Drukuj
Kategoria: Pamięć Walka i Męczeństwo
Odsłony: 10081

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 
6 lipca 1934 r. czołowi działacze ONR osadzeni zostali w Berezie Kartuskiej. Co to był za obóz? 

Obóz, którego oficjalna nazwa brzmiała „Miejsce odosobnienia w Berezie Kartuskiej”. Utworzono go 12 lipca 1934 roku na mocy rozporządzenia z mocą ustawy prezydenta Ignacego Mościckiego z dnia 17 czerwca w sprawie osób zagrażających bezpieczeństwu, spokojowi i porządkowi publicznemu. Pomysłodawcą utworzenia obozu był premier Leon Kozłowski, a jego pomysł zaakceptował Józef Piłsudski nazywając to zarządzenie „czerezwyczajką”. Rozporządzenie zezwalało na utworzenie wielu takich miejsc odosobnienia, ale utworzono tylko jedno – w Berezie. Obóz mieścił się w budynku dawnych carskich koszar.

Dla kogo był przeznaczony ten obóz?

Jak czytamy w rozporządzeniu z dnia 17 czerwca 1934 r. obiekt ten był przeznaczony dla osób, „których działalność lub postępowanie daje podstawę do przypuszczenia, że grozi z ich strony naruszenie bezpieczeństwa, spokoju, lub porządku publicznego„. Określano go jako „nieprzeznaczony dla osób skazanych lub aresztowanych z powodu przestępstw”.Był to więc prewencyjny obóz odosobnienia dla więźniów politycznych.

Jaka jest geneza powstania tego obozu?

Bezpośrednim impulsem, który skłonił Józefa Piłsudskiego do podjęcia decyzji o utworzeniu obozu, było zabójstwo ministra spraw wewnętrznych Bronisława Pierackiego dokonane przez Hryhorija Maciejkę, działacza Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN).

Temat Berezy Kartuskiej praktycznie nie funkcjonuje w świadomości Polaków. Dlaczego to wciąż temat tabu?

Piłsudski o zamachu majowym z 1926 roku powiedział, żeby nie stawiano pomników ku pamięci tego wydarzenia, co możemy odebrać jako wymazanie tego i innych epizodów kompromitujących sanację i Marszałka z powszechnej świadomości Polaków. W okresie II RP za choćby wspominanie publicznie o tych wydarzeniach groziło nawet więzienie, więc ludzie milczeli. Dziennikarze nie pisali artykułów, nie powstały naukowe rozprawy, a wspomnienia nie zostały spisane. Dziś, w okresie III RP nadal nie mówi się o „wyborach brzeskich”, zamachu majowym czy wreszcie o Berezie Kartuskiej. Są to tematy, które kłócą się z „legendą Marszałka”, a którą nadal karmi się w szkołach kolejne pokolenia. Przecież zarówno Komorowski jak i Kaczyński nieraz dawali wyraz swojej fascynacji „,marszałkiem” i żaden historyk nie odważy się burzyć obrazu wielkiego autorytetu Polaków, za jakiego nadal uchodzi Piłsudski.

Jak doszło do założenia tego obozu?

Jak już wyżej wspomniałem pretekstem do założenia „Miejsca Odosobnienia” był mord polityczny na ministrze Pierackim. Dziś wiemy, że wojskowa „dwójka” czyli wywiad nie tylko znała inspiratorów i wykonawców zamachu ale nawet była wcześniej uprzedzona, że do niego dojdzie. Znano nawet dzień, w którym miało dojść do mordu. O tym, że jakieś wpływowe czynniki sanacyjne dopuściły do usunięcia Pierackiego, miałby świadczyć fakt, że w porze obiadowej 15 czerwca nie było przed klubem przy ul. Foksal 3 żadnego z posterunkowych pełniących tam zawsze służbę w tych godzinach. Należy dodać, że Pieracki będąc kawalerem stołował się regularnie o stałej porze w tym klubie, będącym rządowym obiektem. Zamach ten był doskonałym pretekstem do wyeliminowania z życia publicznego niewygodnych z punktu widzenia sanatorów ludzi, w pierwszej kolejności byli to nieprzejednani narodowcy z antyrządowego ONR, na których początkowo wskazano jako wykonawców mordu na Pierackim.

Ilu narodowców trafiło do Berezy Kartuskiej?

Pierwszymi osadzonymi, posiadającymi dwa pierwsze numery więzienne, byli narodowcy z Krakowa, działacze Stronnictwa Narodowego – Antoni Grębosz i Bolesław Świderski, późniejszy lider Ruchu Narodowo Radykalnego (ONR-Falanga) w Małopolsce. Zostali oni przywiezieni do Berezy Kartuskiej 6 lipca 1934 roku o godz. 20. Nad ranem 7 lipca dołączyło do nich dziesięciu ONRowców z Warszawy. Był to słynny wówczas „transport warszawski”, w którym znajdowali się czołowi działacze organizacji, prawdziwa elita ruchu. Byli to adwokaci: Henryk Rossman, dr Jan Jodzewicz, Mieczysław Pruszyński, Henryk Łączyński, Edward Kemitz, a także studenci Bolesław Piasecki, Zygmunt Dziarmaga, Władysław Hackiewicz, Jerzy Korycki i Włodzimierz Sznarbachowski. Był to jedyny zbiorowy transport narodowców i naprawdę wyjątkowy. Każdy warszawski narodowiec przed opuszczeniem aresztu śledczego przy ul. Daniłowiczowskiej, w którym byli przetrzymywani już od 21 czerwca, otrzymał tort i bukiet róż z imiennym bilecikiem, następnie wszyscy pod eskortą zostali przewiezieni na Dworzec Wileński skąd pociągiem udali się w długą drogę do stacji Błudeń na Polesiu (Bereza Kartuska nie miała połączenia kolejowego). W trakcie podróży strażnicy zachowywali się wobec więźniów niemal jak służba a nie jak eskorta, m.in. donosili narodowcom wódkę i zakąski. Być może policjantom imponowała ogłada, wysoka pozycja społeczna niektórych i ich eleganci ubiór. W każdym razie atmosfera na tyle się rozluźniła, że na stację Błudeń, zarówno aresztanci jak i ich eskorta przyjechali mocno „wstawieni”. Na ten widok, oczekujący na „transport warszawski” specjalny oddział policji z Golędzinowa, zaaresztował natychmiast strażników odbierając im broń i pasy a rozweselonych aresztantów, przekleństwami i groźbami, przywrócono do porządku. Miał to być przedsmak tego, co czekało narodowców w „Miejscu Odosobnienia”. W sumie w całym okresie funkcjonowania obozu można się doliczyć 71 osadzonych tam narodowców. Warto jeszcze dodać, że w czasie „transportu warszawskiego” powstała piosenka „Marsz na polską Syberię”, której słowa brzmiały:

Kartuskie pola, poleskie błota,

Krew narodowców w mokry piach wsiąka.

Polską Syberię tworzy hołota,

Ratując swój ginący świat.

Refren piosenki brzmiał:

Car, Pystor i Wrona – Lamota, Sanacyjna hołota, hołota.

Kogo oprócz narodowców kierowano jeszcze do tego obozu?

Zaraz po przywiezieniu Świderskiego i Grębosza, czyli pierwszych osadzonych, do obozu trafiło trzech Białorusinów z komunistycznej partii chłopsko-robotniczej „Selrob”. W kolejnych dniach i miesiącach przybywały transporty działaczy Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów, Komunistycznej Partii Polski, Komunistycznej Partii Ukrainy i wspomnianego już „Selrobu”. Byli to przeważnie Ukraińcy, Białorusini i Żydzi, którzy sympatyzowali z komunistami. Generalnie przez pierwsze dwa lata funkcjonowania obozu, Bereza przeznaczona była dla działaczy politycznych zdelegalizowanych bądź nielegalnych, w myśl polskiego prawa, organizacji. Potem przyszedł etap kryminalny. Mianowice władze zauważyły, że obóz może doskonale się przydać do zapobiegania działalności sutenerów, paskarzy, handlarzy narkotyków itd. W ten sposób policja mogła usuwać osobników, o których wiedziała, że popełniają przestępstwa, ale nie miała wystarczających na to dowodów. Kryminaliści mocno dokuczali Ukraińcom i politycznym zesłańcom wszelkiej narodowości, szczególnie inteligentom. Bili ich i zmuszali do obsługiwania siebie. W okresie tym w obozie nie było już narodowców. W ostatnim, trzecim, etapie, na kilkanaście miesięcy przed wybuchem wojny, Berezę zapełnili Niemcy, głównie hitlerowcy. Zdarzało się jednak, że do Berezy wysyłano osoby winne tylko tego, że miały nazwiska niemieckie. W ten sposób do obozu trafił m.in. Wedel, właściciel słynnej fabryki czekolad. Warto dodać, że do „Miejsca Odosobnienia” trafiali również działacze legalnych ugrupowań, Stronnictwa Narodowego, Stronnictwa Ludowego i Polskiej Partii Socjalistycznej a nawet sanatorzy, jak znany publicysta Stanisław „Cat” Mackiewicz, który został „odosobniony” na okres 17 dni pod zarzutem osłabiania ducha obronnego Polaków, gdyż ostro krytykował politykę obronną i zagraniczną ówczesnych władz, szczególnie ministra spraw zagranicznych Józefa Becka. Liczba osadzonych w Berezie Kartuskiej trudna jest do oszacowania, podawane są liczby od 3000 do 16 000 osób, które przewinęły się przez obóz w okresie ponad 5 lat jego funkcjonowania. W każdym razie  jednorazowo osadzonych w obozie było od 100 do 600 skazańców, np. w pierwszym okresie, gdy w obozie przebywali narodowcy, liczba więźniów wynosiła 219. Wraz ze zbliżaniem się tragicznego września 1939 roku, gdy na kresach wschodnich rozwijała się proradziecka propaganda, rosła liczba osadzonych w Berezie komunistów. Np. w roku 1936 na369 osadzonych było aż 342 komunistów, najsłynniejszym z nich był Franciszek Jóźwiak, w okresie PRL komendant główny Milicji Obywatelskiej.

Na jakiej podstawie osadzano tam więźniów?

Włodzimierz Sznarbachowski, jeden z liderów ONR-Falanga, wówczas student trzeciego roku prawa na Uniwersytecie Warszawskim, w swojej książce pt. „300 lat wspomnień” odtwarza z pamięci tekst pisma jakie otrzymał on i inni osadzeni w areszcie śledczym przy ul. Daniłowiczowskiej od Komisarza Rządu na Miasto Stołeczne Warszawę, Włodzimierza Jaroszewicza: „Ponieważ Pańska dotychczasowa działalność  daje podstawy do przypuszczenia, że dalsze jej prowadzenie może zagrozić spokojowi, porządkowi i bezpieczeństwu publicznemu, zarządzam  (…) zatrzymanie Pana i skierowanie do miejsca odosobnienia w Berezie Kartuskiej”.

Z tą chwilą aresztanci zostali wyjęci z poza normalnego trybu prawnego a władze mogły z nimi postępować w dowolny sposób. Osadzano w obozie na podstawie decyzji administracyjnej bez prawa apelacji na okres 3 miesięcy. Osadzenie mogło być przedłużone na kolejne 3 miesiące. A nawet znane są przypadki przetrzymywania na okres dłuży niż rok. Do Berezy szło się więc nie za popełnione, a w każdym razie nie za udowodnione, przestępstwo, ale w celu zapobieżenia przestępstwu.  Był to więc swego rodzaju obostrzony areszt prewencyjny o którym jeden z osadzonych, Zygmunt Bauman, wyraził się słowami „terror uprzedzający przestępstwo”. Również przypadek Stanisława „Cata” Mackiewicza ilustruje na jak błahej i mocno kontrowersyjnej, z prawnego punktu widzenia, podstawie więziono ludzi w Berezie Kartuskiej.

Ile osób w sumie straciło tam życie?

Podaje się, że w Berezie Kartuskiej zmarło od 13 do 21 osób. Byli to przeważnie więźniowie narodowości Ukraińskiej, nad którymi szczególnie się znęcano. Czynili to zarówno strażnicy jak i współwięźniowie-kryminaliści z drugiego okresu funkcjonowania obozu. Wpływ na śmiertelność w obozie miały również warunki klimatyczne najbliższej okolicy, czyli bagienne niziny wśród których z powodzeniem rozwijały się różne choroby zwłaszcza gruźlica i reumatyzm. Największe jednak śmiertelne żniwo przyniosła surowa poleska zima roku 1934/35 kiedy budynki obozowe nie były dostatecznie ocieplone a więźniowie nie posiadali jeszcze ciepłych ubrań, poza tymi, które mieli na sobie z chwilą zatrzymania.

Ilu narodowców?

Narodowcy, zwłaszcza ci z „transportu warszawskiego” byli zwalniani w październiku, najpóźniej w listopadzie 1934 roku, uniknęli więc poleskich mrozów, byli również lepiej traktowani od współwięźniów – Ukraińców i Białorusinów. Dlatego nie ma wśród nich ofiar śmiertelnych. Oczywiście wielu zachorowało na gruźlicę czy nabawiło się reumatyzmu. Wielu zapadło również na depresję i wycofało się z czynnego życia politycznego. Największą ofiarą Berezy Kartuskiej z pośród narodowców, będącą symbolem swoistego „męczeństwa”, był lider ONRu, adwokat Henryk Rossman, który po opuszczeniu obozu mocno podupadł na zdrowiu i w wieku 41 lat zmarł na uremię czyli chorobę nerek, której przyczyną miał być ostry rygor, wprowadzony w obozie, oddawania moczu na komendę. Wymiar symboliczny miał również wieniec żałobny wykonany z drutu kolczastego złożony na grobie Rossmana

Czy wiadomo, jak wyglądała organizacja tego obozu? Kto za to odpowiadał personalnie?

Więzienie w Berezie Kartuskiej organizowali: dyrektor Departamentu Politycznego w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych Wacław Żyborski oraz naczelnik Wydziału Narodowościowego w tymże departamencie płk Leon Jarosławski. Nadzór nad nim ze względu na właściwość terytorialną sprawował wojewoda poleski płk Wacław Kostek-Biernacki, często utożsamiany z jego komendantem. Faktycznie byli nim inspektorzy policji Bolesław Greffner z Poznania, pełniący tą funkcję do grudnia 1934, a po nim już do końca funkcjonowania obozu Józef Kamala-Kurhański

Płk Wacław Kostek-Biernacki, jak wyżej wykazałem, często niesłusznie był utożsamiany z komendantem obozu, jest to wynik „czarnej propagandy” PRL oraz osobistego zaangażowania wojewody w organizację obozu, jak częste kontrole i wizyty w obozie, często przeprowadzane incognito w przebraniu. Ciekawą dygresją może być fakt, że syn wojewody, Lesław Biernacki, jako działacz ONR, również był poszukiwany przez policję, a jego ojciec rozesłał do wszystkich podległych mu komisariatów ogólnik, w którym nakazywał aresztowanie syna i natychmiastowe odesłanie go do Berezy. W okresie okupacji Lesław Biernacki jako żołnierz Konfederacji Narodu, wojennego wcielenia ONR-Falangi, poległ w potyczce z Niemcami w 1943 roku.

Stosowano tortury?

Celem obozu było złamanie psychiczne osadzonych, aby już nigdy nie sprzeciwiali się władzom państwowym. W tym celu stosowano przede wszystkim terror psychiczny ale nie stroniono również od terroru fizycznego.

Podaj przykłady?

Torturą była już wstępna procedura przyjmowania osadzonego do obozu. Przybywający, po wstępnych formalnościach, w czasie których obrzucano ich wyzwiskami, kierowani byli do izby przejściowej na kwarantannę, która trwała 3 dni. Izba przejściowa była nieumeblowana, okna do połowy były zabite dyktą, a górne były otwarte, przez co w zimie panowała tam zawsze temperatura poniżej zera. Podłoga była betonowa. Przez cały dzień więźniowie musieli stać zwróceni twarzami do ściany. W nocy mogli położyć się bez przykrycia na betonowej podłodze, jednak co pół godziny policjant budził osadzonych, każąc im wstawać, stawać pod ścianą w szeregu, odliczać, biegać, padać, skakać. Po tym więźniowie mogli znowu położyć się na pół godziny. Jakiekolwiek uchybienie w postawie, które dowolnie oceniał policjant, powodowało natychmiastowe bicie pałką. Zresztą w izbie tej bito więźniów stale bez jakiegokolwiek powodu oraz masakrowano ich do krwi.

Do tortur należała również codzienna gimnastyka, która z tradycyjnym treningiem, nie miał nic wspólnego. Gimnastykę prowadzili policjanci lub „instruktorzy” rekrutujący się z więźniów kryminalnych. Chcąc się zasłużyć, byli oni często okrutniejsi niż policjanci. Gimnastyka była jednym z największych udręczeń zarówno ze względu na długotrwałość (siedem godzin dla tych, których nie kierowano do pracy oraz brak przerw), jak i prowadzenie jej systemem karnych ćwiczeń wojskowych, stosując ciągle komendy „padnij”, „czołgaj się”, urządzając całe godziny biegów itd. Celem tych ćwiczeń było osiągnięcie największego zmęczenia więźnia. Spośród „ćwiczących” wybierano specjalną grupę, ironicznie nazywaną „podchorążówką”. Kierowano do niej tych, których policjanci uznali za opornych a także nowo przybyłych. Grupa ta ćwiczyła albo na sali służącej w lecie za pracownię betoniarską (każde poruszenie podnosiło z podłogi tumany betonowego kurzu leżącego grubą warstwą do 5 cm i powodowało duże trudności w oddychaniu) lub za rogiem bloku mieszkalnego, w miejscu, gdzie z ustępów wypływała uryna, rozlewając się w wielkie kałuże. W dniach odwilży ćwiczono tam czołganie się. Więźniowie musieli poruszać się biegiem. Nie wolno im było ze sobą rozmawiać. Policjanci zwracali się do nich per „sku…synu”, „kur… mać”, „świńskie ścierwo”.

Torturą było nawet wypróżnianie się. Tę czynność fizjologiczną można było załatwić tylko raz na dobę, rano – 20 ludzi stawało w pokoju z betonową podłogą i na komendę każdy z nich miał obowiązek rozpiąć się, załatwić i zapiąć w ciągu kilkunastu sekund, co było oczywiście czasem niewystarczającym, wobec czego ludzie stale chodzili niewypróżnieni, co było dolegliwe szczególnie przy kilkugodzinnej gimnastyce. Ofiarą tego właśnie procederu padł m.in. Henryk Rossman.

Praca osadzonych również wpisywała się w ponurą praktykę tortur. Do prac należało m.in. czyszczenie ustępów dokonywane małą szmatką, a więc w praktyce gołymi rękami, przy czym przed posiłkiem nie pozwalano umyć rąk ubrudzonych kałem. Za najbardziej uciążliwą pracę uznawano pompowanie wody, które odbywało się przy użyciu kieratu. Orczyki były tak przymocowane, że więźniowie musieli pracować w głębokim pochyleniu. Kazano wykonywać również prace całkowicie bezsensowne jak kopanie i zasypywanie rowów, przenoszenie ciężkich kamieni z miejsca na miejsce. Za uchybienia w pracy więźniowie dostawali chłostę od 5 do 50 uderzeń w twarz.

Czy więźniem Berezy Kartuskiej był również Wojciech Korfanty?

Źródła w tej materii są rozbieżne i sprzeczne. Często również myli się osadzenie parlamentarzystów, wśród których był m.in. Witos i właśnie Korfanty, w twierdzy Brzeskiej w 1930 roku z osadzeniem w Berezie Kartuskiej. Faktem niezaprzeczalnym jest jednak, że władze sanacyjne szykowały Korfantemu pobyt w „miejscu odosobnienia”, a pretekstem ku temu miały być rzekome oszustwa podatkowe do których dyktator powstań Śląskich miał się dopuścić w 1933 roku. Na szczęście od 6 kwietnia 1935 roku, gdy formułowane były przeciwko Korfantemu zarzuty, przebywał on w Czechosłowacji.

Kiedy obóz przestał funkcjonować?

Miejsce odosobnienia w Berezie Kartuskiej funkcjonowało do 17 września 1939 roku czyli do agresji sowieckiej na Polskę. Armia Czerwona śpieszyła się, by jak najszybciej oswobodzić obóz w Berezie Kartuskiej, który miał być dowodem na „faszyzację” Polski. Policji z nadzoru obozu udało się uciec przed sowieckimi jednostkami, jednak zostali oni w większości wyłapani i zamordowani w Ostaszkowie. W propagandzie komunistycznej jest mowa o „wyzwoleniu” obozu przez Armię Czerwoną, która wypuściła wszystkich więźniów przeważnie komunistów (ponad 90 % osadzonych) i Niemców będących na usługach III Rzeszy.

Propaganda komunistyczna chętnie wykorzystywała fakt istnienia obozu w Berezie Kartuskiej. Przypomnij proszę, jak w czasach PRL przedstawiano temat tego obozu.

Obóz w Berezie Kartuskiej stał się koronnym dowodem, jak już wspomniałem, na „faszyzację” II RP i ucisk mniejszości narodowych, które Armia Czerwona w 1939 roku „wyzwoliła”. Propaganda PRL podkreślała przede wszystkim, że więźniami obozu byli wyłącznie komuniści nie wspominając o narodowcach, których „męczeństwo” nie pasowało do jedynie słusznej historii Berezy Kartuskiej. Symbolem komunistycznej propagandy wokół Berezy Kartuskiej są losy płk Kostki-Biernackiego, okrzykniętego „Diabłem z Berezy”. W 1945 roku został on zatrzymany przez komunistyczne władze Polski. W roku 1953, po długoletnim pobycie w więzieniu, został skazany na karę śmierci w oparciu, o łamiący zasadę nie działania prawa wstecz, dekret „O odpowiedzialności za klęskę wrześniową i faszyzację życia państwowego” z 22 stycznia 1946 r. Wyrok ten został później zamieniony na 10 lat więzienia. Ostatecznie Wacław Kostek-Biernacki, symbol Polskiego „faszyzmu”, niesłusznie okrzyknięty komendantem Berezy Kartuskiej zmarł w 1957 r.

Wytłumacz mi, czym teraz dla młodego pokolenia narodowców jest obóz w Berezie Kartuskiej?

Bereza Kartuska, to ponury rozdział w historii Polski. To upadek federalistycznej koncepcji Piłsudskiego i kompromitacja sanacji. Narodowcy osadzeni w obozie traktowali ten okres jako próbę idei, próbę sił, jako „hartowanie młodości”. Zdali ten egzamin celująco, tylko kilku z pośród ponad 70 osadzonych tam zrezygnowało z życia politycznego. Efekt był nawet odwrotny, od zakładanego przez sanacyjne władze. A mianowicie osadzeni w Berezie narodowcy, zamiast, według oczekiwań władz, załamać się i zrezygnować z narodowej działalności, ideowo okrzepli stając się często po wyjściu z Berezy prawdziwymi fanatykami. To właśnie lekcja Berezy nauczyła młodych narodowców podziemnej działalności, którą zainicjowali już pod koniec 1934 roku, a która była znakomitym przygotowaniem na okres okupacji. W ten właśnie sposób współcześni narodowcy patrzą na Berezę Kartuską, która przyczyniła się co najwyżej do stworzenia „legendy” i nimbu „męczeństwa” w środowisku narodowców.

Tomasz Greniuch

Za: http://tomasz.greniuch.salon24.pl/