i maskowania ubytków magazynowych. Był też twórcą konstrukcji elementów tej broni z wykorzystywanych w fabryce gotowych materiałów, dostarczanych przez... Niemców. Dotyczyło to np. korpusów polskich stenów, które wykonywano z cylindrów hydraulicznych, oficjalnie produkowanych na podnośniki do stołów operacyjnych dla Niemców.
W zakładach "Gerlacha" żołnierze podziemia wykradali lufy do produkowanych tam przed wojną polskich wielostrzałowych ręcznych pistoletów i dostarczali je "Jutkiewiczowi". W fabryce przy Grzybowskiej cięto lufy na trzy części, steny bowiem miały krótsze lufy. Trzeba było je także przekalibrować z 6,35 mm do średnicy 9 mm. "Jutkiewicz" skonstruował też gwinciarki do luf. Sukcesy producentów polskiego stena sprawiły, że Bronisław Jastrzębski "Damazy" uzyskał zgodę Kedywu na finansowanie bieżącej produkcji oraz dostawę odpowiedniego materiału na lufy i trzony zamkowe, pod warunkiem, że wyprodukowane polskie steny będą do dyspozycji Kedywu. "Damazy" pośredniczył w załatwianiu wszelkich spraw organizacyjnych i finansowych z szefostwem Kedywu KG AK. Z kolei por. Tadeusz Gwiazdecki ps. "Mechanik" - przedstawiciel Kedywu KG AK, prowadził odbiór i kontrolę techniczną stenów oraz materiałów na lufy, dostarczał amunicję i magazynki (zdobywane często na Niemcach przez przebranych za hitlerowców partyzantów), bezpośrednio kierował produkcją stenów w zakładach Jarnuszkiewicza.
- Trzeba tu jeszcze dodać - wspomina kpt. Józef Kapler - że na Towarowej 30 była skrzynka kontaktowa. Mieszkała tam pani Jadwiga Hołubek. Jej mąż był pracownikiem Wytwórni Broni w Radomiu, a teść zastępcą przodownika policji w Radomiu. Ojciec - Michał Doliński - legionista Piłsudskiego zmarł po odniesionych ranach. Ta skrzynka przy Towarowej okazała się pomocna i potrzebna dla wytwórni stenów. Gdy już mieliśmy ich więcej, mój zastępca Henryk Wilk ps. "Stal" zawiadamiał "Mechanika", zapraszając go na kontrolę wykonanych pm i podpisanie odbioru. Była to bardzo ścisła kontrola ewidencyjna. Po porozumieniu się por. Gwiazdeckiego z płk. "Radosławem" ustalano, gdzie i kiedy łącznicy (m.in. Róża Mieszczanek "Barbara", sekretarka Szkoły Zawodowej im. Konarskiego, stała łączniczka od "Mechanika" do Zespołu Fabryki Jarnuszkiewicza) mogą odebrać przydzielone pm sten dla oddziałów: "Baszta", "Narocz", "Zośka", "Parasol". Odbiór był tak zorganizowany, że łącznicy nie mogli orientować się, gdzie była produkcja polskich stenów.

Polskie steny z polskim orłem

W grudniu 1943 r. ruszyła seryjna produkcja pm sten, oparta o wykonane i skompletowane oprzyrządowanie. Datę narodzin polskiego stena u Jarnuszkiewicza - grudzień 1943 r. - utrwalono w sygnaturze wybijanej obok orła. Skąd zaś na polskim pm sten wziął się orzeł? Otóż, Józef Kapler ukrył u siebie stempel ze znakiem orła i literami WP, którymi oznaczano wykonywane przed wojną w fabryce Jarnuszkiewicza kasetki pieniężne dla wojskowych płatników. Po przystąpieniu do produkcji stenów przydały się jak znalazł. Na włazie do magazynka, po jednej jego stronie wybijano orła, litery WP i pm, po stronie przeciwnej kolejny numer.
Magazyn broni oddziału "Narocz" (wchodzącego w czasie powstania przejściowo w skład zgrupowania "Radosław") znajdował się przy Mokotowskiej 36. Magazynierem był członek Szarych Szeregów, phm. Edmund Szaniawski ps. "Zbigniew", który miał papiery na nazwisko Węgra Edmunda Szechenyi. Z tego powodu jego pokój jako obcokrajowca i "sprzymierzeńca" Niemców przy drzwiach wejściowych był chroniony znakiem Urzędu Mieszkaniowego (Wohnungsamt). "Zbigniew" i jego współlokator pchor. Andrzej Gawecki ps. "Sław" przestrzeliwali otrzymane steny z dachu domu, w którym mieszkali (!). Jak to możliwe? Otóż w domu tym zakwaterowani byli także liczni Niemcy z administracji GG, którzy w czasie nalotów strzelali do nisko lecących samolotów. W tym samym momencie "Zbigniew" ze "Sławem" strzelali ze stenów, sprawdzając, czy się nie zacinają, czy biją ogniem ciągłym i pojedynczym itp.
Do chwili wybuchu powstania wyprodukowano 187 stenów. Jak potwierdzili fachowcy i użytkownicy polskich stenów, w tym "Zbigniew", broń ta doskonale sprawdzała się w walkach ulicznych. Jej celność skuteczna dochodziła do 500 m, magazynek mieścił 32 pociski kalibru 9 mm.

W rękach ubeków

Niestety, fabryka Jarnuszkiewicza została wysadzona przez Niemców. Pochowane tam maszyny i części do stenów pokrył gruz. Bunkier w Piastowie, w którym zakonspirowana drukarnia wydawała ulotki informujące tym razem o sowieckiej okupacji, "wpadł" 22 lipca 1945 r. po rozpracowaniu oddziału AK z Piastowa. UB aresztował dowódcę Jana Sadowskiego "Suzina". Dostał się w łapy najokrutniejszego zbira, Żyda z Rosji, funkcjonariusza NKWD, Józefa Różańskiego (Goldberga). Straszliwie torturowany podał adres bunkru, ale i tak ubeckie pachołki dobrze się napociły, by go wykryć.
Na wieść o aresztowaniu "Suzina" "Jutkiewicz" poprosił o pomoc wicepremiera Stanisława Mikołajczyka, który wysłał go na północ na Ziemie Odzyskane, aby w poniemieckich majątkach pilnował zbiorów zboża, ziemniaków itp. dla głodującej stolicy.
Po amnestii Józef Kapler wrócił do Warszawy. Zgodnie z zarządzeniem zgłosił się do komendy wojskowej UB. - Żebyśmy mieli z czego żyć - opowiada - gen. Mazurkiewicz ("Radosław") zorganizował na rogu Tamki i Topiel warsztat samochodowy, w którym montowaliśmy dla wojska poniemieckie samochody (wszystkie robione na jednakowych częściach, żeby w czasie awarii nie było kłopotów). Ja byłem kierownikiem zakładu, nad którym widniał napis: AK i T. Kiedyś zakład "nawiedził" Różański; przyjechał, żeby naprawić mu samochód. Zobaczył napis i zdębiał, w końcu wrzasnął: "Co to za AK?!!" "Autokonserwacja i Transport, towarzyszu pułkowniku" - odpowiedzieliśmy chórem, z trudem powstrzymując śmiech.
W 1947 r. "Jutkiewicz" razem z "Suzinem" i innymi pracownikami, a także z wojskiem, odgruzowywali fabrykę Jarnuszkiewicza. Kapitan Sadowski zaproponował wówczas, żeby Muzeum Wojska Polskiego zorganizowało ekspozycję maszyn, elementów i projektów do produkcji polskich stenów, wytwarzanych w fabryce pracującej dla Niemców. W artykule "Chluba stolicy: fabryka broni w czasie okupacji" gazeta "Wieczór" nagłośniła sprawę "wysiłku i poświęcenia polskiego robotnika w działaniach przeciw okupantowi", oczywiście nie zająknąwszy się ani słówkiem o Szarych Szeregach i AK. 11 czerwca 1947 r. na terenie fabryki odbyła się wielka feta z udziałem płk. Borkiewicza z Instytutu Pamięci Narodowej przy Prezydium Rady Ministrów, przedstawiciela Muzeum WP, Henryka Celmera i innych kacyków partyjnych. Ściskano "robotnicze dłonie", m.in. kpt. Sadowskiego, całe w bliznach po torturach w UB. "Goście - pisał "Wieczór" - oprowadzani przez dyr. Ślizowskiego i przewodniczącego Rady Zakładowej Waleszkowskiego, jednego z producentów broni, z pietyzmem oglądali eksponaty wyprodukowane rękami polskiego robotnika. Pułkownik Borkiewicz z uwagą notował historię i sposób produkcji, opowiadany przez robotników i organizatorów - kpt. Sadowskiego i ppor. Kaplera".
Notował i notował, notowali również ubecy, bo kiedy Sadowski i Kapler spotkali się w 1949 r. przypadkowo na ulicy i zaczęli rozmawiać o rodzinach, dzieciach itp., Kapler został zabrany do obozu na Gęsiówce, w którym wcześniej hitlerowcy przetrzymywali Żydów, uwolnionych przez powstańców warszawskich. Obóz ten został zmieniony przez totalitarny reżim żydokomuny na obóz dla Szarych Szeregów, AK i członków innych niepodległościowych, patriotycznych organizacji.
- Cela miała 25 m kw., upchano w niej 57 akowców - wspomina "Jutkiewicz". - Ani stać, ani siedzieć, maleńkie okienko pod sufitem stale zamknięte. Kible wylewano do zlewni, w której musieliśmy też myć miski do jedzenia. W więzieniu panoszył się strażnik, którego nazywaliśmy "Czapa". Nikt go nie lubił, nawet psy więzienne. Jeśli był na kogoś wyrok, kazał mu brać wiaderko i iść do lochu po węgiel. Więzień szedł pierwszy, "Czapa" za nim i po drodze strzelał więźniowi w tył głowy. Młody żołnierz, zmuszony do służby w UB, widział to kilkakrotnie i nie wytrzymał, pewnego dnia wsadził lufę karabinu w usta i popełnił samobójstwo. Mnie uratowały polskie steny, a raczej rozgłos, jaki powstał wokół tej sprawy. Opisanego w komunistycznej prasie "bohatera" nie wypadało trzymać zbyt długo w katowni. Pewnego razu strażnik wyjął z pistoletu magazynek i rzucił mi go (jak się okazało, identyfikując mnie w ten sposób z opisanym "dzielnym robotnikiem" od stenów), mówiąc: "Ty się na tym znasz, to go oczyść". Oczywiście zrobiłem tę pracę, dokładnie złożyłem pistolet. Za godzinę wezwano mnie przed oblicze tzw. sądu wojskowego. Ubeckie gremium ogłosiło, że jestem wolny. "Pomyliliśmy się - oświadczyli kaci - robotnik tak zasłużony dla powstania ludowej chłopo-robotniczej Polski nie powinien siedzieć w więzieniu". Cała moja rodzina płakała i modliła się, dziękując Bogu za tak cudowne, jak na tamte czasy, ocalenie - wspomina twórca polskich stenów.

Grażyna Dziedzińska, Nasz Dziennik, 2003-06-21

Za: http://www.naszawitryna.pl/jedwabne_982.html