Drukuj
Kategoria: Pamięć Walka i Męczeństwo
Odsłony: 13398

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Warszawa 1944, kapitulacja powstania. Gen. Bór-Komorowski i gen. SS von dem Bach-Zelewski.

Spór ten przetoczył się w tym roku (2011) przez łamy wielu gazet i fora internetowe, przybierając wyjątkowe nasilenie. Jego detonatorem stała się jedna krótka wypowiedź ministra spraw zagranicznych, Radosława Sikorskiego, który zamieścił na społecznościowym portalu Twitter taki oto wpis: „Powstanie Warszawskie było narodową katastrofą”. Wywołało to z miejsca niezwykle gwałtowną, żywiołową, można by nawet rzec histeryczną reakcję zapamiętałych jego czcicieli, szczególnie tych skupionych około PiS-u. Sygnał do niej dali warszawscy radni tej partii, dla których takie postawienie sprawy jest niedopuszczalnym naruszeniem jakowejś narodowej świętości: „Z najwyższym oburzeniem przyjmujemy słowa wiceprzewodniczącego PO, godzące w pamięć o Powstaniu Warszawskim" (w tych kręgach używa się zawsze w odniesieniu do tego wydarzenia dużych liter, dla uwypuklenia jego szczególnej rangi i doniosłości, choć reguły ortograficzne języka polskiego wcale tego nie wymagają, podobnie ma się sprawa z Marszałkiem Piłsudzkim; (Piłsudski przyp.red.) w zwykłych wypadkach ten stopień wojskowy pisze się z małej litery – podkr. moje – J.W.). „Nazywanie Powstania katastrofą uznajemy za niedopuszczalne. Podważanie sensu heroicznego zrywu powstańców, atak na ich dowódców przywołuje w pamięci praktyki władz komunistycznych, które nie powinny mieć miejsca w Wolnej i Niepodległej Rzeczypospolitej”. A więc, zdaniem pisowskich aktywistów mamy teraz właśnie szczęśliwy czas wolności i niepodległości, podczas gdy za „komuny” Polska była całkowicie zniewolona – warto na wstępie tą wykładnię polskich dziejów odnotować, bo doskonale oddaje ona panującą w tym środowisku mentalność.
(...)
W sukurs wymienionym pisowskim prominentom przyszły niektóre eksponowane postacie z kręgów kombatanckich. Wedle samego prezesa Związku Powstańców Warszawskich, gen. Zbigniewa Ścibor-Rylskiego: „Takie słowa nie powinny paść z ust ministra. Powstanie musiało wybuchnąć, nie było od niego odwrotu. A historia pokazała, że nasz trud był słuszny i ofiary poniesione przez powstańców i ludność cywilną nie poszły na marne. Doczekaliśmy się po latach wolnej Polski i demokracji”.

Swoje musiał dołożyć tradycyjnie i „N[asz]D[ziennik]”, który w numerze z 4 sierpnia br. piórem red. Wojciecha Reszczyńskiego zakwalifikował słowa Sikorskiego wręcz jako: „przejaw antypolonizmu”. Zaś dzień później w tej samej gazecie prof. Witold Kieżun spekulował następująco: „Jak daleko w głąb Europy zaszła by Armia Czerwona, gdyby nie Powstanie Warszawskie. Polacy zapłacili za to zniszczeniem warszawskiej AK i centralnego ośrodka niezależnej politycznej, patriotycznej działalności w Polsce”. Tak samo ścigano się w wynajdywaniu podobnych wzniosłych uzasadnień i podkreślaniu dziejowej doniosłości powstania warszawskiego w trakcie oficjalnych uroczystości rocznicowych: że dzięki temu mówimy jeszcze w ogóle po polsku; że pokazaliśmy wtedy całemu światu, jak to potrafimy umierać bohatersko za Ojczyznę; że powstanie to praprzyczyna powstania „Solidarności” itd., itp.
(...)
Nawiasem mówiąc, jeszcze dalej w tych historycznych fantasmagoriach poszedł znany publicysta katolicki, p. Tomasz Terlikowski. Zasugerował, że gdyby nie było powstania w Warszawie, to sowieckie armie doszłyby może nawet do Paryża. Nie wytłumaczył tylko, jakim to konkretnie sposobem. Nie zastanowił się też chyba na poważnie, po co ten Paryż wraz z kawałkiem Francji byłby tak w ogóle Stalinowi potrzebny. Bo chyba tylko do wywołania z miejsca III wojny światowej.

Mniejsza jednak o te historyczne nonsensy. Bodaj jeszcze groźniejsze i bardziej szkodliwe dla polskiej świadomości historycznej, a w jeszcze większym stopniu myśli politycznej jest bowiem samo to dalsze uparte deklamowanie tego zgranego już całkowicie hasła: „Za naszą i waszą wolność”, które tak czytelnie przebija z wynurzeń obu panów. Zresztą, tak naprawdę tą kolejność rzeczy trzeba odwrócić – tu czyjaś wolność jest w istocie ważniejsza od polskiej. Jest to nic innego, jak tylko żywe echo tych wszystkich, podszytych masońskimi i węglarskimi machinacjami, XIX-wiecznych beznadziejnych prób powstańczych.


Czy nas powinien obchodzić specjalnie Paryż? Czy my mamy ciągle obowiązek bić się, umierać i wykrwawiać za kogoś; czy naszym jedynym dziejowym przeznaczeniem ma być wyciąganie kasztanów z gorącego ognia dla innych? Dla ludzi tego pokroju nie jest ważne np. to, że przez całkowicie bezsensowne powstanie listopadowe doprowadziliśmy do zlikwidowania tak znaczącej namiastki polskiej państwowości, jaką było tzw. Królestwo Kongresowe; nieważne że ta bezmyślna awantura ściągnęła brutalne i tragiczne w skutkach dla całego narodu represje carskie w stosunku do rdzennie polskiego żywiołu, nie tylko na miejscu, ale przede wszystkim na wschodzie, na tzw. Ziemiach Zabranych! Ważne, że uratowaliśmy w ten sposób rewolucję lipcową we Francji, która była skądinąd niczym innym, jak tylko dalszym etapem niszczenia tradycyjnego porządku chrześcijańskiego w Europie. Mniej istotne jest dla nich w końcu to, że do gruntu błędna, by nie powiedzieć wprost zdradziecka polityka zagraniczna Józefa Becka przyczyniła się w sposób bardzo poważny do pogrzebania niepodległości sąsiedniej Czechosłowacji, a Polskę postawiła całkiem samotną oko w oko z groźną hitlerowską potęgą. Istotniejsze jest to, iż umiędzynarodowiła ona dwustronny konflikt polsko-niemiecki, kładąc tym samym podwaliny pod upadek III Rzeszy – tak mi kiedyś rzekł człowiek o bardzo wysokim statusie społecznym, sam mający się za wielkiego patriotę, i zapamiętale próbujący uczyć tego rodzaju patriotyzmu innych. Tu wyraźnie przebija podobne rozumowanie: skoro już wcześniej zginęło kilka milionów Polaków, to dalsze parę setek tysięcy ofiar nie robi przecież większej różnicy – ważne, że Paryż ocalał! To nie jest w istocie żaden patriotyzm. To jest myślenie podszyte daleko posuniętym internacjonalizmem; to myślenie, które traktuje Polskę zawsze przede wszystkim jako środek do cudzego szczęścia, nie zaś cel sam w sobie; to myślenie zatruwające do gruntu nasze zbiorowe zdrowie moralne, a jeszcze bardziej deformujące i wykoślawiające nasze pojęcia polityczne. Tego rodzaju opinie mogą pochodzić tylko od ludzi pozbawionych głębszej duchowej łączności z prawdziwą, autentyczną Polską, z jej potrzebami i interesami.

Niemniej absurdalne są twierdzenia p. gen. Ścibor-Rylskiego. Twierdzenie: „Powstanie musiało wybuchnąć” jest przejawem jakiegoś historycznego determinizmu w czystej postaci. Poniżej udowodnię p. generałowi, że mija się na całej linii z prawdą. Zaś podpieranie się tą „wolnością i niepodległością” jest doprawdy żałosne. Ciekawe, w czym p. generał upatruje ową niepodległość: w orle z koroną na swojej generalskiej czapce, czy może w tych rozdętych oficjalnych uroczystościach ku czci narodowych klęsk.

Suma summarum widzimy jak dłoni, że wszystkie te zacytowane wywody są tylko i wyłącznie zbiorem ogólników, nie mieszczących w sobie żadnej konkretnej, pozytywnej treści. Jest to zbiór różnych pseudopatriotycznych frazesów, zaklęć i sloganów, zaprawionych sporą porcją agresji w stosunku do tych wszystkich, którzy nie chcą ślepo w nie wierzyć. Jak się nie ma w ręku racjonalnych argumentów, to pozostaje właśnie tylko taki sposób prowadzenia dyskursu, a raczej zakrzykiwania oponenta. Przyjrzyjmy się więc wnikliwie kulisom powstania warszawskiego; przyjrzyjmy się nagim faktom, by stwierdzić, czy naprawdę to powstanie „musiało wybuchnąć”.

Otóż, fakty te mówią zgoła coś przeciwnego – nie tylko nie musiało ono wybuchnąć, ale nie było nawet planowane – decyzja o jego wywołaniu zapadła dopiero w ostatniej dosłownie chwili. Nie chcę tu wdawać się w omawianie całego planu akcji „Burza”, ograniczę się tylko do samej stolicy. Otóż, pierwotny plan ewentualnego wywołania powstania w Warszawie zakładał, że, aby miało ono jakiekolwiek szanse powodzenia, muszą zostać spełnione następujące warunki: a) uzyskanie pełnego zaskoczenia Niemców; b) uzyskanie znaczącej pomocy z zewnątrz w postaci desantu Samodzielnej Brygady Spadochronowej gen. Sosabowskiego oraz wsparcia ze strony alianckiego lotnictwa; c) zakładano walkę wyłącznie z niemiecką policją, w żadnych wypadku z frontowymi oddziałami Wermachtu. Nawet pomimo wszystkich tych zastrzeżeń, z bardzo dużym sceptycyzmem odnosili się do koncepcji powstania zarówno Naczelny Wódz, gen. broni Władysław Sikorski, jak i Komendant Główny AK, gen. dyw. Stefan Rowecki ps. "Grot". Obydwaj zostali jednak odpowiednio wcześniej wyeliminowani z gry. Gen. Sikorski zginął w katastrofie gibraltarskiej, zaś „Grot” został skutkiem zdrady pojmany przez Niemców, osadzony w Sachsenhausen, i zamordowany tuż po wybuchu powstania na osobisty rozkaz Himmlera. Także i następca gen. Sikorskiego na stanowisku Naczelnego Wodza, gen. broni Kazimierz Sosnkowski był sceptyczny wobec projektu robienia powstania w Warszawie. Świadczy o tym choćby jego wypowiedź z 3 lipca 1944 r.: „Powstanie bez uprzedniego porozumienia z ZSRR na godziwych podstawach byłoby politycznie nieusprawiedliwione, zaś bez uczciwego i prawdziwego współdziałania z Armią Czerwoną byłoby pod względem wojskowym niczym innym jak aktem rozpaczy”. Były to w tym momencie już tylko czysto teoretyczne rozważania, biorąc pod uwagę takie fakty, jak wcześniejsze zerwanie przez Związek Sowiecki stosunków dyplomatycznych z rządem polskim w Londynie; jawne przygotowywanie sobie przezeń własnego zaplecza polityczno-wojskowego w postaci ZPP i 1 Armii WP gen. Berlinga; wreszcie brutalną rozprawę z dużymi zgrupowaniami AK, realizującymi akcję „Burza” na Wileńszczyźnie i na Wołyniu. Można było, co prawda, robić sobie jeszcze jakieś złudzenia, że na zachód od linii Curzona scenariusz wypadków będzie inny. Były to jednak złudzenia małego dziecka – Sowieci nie po to przecież tworzyli swoje „polskie” marionetkowe agendy, by osadzać je w Wilnie czy Lwowie, ale (właśnie) w Warszawie. Jeszcze 14 lipca Komendant Główny AK, gen. Tadeusz Komorowski ps. Bór, po zapoznaniu się z przebiegiem i efektami „Burzy” na Kresach, meldował do Londynu, że w zaistniałej sytuacji powstanie w stolicy nie ma żadnych szans powodzenia. Wcale się do niego zresztą nie szykowano, skoro tydzień wcześniej wysłano z magazynów warszawskich na prowincję, szczególnie na teren Lubelszczyzny, 700 pistoletów maszynowych, stanowiących większą część posiadanych w Warszawie ogółem. Oznaczało to ogromne osłabienie siły ognia stołecznej AK, zważywszy, że pistolet maszynowy to bardzo cenna broń w walce w mieście, toczonej często na bliską odległość. Jak więc się to stało, że gen. Komorowski w ciągu dwóch tygodni raptem zmienił zdanie i dał rozkaz do powstania.

Jeszcze w ostatnich dniach lipca dwóch wysokich oficerów KG AK: płk Emil Fieldorf ps. "Nil" – dowódca Kierownictwa Dywersji AK (Kedywu) i ppłk Ludwik Muzyczka, złożyło na ręce „Bora” pisemne memoriały sprzeciwiające się wywoływaniu powstania, uzasadniając ten sprzeciw zarówno postawą ZSRR, jak i przyczynami natury wewnętrznej – brakiem dostatecznej liczby żołnierzy, a zwłaszcza broni i amunicji. Ale decyzja zapadła już wcześniej. 21 lipca doszło do spotkania całej trójki AK-wskich generałów: Komorowskiego, Tadeusza Pełczyńskiego ps. Grzegorz oraz Leopolda Okulickiego ps. Niedźwiadek, Kobra – zrzuconego niedawno właśnie skoczka z Londynu. To na tym spotkaniu zapadła najprawdopodobniej wstępna decyzja o wywołaniu powstania, przy czym najsilniej parł do niego Okulicki, posuwając się wobec „Bora” nawet do gróźb i szantażu, choć nie miał w tej kwestii jakichkolwiek formalnych upoważnień ze strony Naczelnego Wodza. W następstwie tej narady „Bór” zadepeszował do Londynu gotowość do powstania. Zaś 26 lipca wysłał tam kolejną depeszę, informując, że Niemcy na wschód od Warszawy są już całkowicie rozbici, zatem Armia czerwona lada chwila może wejść do stolicy Polski. Tym samym trzeba więc przedsięwziąć powstanie. Jednakowoż konsultacje poczynione w alianckich kręgach politycznych i militarnych, m.in. przez ambasadora Raczyńskiego, szybko pokazały, że alianci, w tym również Brytyjczycy, nie widzą żadnych możliwości udzielenia mu efektywnej pomocy lotniczej, nie mówiąc już o przerzucie do Polski jakichkolwiek jednostek PSZ na Zachodzie. Wskazywano przy tym jasno nie tylko na trudności natury czysto technicznej, ale i na względy polityczne – na decyzje odnośnie podziału kontynentu, jakie zapadły w Teheranie, i wynikającą z nich dla aliantów niemożność wpływania na rozwój wypadków w Polsce poza plecami Stalina.



Teheran 1943, zdrada USA i Wielkiej Brytanii. Churchill ze Stalinem, zadowolonym z powodu oddania mu Polski i wschodniej części Niemiec. Тегеран 1943, предательство США и Великобритании. Черчилль со Сталиным, счастливым из-за преданности ему Польши и восточной части Германии. Фотo: world-war.ru

29 lipca doszło w Warszawie do spotkania specjalnego emisariusza rządu londyńskiego, kpt. Jana Nowaka-Jeziorańskiego (późniejszego dyrektora RWE) z gen. Komorowskim. Kurier miał wtedy przedstawić „Borowi” sytuację geopolityczną wytworzoną przez postanowienia teherańskie i uzmysłowić mu, że Stalin otrzymał już od USA i Wielkiej Brytanii pełne carte blanche odnośnie całej Polski. Zaznaczył też, że nie można liczyć na jakąkolwiek pomoc Zachodu. Wszelako jednocześnie miał mu zasugerować, że powstanie mogłoby ułatwić Mikołajczykowi rokowania ze Stalinem. Jeśli to faktycznie miało miejsce, to trzeba to uznać za wyraźną zachętę dla zrobienia powstania. Nie wiemy do dzisiaj, jaki dokładnie przebieg i konsekwencje miała ta rozmowa, ale jedno jest pewne – sławny kurier z Londynu nie odwodził bynajmniej w sposób zdecydowany „Bora” od powstania. Nie da się nawet wykluczyć, że jego wizyta w Warszawie miała przede wszystkim na celu wytworzenie swoistego alibi dla londyńskich czynników decyzyjnych na wypadek gdyby powstanie zakończyło się klęską i tragedią ludności stolicy.

Zresztą, „Bór” posiadał już w tym momencie przyzwolenie na powstanie. Otrzymał je od Prezesa Rady Ministrów, Stanisława Mikołajczyka, który w depeszy z 26 lipca upełnomocnił Delegata Rządu na Kraj, Jana Stanisława Jankowskiego do ewentualnego podjęcia decyzji o powstaniu na miejscu, „w momencie przez was wybranym”. Mikołajczyk dopuścił się przy tym swoistej manipulacji, gdyż stosowna uchwała, przegłosowana przez Radę Ministrów, miała dużo bardziej ogólnikową treść. Upoważniała ona mianowicie Delegata do: „powzięcia wszystkich decyzji wymaganych tempem ofensywy sowieckiej, a w razie konieczności bez uprzedniego porozumienia się z rządem”. Tym samym, cedując na Jankowskiego formalne prawo decyzji w tej tak kluczowej dla Polski sprawie, złożono praktycznie tą decyzję ręce dowódców AK, którzy mogli łatwo na niezorientowanym w sprawach wojskowych Delegacie pożądaną przez siebie decyzję wymusić, czy to przez wywarcie nań odpowiednio silnej presji, czy też choćby przez zwykłe wprowadzenie go w błąd co do rozwoju sytuacji militarnej. Późniejsza jego wypowiedź ujawnia, że nie było to wcale trudne: „Chcieliśmy światu pokazać, że, dążąc do niepodległości, nie chcemy otrzymać od nikogo wolności w podarunku, aby wraz z podarunkiem nie były dyktowane nam warunki sprzeczne z interesami i tradycjami i godnością Narodu. Wreszcie chcieliśmy uwolnić Polskę od gniotącej zmory kaźni gestapo i mordowni więziennych. Chcieliśmy być wolni i wolność sobie zawdzięczać”. Te słowa wiele mówią o rozległości horyzontów politycznych Jankowskiego. Chcieliśmy, chcieliśmy, chcieliśmy… Tak jakby jedyną treścią i wykładnią polityki były tylko same chcenia.

W tym stanie rzeczy główna polityczna odpowiedzialność za wywołanie powstania warszawskiego spoczywa bez wątpienia na Stanisławie Mikołajczyku. Na poziomie zaś wojskowym nie jest bez winy sam Naczelny Wódz, gen. Sosnkowski. Co z tego, że niby wykazywał w tej kwestii sceptycyzm, skoro nie zdobył się w odpowiednim czasie na wydanie kategorycznego zakazu. Za to w krytycznych dniach wyjechał na inspekcję wojsk gen. Andersa do Włoch, tak jakby akurat to w tej chwili było najważniejsze. Równało się to zrzuceniu ciężaru odpowiedzialności z siebie, przysłowiowym umyciu rąk, i oddaniu możliwości decyzyjnych w ręce „Bora”, i działających za jego plecami ludzi pokroju Okulickiego, Pełczyńskiego i Chruściela, których to głównie działania doprowadziły do wywołania powstania. Osobną, bardzo istotną, a wedle wszelkich przesłanek bardzo złowrogą rolę odegrał tu również zrzucony na spadochronie b. osobisty plaster gen. Sikorskiego, Józef Rettinger.

Ostateczna decyzja o wybuchu powstania zapadła 31 lipca po przybyciu do „Bora” płk. Antoniego Chruściela ps. "Monter" z meldunkiem, że sowieckie czołgi, wkraczają, po uprzednim zajęciu Okuniewa, Radzymina i Wołomina, na Pragę. Wiadomość ta była jednak albo skutkiem niedokładnego rozpoznania, albo też została rozmyślnie zmyślona. Działając pod tym impulsem, „Bór” wydał rozkaz rozpoczęcia powstania następnego dnia o godz. 17.00.

Częstokroć podkreśla się, że niebagatelny wpływ na tą decyzję miało zarządzenie niemieckiego gubernatora Warszawy, Ludwiga Fishera z 27 lipca, nakazujące stawić się 100 tysiącom warszawiaków do robót fortyfikacyjnych, co sugerowało, że Niemcy zamierzają bronić Warszawy za wszelką cenę, zamieniając ją w twierdzę. W domyśle więc była ona tak czy owak skazana na zniszczenie. Nadto podkreśla się, że zastosowanie się do tej decyzji pociągnęłoby za sobą rozbicie całej siatki konspiracyjnej AK w stolicy. Jest to jednak bardzo naciągany argument, dorabiany ex post. Wymienieni wodzowie AK podjęli bowiem wstępną decyzję o powstaniu już znacznie wcześniej. Nadto, fakt ten nie mógł być dla nich istotnym motywem działania, skoro kierowali się ponoć kalkulacją, że Sowieci w każdej chwili mogą wkroczyć do stolicy. Poza tym, takie zarządzenie łatwo jest wydać, dużo trudniej wykonać, przy powszechnym oporze i sabotażu ze strony ludności.

Przywołuje się też często jako rzekomy argument na usprawiedliwienie decyzji o powstaniu agitację sowieckich radiostacji na rzecz podjęcia przez mieszkańców stolicy zbrojnej walki z Niemcami, która groziła rzekomo tym, iż zwykli warszawiacy sami rzuciliby się do walki ze znienawidzonym okupantem, walki dużo bardziej jeszcze beznadziejnej. Czym jednak mieliby walczyć – gołymi rękami? Twierdzi się również, że powstanie wywołaliby w tej sytuacji i tak komuniści z AL. Otóż, formacja ta była tak słaba w stolicy, że Niemcy zdławili by taki podryw w ciągu kilku dni, a najpewniej godzin, bez tak straszliwych dla Warszawy następstw. To są kolejne naciągane argumenty i nic więcej.

Skrajną nieodpowiedzialność w/w dowódców, którzy mają decydującą „zasługę” w wywołaniu powstania, ukazuje najlepiej fakt, że spośród 35 tysięcy zmobilizowanych do powstania żołnierzy stołecznej AK najwyżej 5 tysięcy dysponowało w tym momencie bronią. Na jej stanie uzbrojenia było w tym momencie nieco ponad 2,5 tys. karabinów ręcznych, 657 pistoletów maszynowych, 145 ręcznych karabinów maszynowych, 47 ciężkich karabinów maszynowych, ponadto 3800 pistoletów, 29 karabinów ppanc., 6 Piatów i 16 moździerzy i granatników. Do pierwszego natarcia zdołano w dodatku wykorzystać mniej niż połowę tego arsenału [czyli co 14-ty powstaniec miał broń - polski.blog.ru], szczególnie gdy chodzi o rkm i ckm (odpowiednio 60 i 7 sztuk). Było to spowodowane krótkim czasem mobilizacji i trudnością transportu broni w warunkach szczelnie obstawionego formacjami niemieckimi miasta. Że trudno było dostarczyć na czas oddziałom powstańczym ciężką broń maszynową – to jeszcze można jakoś zrozumieć. Jak jednak wytłumaczyć fakt, że dostarczono im zaledwie 1000 kb, 300 pm i zaledwie 1000 pistoletów. To świadczy najlepiej o bardzo kiepskim poziomie przygotowania, a mówiąc wprost - o kompletnym nieprzygotowaniu do powstania. Ilość posiadanej amunicji wystarczała na 3 dni walki. Brak broni nie był jednak istotnym problemem dla inspiratorów powstania, bo tą przecież można było, jak dowodził np. „Monter”, zdobyć na wrogu, atakując niemieckie bunkry z kilofami itp.

I tych straceńców posłano naprzeciw 20 tysięcy dobrze uzbrojonych Niemców, w tym około 7 tysięcy ostrzelanych żołnierzy regularnej armii niemieckiej, siedzących przeważnie w doskonale ufortyfikowanych bunkrach i budynkach. Posłano ich w dodatku w do tego szaleńczego ataku w pełnym świetle dnia, a nie pod osłoną nocy. Wymyślono mianowicie, że wyznaczenie godz. „W” na godz. 17.00 jest optymalnym rozwiązaniem, gdyż gromadzący się żołnierze znikną w tłumie wracających właśnie z pracy cywilów, i będą mogli podejść niepostrzeżenie do niemieckich stanowisk na odległość rzutu granatem. Była to jednak w rzeczywistości pora najgorsza. Niemieccy konfidenci, których było w Warszawie wystarczająco dużo, nie mogli nie wykryć koncentracji oddziałów powstańczych, stąd niemiecki garnizon został odpowiednio wcześniej uprzedzony o szykującym się powstaniu. Wydaje się, że znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby zgromadzenie pod wieczór żołnierzy na kwaterach i atakowanie nocą.

W praktyce rozkaz nakazujący żołnierzom, w większości z gołymi rękami, szturmować niemieckie bunkry w biały dzień, równał się posłaniu ich na rzeź. I to pierwsze uderzenie zakończyło się właśnie taką rzezią. Ponieważ Niemcy nie dali się nigdzie zaskoczyć, atakujące oddziały zostały zdziesiątkowane ogniem broni maszynowej, a w niektórych przypadkach wybite wprost do nogi. Atakowanych niemieckich obiektów nie zdołano zaś ani w jednym wypadku opanować. Dopiero następne dni przyniosły sukcesy, i nie dzięki wcale genialnym planom „Bora” i jego otoczenia, ale wyłącznie dzięki bohaterstwu żołnierzy i męstwu lokalnych dowódców.

Jest poza wszelką dyskusją, że pod względem czysto wojskowym powstanie warszawskie było czynem doprawdy imponującym; czynem, któremu trudno znaleźć jest odpowiednik w dziejach. Oddziały powstańcze, złożone zarówno z dobrze wyszkolonych żołnierzy, jak i z młodzieży, a nawet dzieci, potrafiły przez ponad 60 dni stawiać zaciekły opór posiadającym olbrzymią przewagę uzbrojenia siłom niemieckim, a składającym się, prócz pierwotnego garnizonu Warszawy, z ponad 25-tysięcznego specjalnego korpusu pacyfikacyjnego gen. SS gen. Ericha von dem Bacha-Zelewskiego, same będąc pozbawione ciężkiej broni i wystawione na potężny ostrzał artyleryjski oraz nieustanne bombardowania lotnicze. Kto w świecie mógłby się na taki czyn zdobyć? Podobnie zaciekle i bohatersko walczyli chyba tylko Rosjanie w Stalingradzie i Japończycy na wyspach Pacyfiku, ale to były formacje regularne, nie zaś pospolite ruszenie. Zresztą, tak samo wzorowa, bohaterska i godna wielkiego podziwu i uznania była postawa całej cywilnej ludności stolicy, która wspierała powstańców, jak i czym tylko mogła, i zapewniała jakie takie funkcjonowanie miasta, mimo panujących w nim potwornych wprost warunków. Ale nie można też w tym zachwycie nad tą stroną powstania warszawskiego przesadzać. Można przypuszczać, że Niemcy, gdyby tylko naprawdę tego chcieli, zdławili by je wcześniej. Wystarczyłoby, by wprowadzili do walki jedną ze swoich znajdujących się w pobliżu dywizji pancernych. Dlaczego tego nie zrobili? Nasuwa się oczywista hipoteza – dopóki trwały walki w Warszawie mieli całkowitą pewność, że wojska sowieckie nie przystąpią w stosunku do nich na tym odcinku do działań zaczepnych, nie było zatem w ich interesie nadmiernie się spieszyć w tłumieniu powstania.

Najgorsze jest jednak to, że ta heroiczna powstańcza walka nie prowadziła do żadnego konkretnego celu; że była ona od samego początku skazana na całkowitą klęskę. W wymiarze militarnym klęska powstania warszawskiego była już całkowicie oczywista z tą chwilą, gdy Sowieci wstrzymali swoje natarcie i przeszli do obrony, dając tym jasno i dobitnie do zrozumienia, że na jakąkolwiek wsparcie z ich strony nie może ono liczyć. W takim stanie rzeczy nasuwa się wręcz pytanie, czy nie trzeba było już wtedy podjąć rozmów kapitulacyjnych z Niemcami, a nie narażać dalej półmilionowej rzeszy cywili na zagładę? Takie rozwiązanie nie wchodziło jednak zupełnie w grę z jednego bardzo prostego powodu – nie pozwalały na to osobiste ambicje i swoiście pojmowany „honor” Komorowskiego, Okulickiego, Pełczyńskiego, Chruściela i ich popleczników. To swoiste poczucie „honoru”, nie popchnęło jednak jakoś np. Okulickiego – w istocie głównego sprawcę powstania, w obliczu całkowitego bankructwa jego koncepcji, do stanięcia do walki z bronią w ręce na pierwszej linii i do poszukania sobie równie honorowej śmierci.

Jest faktem niezaprzeczalnym – żadne zaklęcia tego nie zmienią – że powstanie warszawskie skończyło się straszliwą polską klęską. Poległo w nim, według różnych rachub, od 16 do 18 tys. żołnierzy AK. Liczba ofiar wśród ludności cywilnej jest znacznie trudniejsza do oszacowania. Obecnie mówi się najczęściej o 120 do 150 tys. zabitych, choć w czasach PRL-u szacowano ją nawet na ponad 200 tys. Rozmiary tej klęski najlepiej oddają liczby bezwzględne – na jednego zabitego Niemca przypada dziesięciu zabitych powstańców, a stu Polaków ogółem! Zaiste, jest czym się chlubić i jest co hucznie świętować! Należy tu zresztą zaznaczyć, że powstanie mogło się skończyć jeszcze większą polską hekatombą. Hitler, doznawszy szału na wiadomość o wybuchu powstania, rozkazał w pierwszym odruchu zrównać po prostu Warszawę z ziemią zmasowanymi bombardowaniami lotniczymi. Jedynie obecność w mieście okrążonych sił niemieckich udaremniła ten zbrodniczy zamysł. Także i wytyczne o wymordowaniu całej ludności stolicy nie zostały na szczęście do końca zrealizowane. Stało się tak paradoksalnie głównie dzięki jej głównemu katowi, gen. von dem Bach-Zelewskiemu, wywodzącemu się z kaszubskiej szlachty, w którym, mimo że zacierał wcześniej skrupulatnie swoje polskie korzenie i miał na swoim koncie rozliczne zbrodnie, także w stosunku do ludności polskiej na terenach wcielonych bezpośrednio do Rzeszy w 1939 r., obudziło się przynajmniej ludzkie współczucie dla współrodaków wedle krwi. To on wymógł, by zabijać na miejscu jedynie mężczyzn i chłopców od 14 lat, tłumacząc to potrzebą oszczędzania czasu i amunicji, co uratowało wiele istnień ludzkich. Trzeba tu wyjaśnić, że stosowny rozkaz wydany w tej kwestii osobiście przez Himmlera nakazywał bezwzględną rzeź całej ludności Warszawy, zaś gen. Bach-Zelewski nie mógł się przeciwstawić na całej linii samemu szefowi SS. Było więc szczęściem w nieszczęściu, że uzyskał przynajmniej pewne jego złagodzenie. Oczywiście, mimo to w wielu dzielnicach Niemcy, zwłaszcza oddziały złożone z kryminalistów oraz tzw. RONA (nie mylić z ROA gen. Własowa), dokonali rzezi całej ludności polskiej, bez względu na płeć i wiek. Bach-Zelewski, potrafił również zresztą zdobyć się na tyle odwagi wobec swoich zwierzchników, szczególnie wspomnianego Himmlera, że doprowadził, pod podobnymi pretekstami, do pewnego ograniczenia ostrzału artyleryjskiego miasta, co również wpłynęło na ograniczenie liczby ofiar.

Pomimo to, w tej skazanej z góry na klęskę walce zginął sam kwiat warszawskiej młodzieży, pochodzącej głównie z rodzin inteligenckich; najbardziej ideowej, oddanej głęboko Polsce i gotowej za nią umrzeć; ślepo wierzącej też swoim dowódcom, którzy potraktowali ją, niestety, jak zwykłe mięso armatnie. To równało się przetrąceniu Polsce kręgosłupa. To było nic innego, jak tylko kolejny – po Katyniu, Miednoje, Twerze, akcji A-B, masowych niemieckich mordach na ziemiach wcielonych bezpośrednio do Reichu na jesieni 1939 r. – element eksterminacji polskich elit narodowych. Tych właśnie ludzi zabrakło Polsce w 1956 r., zabrakło ich w latach 80-tych. Cała struktura społeczno-polityczna Warszawy została w następstwie tego tragicznego powstania rozbita i zdezorganizowana. I jeśli dziś wielu użala się, że dzisiejsza Warszawa jest wprost zaprzeczeniem tamtej Warszawy; że jest ona tak bardzo kosmopolityczna, tak pozbawiona polskiego ducha, tak wyjałowiona z wyższych wartości, to niech kierują te żale właśnie głównie pod adresem sprawców powstania warszawskiego – to jest właśnie ich „dzieło”. W warunkach powojennych nie było już szans na odrodzenie się w Warszawie autentycznie polskich elit na szerszą skalę.

Niezależnie od strat biologicznych powstanie warszawskie przyniosło też stolicy, a tym samym całej Polsce ogromne straty materialne i bezpowrotną utratę wielu cennych dóbr kultury i dziedzictwa narodowego. W toku samych walk i następnie w ramach planowego wysadzania przez Niemców ulica po ulicy Warszawa została, za wyjątkiem Pragi, w całości zrównana z ziemią. Obok budynków mieszkalnych, wyleciały więc w powietrze, zawaliły się lub spłonęły gmachy urzędów państwowych i publicznych, warszawskie kościoły, pałace, biblioteki, archiwa, wraz ze wszystkimi znajdującymi się w nich dobrami kultury, których Niemcy nie zdołali jeszcze zagrabić. Władze niemieckie pozwoliły sobie nawet wydrukować pod koniec 1944 r. specjalną mapę, na której Warszawy już nie było wcale, zostało po niej tylko puste miejsce. Prawda, że po wojnie nasza stolica została pieczołowicie, wysiłkiem całego narodu, odbudowana. Jest to czyn, z którego możemy być naprawdę dumni. A jednak jest to tylko jakby replika tej starej, przedwojennej Warszawy. Poza tym jej odbudowa pochłonęła mnóstwo sił i energii, które mogły być przecież spożytkowane w inny sposób i na innym polu.

Dla Mikołajczyka zaś powstanie stało się, zamiast atutem w przetargach ze Stalinem, dodatkowym obciążeniem, i jeszcze bardziej osłabiło jego pozycję przetargową. Zamiast paktować z dodatkową mocną kartą w ręku, skazany został na rozpaczliwe prośby o sowiecką pomoc, która i tak nie mogła nadejść. Trudno sobie zresztą wyobrazić gorszą i bardziej niedorzeczną kalkulację polityczną. Jak można było wszczynać powstanie skierowane politycznie przeciwko Sowietom, a jednocześnie spodziewać się jakiejkolwiek pomocy z ich strony! Stalin był zbrodniczym dyktatorem, ale nie był politycznym durniem – o to żadną miarą posądzać go nie można; raczej wprost przeciwnie. Wywołanie powstania było dla niego cennym prezentem. Dzięki niemu mógł on osiągnąć likwidację polskiej patriotycznej elity niemieckimi rękami, nie brudząc swoich.

A jednak różni ultrapatriotyczni historycy, często o bardzo wysokim naukowym cenzusie, uporczywie próbują wybraniać sprawców powstania, składając całą winę za jego skutki właśnie na Stalina i Sowietów, czyli na wrogów. Przykładowo niejaki p. prof. Mieczysław Ryba dowodzi, że: „Kiedy sowieci obejmują kraj i wiadomo jak się zachowują, jak traktują polskie oddziały, kiedy najpierw jest wspólna walka z Niemcami, a później aresztowanie dowódców i wysyłanie na Syberię – to w sposób oczywisty Powstanie determinowało, czy było powodem tego, że przywódcy polscy podjęli szaleńczą decyzję o jego wybuchu” („Moskwa rozgrywa Powstanie nawet dziś”, N[asz]D[ziennik], 02.08.2010 r., s. 6). I to jest „logika” myślenia profesora historii, czołowego publicysty „ND” i przewodnika polskich sumień. Przesłanie jest proste – to Stalin jest winny za tą – jak przyznaje p. Ryba – „szaleńczą” decyzję, to on ją praktycznie wymusił. Oczywiście, najwygodniej jest zwalić wszystko na wrogów, to najskuteczniejszy sposób odciągnięcia uwagi czytelnika od pewnych bardzo niewygodnych dla organizatorów i politycznych beneficjentów urzędowego kultu powstania warszawskiego faktów. P. Ryba uprawia tu najtańsze polityczne moralizatorstwo – zdaje się wymagać od wroga, by ten zachowywał się po przyjacielsku. Tylko że przez „szaleńcze decyzje” nikt i nigdzie nie osiągnął jeszcze zakładanych celów politycznych. W końcu chyba mniejszą tragedią byłaby nawet wywózka pewnej grupy warszawiaków na Syberię, aniżeli zagłada całego miasta i masowa rzeź jego ludności. Tak to wymyśla się najdziwniejsze, niekiedy wprost śmieszne figury retoryczne, byle tylko utrzymać Okulickiego i jemu podobnych w roli narodowych bohaterów.

Wodzowie III Rzeszy, której upadek był już wtedy przesądzony, dostali od ich znakomity pretekst i sposobność zrównania znienawidzonej, nieujarzmionej nigdy do końca Warszawy z ziemią, i z tej okazji w sposób sadystyczny, skrupulatnie skorzystali.

To wszystko obciąża sumienia sprawców wybuchu powstania warszawskiego i ich ewentualnych zakulisowych mocodawców, nawet jeśli ich decyzja nie była wynikiem jakiegoś rozmyślnego spisku, a jedynie rezultatem straszliwej pomyłki. Bo jak stwierdził Talleyrand – skądinąd też człowiek wątpliwej cnoty – w polityce często błąd równa się zbrodni. Jednak wiele wskazuje na to, że była ona [decyzja] właśnie efektem takiego spisku. Najbardziej podejrzaną postacią wydaje się być tutaj wspomniany Okulicki, który od momentu wylądowania w kraju na spadochronie nie zajmował się właściwie niczym innym, jak tylko usilnym forsowaniem koncepcji powstania. Mianowanie go zaś z tego tytułu do rangi generalskiej przez gen. Sosnkowskiego umocniło wydatnie jego pozycję i czyniło jego poczynania skuteczniejszymi. Okulicki skaptował sobie wspólników w postaci wspomnianych: Pełczyńskiego i Chruściela oraz innych, którzy przystąpili do odsuwania na boczny tor oficerów KG AK przeciwnych powstaniu, i dosłownie „siedli” na gen. Komorowskiego, chcąc za wszelką cenę wymusić na nim decyzję o powstaniu, posuwając się przy tym, jak wspominałem, nawet do gróźb i szantażu, a także rozmyślnie wprowadzając go w błąd odnośnie ruchów wojsk sowieckich, lub też końcu, jak Chruściel, samowolnie wydając rozkazy o koncentracji oddziałów powstańczych.

W każdym normalnym kraju, w typowych warunkach, winni takich działań zostaliby postawieni przed sądem wojennym, a następnie – niewykluczone – przed plutonem egzekucyjnym. Ale u nas dalej stawia się ich na piedestałach, funduje się im masowo pomniki i nazwy ulic. Szczególnym zaś obiektem tej powstańczej czci jest postać głównego sprawcy powstania – Okulickiego, który miał czelność uzasadniać decyzję o jego wszczęciu następującymi słowy: „W Warszawie mury będą się walić i krew poleje się strumieniami, aż opinia światowa wymusi na rządach trzech mocarstw zmianę decyzji z Teheranu”. Tak może się wypowiadać tylko albo kompletny szaleniec, albo prowokator. Szkoda, że nikt jakoś nie chce głębiej dociekać, kto konkretnie dał temu Okulickiemu prawo, albo może raczej rozkaz rozlewania polskiej krwi „strumieniami”.

Bezkrytyczni gloryfikatorzy powstania warszawskiego warszawskiego nie przejmują się również zupełnie tym, że bardzo krytycznie odniosło się doń wielu wybitnych Polaków. Wśród nich byli m.in.: gen. Władysław Anders, przewodniczący Rady Jedności Narodowej, wybitny działacz socjalistyczny, Kazimierz Pużak (jeden z sądzonych w Moskwie przywódców Polskiego Państwa Podziemnego), Jędrzej Giertych, prof. Wiesław Chrzanowski, Stefan Kisielewski, znani historycy: Władysław Pobóg-Malinowski (piłsudczyk) i Paweł Wieczorkiewicz, wymieniając tylko tych najbardziej znanych i znaczących. Czy ten ich krytycyzm automatycznie oznacza, że i oni również wyznają „rosyjską narrację historii”? Anders, który tyle przecież wycierpiał od Sowietów na Łubiance, stwierdził: „Powstanie w ogóle nie tylko nie miało żadnego sensu, ale było nawet zbrodnią”. A pod koniec 1944 r. żądał postawienia odpowiedzialnych przez sądem, oczywiście bezskutecznie.

Powszechnie znany radykalny działacz narodowy Adam Doboszyński, zwabiony po wojnie podstępnie do kraju przez UB i zamordowany po sfingowanym procesie, napisał tuż po upadku powstania: „Nie ulega dziś wątpliwości, że powstanie warszawskie było największą zbrodnią na narodzie polskim w całej jego historii”. Nawet jeśli w tej wypowiedzi jest pewien cień przesady, to mamy tu do czynienia bezsprzecznie z największą zbrodnią popełnioną na narodzie polskim przez samych Polaków, względnie ludzi oficjalnie nimi się mieniących.

W tym kontekście łatwo zrozumieć, że w celu dalszego podtrzymywania bezkrytycznego kultu powstania warszawskiego, trzeba go ubierać w całą pokrętną filozoficzno-mistyczną oprawę i wymyślać ex post różne „musy”. Najprościej bowiem jest powiedzieć – musiało wybuchnąć, i koniec, kropka, co tu jeszcze dyskutować! Dlaczego niby „musiało”? Ano ponoć dlatego, że nie było możliwości utrzymania w ryzach rwących się do otwartej walki, pałających żądzą zemsty na wrogu, własnych żołnierzy. Zatem brak formalnego rozkazu rzekomo i tak nie zapobiegł by powstaniu, a jego żywiołowy wybuch miałby jeszcze tragiczniejsze skutki. Warto jednak zauważyć, że ten „mus” jakoś nie wystąpił w żadnym innym mieście, a w niektórych struktury AK były stosunkowo silne. Także i w Warszawie nie byłoby żadnego powstania, gdyby nie było rozkazu. To jest całkowicie oczywiste. Chęć odwetu na wrogu z pewnością była powszechna w podziemnych szeregach, jednak żołnierze AK to nie była jakaś warcholska, bezmózga hołota; to było karne, zdyscyplinowane podziemne wojsko. Szczególnie właśnie w Warszawie – swoją postawą przez długie lata udowodnili oni, iż żadna niesubordynacja na większą skalę, a tym bardziej bunt przeciwko własnemu dowództwu nie wchodzi w grę. Zresztą, gdyby nawet chcieli walczyć bez rozkazu, to nie mieliby za bardzo czym, ponieważ magazyny broni były ściśle zakonspirowane, a dostęp do nich miało jedynie nieliczne grono osób. Poza tym, co to za dowództwo, które ulega naciskom „dołów”. To nie żołnierze mają dyktować generałom swoją wolę, ale odwrotnie. Wojsko, także w postaci jego podziemnego surogatu, to nie jest klub dyskusyjny albo partia polityczna, gdzie się podejmuje decyzje na drodze dyskusji i głosowania. Każda zaś odpowiedzialna władza ma obowiązek, nawet za cenę osobistych największych poświęceń, chronić poddaną sobie zbiorowość przed nieodpowiedzialnymi, żywiołowymi wybuchami, które pociągają za sobą tak ogromne szkody biologiczne, materialne i moralne – tak, tak, moralne, panowie wielbiciele ideologii powstańczej! Jeśli więc nie dało się w żaden sposób powstrzymać tego parcia „dołów” do otwartej walki z wrogiem, to trzeba było umiejętnie je rozładować, kierując tych zapaleńców do walki na prowincję, a nie narażać życia kilkuset tysięcznej rzeszy cywilów, stłoczonych w wielkim mieście.

Kolejną odmianą owej konwencji „musu” są tłumaczenia w stylu: „Gdyby nie było powstania, to…”. I tu podtyka się najrozmaitsze scenariusze. Koronnym jednak i chyba najczęściej spotykanym jest ten, że Polska zostałoby wcielona wprost do Kraju Rad. To jakoś jednak nie spotkało ani Rumunii, ani Czechosłowacji, ani nawet walczących do końca z Sowietami Węgier, mimo że tam nie było podobnych powstań. Także ogłoszony już wcześniej, oficjalnie 22 lipca w Lublinie, Manifest PKWN stanowił inaczej. Także ustalenia z Teheranu wcale nie przewidywały bezpośredniej inkorporacji krajów Europy Środkowej do ZSRR. Najlepszym tego dowodem była decyzja o przeprowadzeniu wschodniej granicy Polski wzdłuż linii Curzona. Oczywiście, zupełnie inna była sytuacja państw bałtyckich – one jeszcze przed wybuchem wojny niemiecko-sowieckiej zostały wcielone do ZSRR, co zostało formalnie zalegitymizowane przez tzw. referenda ludowe w tych krajach. W Teheranie ten fakt po prostu usankcjonowano. Nie ma najmniejszych przesłanek, by twierdzić, że Stalin choćby przez moment zmierzał w kierunku prostego wcielania Polski do ZSRR. Gdyby tak było, nie powoływałby do istnienia 1 Armii Berlinga i marionetkowych polskich rządów. Śmiem pójść nawet dalej – on nawet o tym nie marzył – myślał zbyt realnie; wiedział dobrze, że to oznaczałoby powszechny powstańczy ferment w Polsce, który byłoby trudno spacyfikować. Znacznie bardziej korzystny z jego punktu widzenia był scenariusz „miękkiej” okupacji. Nie bez powodu wszędzie indziej powstały klasyczne partie komunistyczne, zaś w Polsce zwolennicy nowego porządku schować się musieli za szyldem partii o nazwie „robotnicza”. A gdyby, wreszcie nawet, takie zamiary miały miejsce, to wszak powstanie warszawskie z jego rezultatami nie stało im wcale na przeszkodzie, ale byłoby raczej dla nich istotnym ułatwieniem.

Rzeczywistym podłożem wybuchu powstania warszawskiego było tkwienie jego sprawców w oparach XIX-wiecznej ideologii powstańczej, wyrażonej najlepiej słowami: „dziś twój tryumf, albo zgon”. Ludzie ci, wykarmieni na kulcie Piłsudzkiego (Piłsudski przyp.red.) i legionów, czuli się po prostu zobligowani do zrobienia kolejnego, wielkiego polskiego powstania, i w imię tych swoich irracjonalnych wyobrażeń złożyli całopalną ofiarę z Warszawy i jej mieszkańców, mimo że nie była ona absolutnie potrzebna i przydatna samej Polsce, a i świat jej wcale od nas nie wymagał, i nic go ona tak naprawdę nie obchodziła. Tylko tak można wytłumaczyć postawę Okulickiego i jego wspólników. W innym bowiem wypadku trzeba by było bowiem uznać tych ludzi wprost za obcych agentów.

Nie oznacza to wcale, bym wzywał do tego, aby rocznicy powstania warszawskiego nie obchodzić lub ją pomniejszać. Nic podobnego. Jest ono wydarzeniem, którego żadną miarą nie da się wymazać z naszych narodowych dziejów. W historycznej skarbnicy każdego narodu są nie tylko wydarzenia radosne, nie tylko same zwycięstwa; mieści ona też w sobie i wydarzenia bardzo smutne, wielkie klęski. W powstaniu, niezależnie od jego kulis, zginęło kilkadziesiąt tysięcy bohaterskich żołnierzy AK i innych formacji podziemnych. Straciła w nim życie wielka rzesza polskich cywilów. Wszyscy ci ludzie z chwilą wybuchu powstania, z chwilą otrzymania rozkazu od dowódców, walczyć musieli, i to walczyć dobrze – było to ich żołnierskim obowiązkiem. Zasługują na nasz najwyższy szacunek, uznanie, a nade wszystko – pamięć. Podobne, jak i żyjący jeszcze uczestnicy tych dramatycznych walk.

Jednak to nie musi, i nie może nawet, oznaczać od razu bezkrytycznej aprobaty dla błędnych, a nawet miejscami wprost ocierających się o zbrodnię decyzji Okulickiego, Komorowskiego, Chruściela etc. Przede wszystkim zaś, obchodząc rocznicę powstania, obchodźmy ją jako rocznicę klęski, a nie róbmy sobie z niej sztucznie rocznicy zwycięstwa, choćby tylko – „moralnego”. Tymczasem od kilkunastu już lat wzmaga się całkowicie bezkrytyczny kult tego wydarzenia, przybierając stopniowo coraz bardziej formy zinstytucjonalizowane, niczym kiedyś święta PRL-owskie. Z pomocą emocjonalno-romantycznej propagandy tworzy się i narzuca nieświadomym Polakom jeszcze jeden narodowy mit. Z braku rzeczowych argumentów – co już sygnalizowałem – sięga się przy tym ochoczo po usługi np. różnych poetów-„mistyków”, którzy tą całkowicie zawinioną przez bardzo konkretnych ludzi, wywodzących się z bardzo konkretnej opcji, a nie przez Boga, tragedię próbują ubierać w jakieś wymiary wprost eschatologiczne. Próbują wmówić też Polakom, że ich narodowa egzystencja różni się jakoby od warunków i prawideł egzystencji innych narodów, że są, mimo wszystko, narodem innym od pozostałych, w pewien sposób wybranym – choćby tylko do nieustannego cierpienia.

Z tego rodzaju założeń i pryncypiów musi siłą rzeczy wypływać wniosek, że naszym głównym powołaniem i głębszą racją naszej narodowej egzystencji nie jest bynajmniej troska o wzrost substancji biologicznej i gospodarczej własnego narodu w normalnej, toczącej się nieustannie rywalizacji z innymi narodami; nie wielkość i potęga Polski, która była jej udziałem przez wieki naszej historii, ale przede wszystkim ciągłe wznoszenie się na „wyżyny ducha”. Z bardziej przyziemnych zaś obowiązków, zdaniem wyznawców tego sposobu narodowej psychologii, ciąży na nas przede wszystkim ów obowiązek robienia co pewien czas czysto instynktownych, odruchowych powstań, nie w ściśle określonych i skalkulowanych celach politycznych, ale w reakcji na odczuwaną krzywdę i obcą przemoc, szczególnie gdy płynie ona ze wschodu. Zatem, budowanie fizycznego gmachu Ojczyzny to cel drugorzędny – liczy się przede wszystkim jej gmach duchowy. Popatrzymy jednak wokoło i zastanówmy się dobrze, do jakich to konkretnie rezultatów na takim budowaniu żeśmy doszli.

Tego rodzaju patriotyzm – o ile w ogóle można go nazwać tym szlachetnym mianem – sprowadza się w gruncie rzeczy do powtarzania w kółko samego tego słowa, i robienia, od czasu do czasu, jakichś szaleńczych ruchów zbiorowych. Nie jest to bynajmniej patriotyzm narodu cywilizowanego, o tysiącletniej tradycji państwowej; nie jest to patriotyzm ani trochę wyrozumowany, jest to patriotyzm impulsywny, i w gruncie rzeczy, mimo dorabiania do niego najbardziej nawet najbardziej wzniosłych uzasadnień, bardzo płytki i powierzchowny. Opiera się on bardziej na negacji niż na treściach pozytywnych, konstruktywnych; bardziej czerpie z nienawiści do wroga niż z faktycznej miłości własnej Ojczyzny. Wyznawcy jego uzurpują sobie mimo to funkcję strażników polskiej pamięci historycznej i tożsamości narodowej, jednocześnie na całej linii ową pamięć i tożsamość wykolejając.

Właśnie dlatego, ażeby narzucić jak największej grupie Polaków tą wykolejoną wizję polskiej historii i narodowych obowiązków, trzeba cynicznie grać na zbiorowych emocjach, żerować na uczuciach kombatantów; trzeba przede wszystkim manipulować historią, przez wyrywanie pewnych wydarzeń z szerszego kontekstu, względnie ukazywanie ich w niepełnym oświetleniu, jednym słowem, trzeba na każdym kroku zacierać granicę między rzeczywistością a mitem. Jest to zjawisko śmiertelnie groźne dla każdego narodu, a dla nas szczególnie. Tam bowiem, gdzie nie masz uczciwej, obiektywnej oceny przeszłości, gdzie unika się spoglądania prawdzie prosto w oczy, choćby była ona czarna i straszna, tam nie może być również najmniejszej mowy o wyciągnięciu z niej pozytywnych, twórczych wniosków na przyszłość.

Tu nie chodzi bynajmniej o osobę p. Sikorskiego. Podobna, a nawet jeszcze ostrzejsza krytyka może bowiem w każdej chwili spotkać każdego, kto się ośmieli naruszyć owe „patriotyczne” kanony. Pewnie i mnie oskarżono by publicznie o naruszenie tym artykułem „pamięci powstania warszawskiego” albo nawet o „antypolonizm”, gdybym tylko był jakąś znaczniejszą i bardziej głośną personą. Mamy tu czynienia w gruncie rzeczy z jakąś zamaskowaną formą cenzury, która próbuje zagwarantować określonym wydarzeniom oraz postaciom historycznym obowiązujący wszystkich wieczysty kult.

Ci samozwańczy „strażnicy narodowej pamięci” są bodaj jeszcze groźniejsi od otwartych zadeklarowanych kosmopolitów, bo w tym drugim wypadku człowiek przynajmniej wie jasno, z kim ma do czynienia. Tymczasem w tym wypadku wiedzie się, po osłoną różnych patriotycznych formułek i świecidełek, niepostrzeżenie a nieuchronnie najlepszą, najzdrowszą część narodu na manowce fałszu i ułudy. Ci fałszywi prorocy będą więc wymagać od nas, byśmy, wznosząc się na coraz większe „duchowe wyżyny”, szli za nimi karnie o chlebie i wodzie, w przenikliwym zimnie, po suchej pustyni, przepastnych bagnach i zdradliwych moczarach, nad stromymi przepaściami, a ostatecznie nawet brodząc po pas we własnej krwi – bo tego właśnie rzekomo wymaga od nas Ojczyzna, oczywiście w ich interpretacji. Sami jednak paradoksalnie zarezerwowali dla siebie jednak całkiem inną rolę, zupełnie inne warunki żywota – im akurat same duchowe uczty nie wystarczają, ale cenią również i wartości materialne i względy osobistej kariery; pieniądze i doczesna osobista pozycja nie tylko im nie śmierdzą; ale, gdy tylko zajdzie taka potrzeba, bez skrupułów poświęcają dla nich wyższe wartości. Mimo to, żądają od ogółu cały czas patriotycznej adoracji ich osób, albowiem przecież to właśnie oni bez przerwy powtarzają owo magiczne słowo: patriotyzm, patriotyzm, patriotyzm… Tymczasem ten ich „patriotyzm”, to co najwyżej patriotyzm – jak stwierdził sam Dmowski – „narodu samobójców”, nie zaś patriotyzm skierowany ku przyszłości. I nic w tym dziwnego, że taka to spaczona, wykoślawiona postać patriotyzmu zupełnie nie przyciąga nowych pokoleń.

Składajmy więc kwiaty na powstańczych grobach, czcijmy pamięć poległych, jesteśmy im to winni; nie dajmy sobie jednak narzucić tej zindoktrynowanej wizji powstania warszawskiego. Wcześniej czy później musi być ono rzetelnie rozliczone i ocenione, zaś prawda o nim dotrze do ogółu Polaków.

Janusz Włodyka

Za:  „Nowy Przegląd Wszechpolski” nr 7-8-9/2011. http://piastpolski.pl/npw/2011/7-8-9.pdf






Zob. także:

Powstanie Warszawskie: narodowa tragedia Polaków. http://polski.blog.ru/124054995.html

Książka „Kulisy katastrofy Powstania Warszawskiego 1944. Wybrane publikacje i dokumenty”: http://powstanie.pl/pobierz.php (9,5 MB)

Leopold Okulicki i Ławrientij Beria: http://sol.myslpolska.pl/2012/08/leopold-okulicki-i-lawrientij-beria/ (02.08.2012)