Drukuj
Kategoria: Pamięć Walka i Męczeństwo
Odsłony: 11277

Ocena użytkowników: 3 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

p. Maria Trzcińska - sędzia, poseł III kadencji sejmu RP Tomasz Wójcik, prof. Ryszard Bender, prof. Włodzimierz Bojarski
Rozmowy niedokończone w Radju Maryja


 Obóz zagłady w Centrum Warszawy - KL Warschau

W tym roku mija 65 (przyp.red.WSP) lat od likwidacji niemieckiego obozu KL Warschau, w którym zginęło 200 tysięcy Polaków. Więźniów mordowano w komorze gazowej w tunelu przy dzisiejszym dworcu Warszawa Zachodnia lub rozstrzeliwano. Ofiary niemieckiego ludobójstwa do dziś nie zostały upamiętnione, a budowa projektowanego pomnika znalazła się w impasie, z powodu... badania sprawy KL Warschau przez IPN, który poszukuje dowodów na istnienie komór gazowych w tunelu w ciągu ulicy Bema. A przecież jeszcze kilka lat temu materialne dowody znajdowały się na miejscu, nikt się nimi nie interesował, więcej - pozwolono je bezpowrotnie zniszczyć.

    Na szczęście ze zdemontowanych urządzeń służących do gazowania warszawiaków udało się uratować dwa - z czterech - wentylatory. Mamy nadzieję, że ten wyjątkowej wagi dowód przekona wszystkich wątpiących, że w Warszawie funkcjonowały komory gazowe...
   Gdy po zakończeniu II wojny światowej powołano Główną Komisję Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce, powstały też jej komisje okręgowe w kilku miastach Polski (1945 r.). Okręgowa Komisja w Warszawie natychmiast przystąpiła do śledztwa w sprawie niemieckiego obozu zagłady Konzentrationslager Warschau (KLW), jaki istniał w okupowanej przez Niemców Warszawie w latach 1942-1944.
   Rozpoczęto ekshumacje poległych mieszkańców miasta. Odnaleziono wówczas 22 tys. kg prochów ludzkich. Była to jednak tylko cząstka relikwii męczenników Warszawy. Wiemy bowiem, że ogromne ilości szczątków spopielonych ofiar niemieckiego ludobójstwa oprawcy rozsiewali na wielkich przestrzeniach miasta, spławiali przez studzienki kanalizacyjne, wiele prochów zostało także zniszczonych w wysadzanych przez Niemców w powietrze kamienicach, gdzie dokonywano egzekucji i gdzie palono następnie ofiary. Pracownicy przeprowadzający ekshumacje stwierdzili, że straty ludzkie na terenie Warszawy były ogromne, porównywalne ze stratami Treblinki.

  
   I wtedy ekshumacje zostały wstrzymane. Została rozwiązana Warszawska Okręgowa Komisja Badania Zbrodni Niemieckich w Polsce. Materiały śledztwa zaginęły w nieznanych okolicznościach. Dziś należałoby postawić pytania: Kto wówczas podjął decyzję o wstrzymaniu ekshumacji i likwidacji Okręgowej Komisji Warszawskiej? Gdzie są materiały śledztwa prowadzonego przez tę Komisję w 1945 roku? Kto odbierał korzyści z powodu zacierania zbrodni niemieckich w Warszawie? Zapytajmy jeszcze, w czyim działał imieniu? A trzeba dodać, że działał precyzyjnie i szybko.
   Po przerwaniu śledztwa w 1945 roku trzeba było czekać niemal 30 lat na ponowne jego rozpoczęcie...
   
   Śledztwo Marii Trzcińskiej
   
   Rozpoczęcie śledztwa w 1973 roku zawdzięczamy odwadze i profesjonalizmowi sędzi Marii Trzcińskiej, oddelegowanej z sądu powszechnego w Warszawie do Głównej Komisji Badania Zbrodni Niemieckich przeciwko Narodowi Polskiemu.
   
   Sędzia Maria Trzcińska nie podchodziła do powierzonego jej śledztwa bezkrytycznie. Jak sama wspomina, gdy zjawił się przed nią świadek, który zakomunikował, że w Warszawie był niemiecki obóz koncentracyjny - nie uwierzyła i odesłała go z kwitkiem. Lecz świadek nie obraził się i nie dał za wygraną; zjawił się wkrótce ponownie, ale już z dowodami w ręku.
   
   Tak zaczęto śledztwo. Sędzia Maria Trzcińska przesłuchała ponad trzystu świadków, zaś dokumentacja śledztwa, opatrzona sygnaturą DS 2/74 objęła ponad 40 tomów akt.
   Uważamy, że zarówno znakomicie przeprowadzone śledztwo, jak i przedstawienie jego wyników w świetnie napisanej relacji (Maria Trzcińska "Obóz zagłady w centrum Warszawy KL Warschau", Polwen, Radom 2002) znalazły już swoje trwałe miejsce w polskim piśmiennictwie historycznym.
   
   Gdzie są urządzenia   zagłady KL Warschau?
   Dziennikarze warszawscy, przeszukujący wiosną 1945 roku ruiny getta, opisali szereg zachowanych tam obiektów, m.in. nowoczesne krematorium elektryczne, przygotowane do spalania ogromnej ilości zwłok, a także inne obiekty, których wygląd i budowa wskazywały na to, że służyły zagładzie ludzi. Po przeczytaniu tych relacji nasuwają się pytania: Gdzie są te obiekty? Dlaczego te budowle - dowody niemieckiego ludobójstwa - nie dochowały się do naszego czasu?
   Kto podjął decyzję o likwidacji krematorium i innych obiektów służących zagładzie? Świadczyły one przecież nie tylko o dokonanym już ludobójstwie, ale i o niemieckich planach na przyszłość, które byłyby realizowane po wygranej wojnie.
   
   Te pytania dedykujemy historykom kwestionującym istnienie lagru zagłady KL Warschau; niech podejmą trud wyjaśnienia tej zagadki.
   
   Spór o istnienie komory gazowej
   
   Wśród historyków warszawskich od wielu lat trwa spór o KL Warschau. Początkowo w ogóle negowano samo istnienie lagru zagłady w okupowanej przez Niemców Warszawie.
   Dziś, z perspektywy ponad półwiecza, trudno zrozumieć taką postawę skoro już wywiad AK ustalił, że w "ruinach getta" istnieje lagier zagłady. Pisała o tym prasa podziemna, nie tają tego dokumenty niemieckie, występuje on na alianckiej liście niemieckich głównych obozów koncentracyjnych, wymieniany jest w aktach IV Procesu Norymberskiego. Obozów takich było 23, zaś jednym z nich był KL Warschau.
   Gdy prowadzone śledztwo czyniło - mimo przeszkód - postępy, przestano już zaprzeczać istnieniu KL Warschau. Spór przeniósł się teraz do tunelu pod dworcem Warszawa Zachodnia.
   Neguje się do dziś, że była tam komora gazowa KL Warschau (nie jedyna zresztą w tym lagrze zagłady! Inne były prawdopodobnie w podlagrze "Gęsia") i że mordowano tam Polaków przy pomocy gazów trujących.
   Można zrozumieć postawę historyków, którzy uważali się za specjalistów od okupacyjnych dziejów Warszawy, a nie odkryli ani istnienia lagru zagłady w okupacyjnej Warszawie, ani komory gazowej pod dworcem Warszawa Zachodnia. Jest to w istocie przykre, bo w jakimś stopniu podważa ich wiarygodność jako historyków.
   
   Ale cóż, pokora i zdolność do samokrytycyzmu nie powinny być zaletami tylko eremitów. I historykom te cnoty są potrzebne, bo błąd jest rzeczą ludzką. Błąd nie jest zbrodnią, lecz zbrodnią jest upieranie się przy błędach, zwłaszcza wobec jaskrawych dowodów, które widać gołym okiem.
   
   I tej pokory zabrakło wówczas, gdy była szansa odnalezienia i zbadania ostatniego istniejącego do tej pory materialnego obiektu KL Warschau, jakim była komora nawiewowa - generator gazów trujących (GGT), znajdująca się do marca 1996 roku w tunelu pod dworcem Warszawa Zachodnia.
   
   Walka o ocalenie generatora gazów trujących
   Obiekt ten znaliśmy od wielu lat i o jego istnieniu meldowaliśmy przewodniczącemu Rady Pamięci, Walki i Męczeństwa dr. Stanisławowi Broniewskiemu "Orszy"; zaprosiliśmy go także na wizję lokalną, aby sam mógł zobaczyć ogrom tego urządzenia i wyobrazić sobie jego działanie. Bywaliśmy w tunelu dość często, zapalając znicze poświęcone pamięci poległych męczenników KL Warschau.
   
   Już w 1995 roku informowaliśmy "Orszę", że planowana jest rozbudowa tuneli pod torami dworca Warszawa Zachodnia i że zachodzi obawa zniszczenia komory nawiewowej KL Warschau. Słusznie - jak się potem okazało - przewidywaliśmy, że rozbudowa zagrozi istniejącemu do tej chwili generatorowi gazów trujących.
   
   Nasze przewidywania się sprawdziły. W czasie prac nad budową kolejnych nitek tunelu - w lutym 1996 roku - rozpoczęto burzenie potężnej, żelbetowej komory GGT.
   Podjęliśmy wówczas działania interwencyjne, aby zatrzymać proces wyburzania. Złożyliśmy listy w Radzie Ochrony Pamięci, Głównej Komisji Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu, w Zarządzie Dróg Miejskich, w Ministerstwie Sprawiedliwości, w Urzędzie m.st. Warszawy, alarmowaliśmy prasę i telewizję, prokuraturę, przekonywaliśmy miejskich radnych. Przedstawialiśmy wiele argumentów, staraliśmy się przekonać opinię publiczną, że jeśliby takie znalezisko odkryto np. w Paryżu, to uznano by to tam na pewno za największą sensację od czasu II wojny światowej.
   I być może nasze dramatyczne starania odniosłyby jakiś skutek, już zaczynano nam wierzyć, gazety zaczęły pisać o tunelu, lecz kilku znanych historyków polskich wypowiedziało się zdecydowanie przeciwko nam, bagatelizując sprawę.
   
   Na pytania dziennikarzy odpowiadaliśmy, że jeśli to naprawę nie jest ten obiekt, o jakim mówimy - to skąd taki pośpiech w jego wyburzaniu. Nawet jeśli stał on na drodze ważnych inwestycji, to właśnie dlatego powinien być dokładnie zbadany, powinna zostać sporządzona jego pełna techniczna i naukowa inwentaryzacja. Zwłaszcza że obiekt ten stał na osi przebijanego tam tunelu dla pieszych, który nie był tak ważny jak tunele drogowe. Proponowaliśmy zresztą m.in. dokonanie obejścia komory nawiewowej, obudowanie jej tunelem dla pieszych wokół tak, aby mogła zostać nienaruszona, co przy całokształcie tej ogromnej budowy na pewno nie byłoby jakimś znaczącym wydatkiem.
   Lecz żadne argumenty nie zdołały uchronić od zagłady burzonego na naszych oczach obiektu.
   Nie wymieniając więc nazwisk - nomina sunt odiosa - pytamy owych historyków, tak mocno zaangażowanych w spór o tajemnice tunelu pod dworcem Warszawa Zachodnia: gdzie wówczas byli, dlaczego wtedy szydzili i wyśmiewali się, że my nie jesteśmy historykami, że bierze się za to jakieś "towarzystwo amatorów", dlaczego pozwolili, aby użyto wobec nas potężnej presji prasowej, dlaczego dezinformowali opinię publiczną?
   
   Dlaczego nie skorzystali z tej jedynej, niepowtarzalnej możliwości zbadania burzonego obiektu? Dlaczego nie zawrzała w nich pasja historyczna, pasja odkrywania i ukazywania prawdy? Gdyby wówczas podjęli trud osobistego, obiektywnego zbadania burzonej wentylatorni, byłaby szansa zachowania jej do dziś. Z tej możliwości jednak nie skorzystali.
   
   Ujadali z daleka jak sfora gończych psów, tworząc atmosferę nagonki. I to oni są winni temu, że obiekt został zburzony, że teraz w nieskończoność będziemy toczyli spór - czy istniała komora gazowa pod dworcem Warszawa Zachodnia, czy jej tam nie było?
   To kolejna z tajemnic, które otaczają Konzentrationslager Warschau...
   
   Dowody "pośrednie"
   Dla nas jednak furia, pośpiech, szybkość likwidacji generatora były i są nadal pośrednim dowodem, że był on urządzeniem autentycznym, wchodzącym w skład komory gazowej w tunelu pod dworcem Warszawa Zachodnia.
   
   Prosiliśmy kierownictwo budowy o wykonanie pełnej dokumentacji geodezyjnej i technicznej burzonego obiektu. Obiecano nam to, zdobyliśmy nawet środki, aby opłacić specjalistów, bo pieniędzy na to nie przewidziano w kosztorysie budowy tuneli. Niestety - mimo ustawicznego monitowania kierownictwa budowy - wyniki tych prac nie zostały nam przekazane do dziś!!!
   Ciekawe jest jeszcze jedno zjawisko. Gdy wymontowano kolejne urządzenia - metalowe misy gazotwórcze, drzwiczki gazoszczelne, wentylatory o średnicy śmigła 120 cm - zastrzegliśmy sobie, że muszą one pozostać do naszej dyspozycji. Takie zapewnienie otrzymaliśmy od kierownika budowy. Wystarczyła jednak nasza kilkugodzinna nieobecność na budowie, aby obiekty już wymontowane zniknęły. Jak nas poinformowano, zostały wywiezione do składnicy złomu.
   
   Pobiegliśmy więc do składnicy złomu, gdzie na wielkim placu leżały wysokie sterty części metalowych, zaczęliśmy przeglądać te wysokie hałdy, szukając wentylatorów z komory nawiewowej. Lecz niemal natychmiast zjawił się właściciel i zażądał, abyśmy natychmiast opuścili plac składowy, grożąc, że poszczuje nas psami, mimo iż deklarowaliśmy chęć zakupu wybranych elementów. Był tak agresywny i wrogi, że mimo woli nasuwało się przypuszczenie, że i on także jest w jakiejś zmowie. W takiej chwili człowiek rozumie, jak naiwna jest wiara w istnienie "spiskowej teorii dziejów". Oczywiście, nie ma żadnej takiej teorii, jest natomiast codzienna spiskowa praktyka, zbójeckie porozumienie złych, którzy drwią sobie z ludzi uczciwych. Dlatego Psalmista słusznie powiedział: "Szczęśliwy, który nie był między złymi w radzie..."
   
   Czy warszawiacy czuli zapach palonych w KL Warschau ludzi?
   Przedstawiane przez nas tezy były wielokrotnie atakowane w czasie licznych spotkań, w artykułach prasowych.
   9 listopada 2001 roku, w czasie spotkania w Urzędzie Miasta Warszawy, gdzie byli radni, przedstawiciele komisji problemowych rady miasta - utytułowani przedstawiciele ważnych instytucji, użyli argumentu, że gdyby codziennie spalano w Warszawie 400 ciał ludzkich, to musiałby rozchodzić się fetor, który odczuwaliby mieszkańcy miasta.
   
   Ten nieoczekiwany, choć przecież nie do końca naukowy, argument spowodował natychmiastową reakcję. Wszyscy zamilkli, a my nie wiedzieliśmy, jak na niego odpowiedzieć. Obecni na zebraniu radni miejscy patrzyli na nas wyczekująco: no właśnie, to jak to jest?...
   Wiele miesięcy później spotkaliśmy się w innym gronie, które chciało się zapoznać z naszą wiedzą na temat KL Warschau. Było to zresztą grono znakomite, jedyne w swoim rodzaju - przewodnicy warszawscy. Było tam wiele zapalczywej młodzieży, która stawiała ostre i podchwytliwe pytania, było też sporo osób starszych. I tam też padło pytanie o proces spalania zwłok. Młody pan ostro stwierdził, że warszawiacy musieliby jednak odczuwać ten zapach, skoro czuli go więźniowie Auschwitz.
   Zapadła chwila ciszy... Po chwili wstał jeden ze starszych słuchaczy i opowiedział, że jako młody człowiek mieszkał w czasie okupacji w Warszawie. Sam czuł jakiś dziwny zapach, pamięta też, że ludzie mówili, że tak czuć palące się getto...
   
   Poszukiwaczom straszliwej woni palących się tysięcy ciał ludzkich dajmy do rozwiązania jeszcze jedną zagadkę: skąd się wzięła ogromna masa prochów ludzkich w podziemiach katowni gestapo w alei Szucha? Po wojnie odnaleziono tam trzy i pół tony szczątków - relikwii męczenników, zamordowanych w tym strasznym miejscu.
   To przecież 1/7 tego, co odnaleziono w całej Warszawie, głównie - na Woli (22 tony)!
   A więc na Szucha musiało być krematorium, gdzie spalono wiele tysięcy Polaków! Czy ktokolwiek podjął próbę zbadania tego gmachu i odnalezienia ukrytego w nim kiedyś krematorium? Może są jeszcze jakieś ślady tych urządzeń?
   Oto najbardziej zakonspirowany niemiecki lager zagłady. Niemieckie centrum logistyczne, którego celem było unicestwienie polskich elit przywódczych. Gdyby działał kilka lat dłużej, Polski by już zapewne nie było na mapie Europy.
   
   Ostatni świadkowie

   Niedawno zgłosił się do nas świadek. Pan ukrywający się pod inicjałami A.S. zeznał, co następuje: wraz z rodziną mieszkał w czasie okupacji przy placu Trzech Krzyży w Warszawie. Był wtedy młodym chłopcem i codziennie chodził do szkoły Alejami Ujazdowskimi; szkoła mieściła się przy ul. Bagatela.
   Mijał przy placu Na Rozdrożu wylot alei Szucha, gdzie była katownia niemiecka. Wjazd na Szucha był zagrodzony, stała tam wacha niemiecka i był szlaban.
   Mijając wylot alei Szucha, był wielokrotnie świadkiem, jak w głębi ulicy jakieś komando robocze wysypywało łopatami z taczek gruby chlor i wsypywało do rynsztoka alei Szucha, od strony budynku katowni. I znów pojawi się tu motyw zapachu - po raz pierwszy w życiu czuł taki ostry, przenikliwy zapach, dowiedział się potem, że to jest właśnie zapach chloru.
   Tyle relacja. My natomiast wiemy, że codziennym zwyczajem morderców z KL Warschau było spławianie prochów do kanalizacji miejskiej. Aby nie było straszliwego zapachu, niwelowano go chlorem.
   
   Historia generatora gazów trujących KL Warschau
   
   Generator gazów trujących wraz z komorą gazową pod dworcem Warszawa Zachodnia zostały przez Niemców zbudowane w roku 1942, po rozpoczęciu realizacji hitlerowskiej koncepcji gazowania ludzi; komory KL Warschau wyprzedziły budowę przemysłowych kombinatów śmierci Auschwitz-Birkenau w Oświęcimiu.
   
   Pod względem technicznym komora gazowa pod dworcem Warszawa Zachodnia jest rozwiązaniem unikalnym, nieznanym w innych lagrach niemieckich. Wszystkie inne znane nam niemieckie komory gazowe, budowane i uruchamiane w niemieckich obozach koncentracyjnych, były do siebie podobne.
   Przede wszystkim uderzają rozmiary tamtych komór. Były to wszędzie pomieszczenia niskie, bez okien, zaopatrzone w hermetyczne i gazoszczelne drzwi z wizjerem. Do złudzenia przypominały łaźnie, co szczególnie było charakterystyczne w komorach gazowych II i III krematorium Konzentrationslager Auschwitz-Birkenau.
   
   Po zapełnieniu tych pomieszczeń ludźm, esesmani - zaopatrzeni w maski przeciwgazowe - wsypywali zawartość puszek z gazem o nazwie cyklon B przez otwory w suficie komory gazowej przypominające wywietrzniki. W komorze gazowej, gdzie wtłaczano niekiedy nawet 2 tys. osób, gromadziła się natychmiast wielka ilość pary wodnej, co było warunkiem uwolnienia się trującego gazu. Ludzie umierali tam w strasznych mękach, w ciągu kilkunastu minut.
   Jak już powiedziano, komory gazowe w KL Auschwitz były bardzo niskie. Dzięki temu dla zabicia 2 tys. osób trzeba było użyć jedynie 6 kg gazu. Jest oczywiste, że wysokie pomieszczenia wymagałyby użycia większej ilości gazu, aby mógł on mieć odpowiednie stężenie, które powoduje śmierć. Gdyby oceniać tak zaprojektowaną konstrukcję komory pod względem ilości zużytego gazu, to trzeba przyznać, że była ona bardzo nieekonomiczna.
   
   Dziwi również nas, że komora gazowa pod dworcem Warszawa Zachodnia całkowicie odbiega od pozostałych znanych nam komór. Pierwszym widocznym wyróżnikiem jest fakt, że była to komora ogromna. Jej wymiary są widoczne do dziś; tunel ten był przedzielony wzdłuż wewnętrzną ścianą. Jest to obecny tunel drogowy, położony skrajnie od strony peronów stacji PKP, przylegający do zbudowanego w 1996 roku przejścia dla pieszych.
   
   Tak wielkie rozmiary komory wynikały z faktu, że Niemcy adaptowali istniejący już przed wojną tunel. Świadek naoczny Adela K. widziała, jak Niemcy "wwozili do tunelu jednorazowo cztery wozy. (...) Jak oni gazowali w tunelu, to rozchodził się zapach gazu, to czuć go było aż na ulicy Szujskiego, gdzie mieszkałam. Wozy wjeżdżające i wyjeżdżające z tunelu widziałam na własne oczy" (M. Trzcińska, op. cit, s. 41).
   
   Wystarczy zapoznać się z niemieckimi planami rozbudowy lagrów zagłady po zwycięskiej wojnie, aby zrozumieć, dlaczego Niemcy pozostawili tak ogromny i wysoki tunel jako komorę gazową. Wjeżdżały do niego samochody z więźniami, a w przyszłości, po ułożeniu toru, mogłyby wjeżdżać składy kolejowe, co bardzo ułatwiłoby gazowanie ofiar i stworzyłoby możliwość mordowania jeszcze większej ilości ludzi.
   
   Budowa generatora gazów trujących

   Komora gazowa pod dworcem Warszawa Zachodnia była zasilana w gaz przez zespół urządzeń, które nazywamy generatorem gazów trujących (GGT).
   
   Budowla ta stanowiła wielką skrzynię żelbetową zbudowaną na planie prostokąta. Ukryta była w miejscu, gdzie obecnie jest przejście (tunel) dla pieszych. Była o około 2 metry szersza od tego przejścia i jej wschodnia ściana prawdopodobnie istnieje w nasypie, zasypana po zakończeniu budowy tunelu dla pieszych. Budowla miała dwie kondygnacje. Pierwsza była ukryta w tunelu, a druga - naziemna, stała na śródtorzu (tzw. banie gazotwórcze). W kondygnacji podziemnej stały cztery ogromne wentylatory, po dwa - jeden nad drugim, o średnicy śmigła 120 cm. Nad nimi, na płycie tunelu, stały dwie banie gazotwórcze.
   Spójrzmy teraz na rysunek obok. Jest to rzut z boku, tak jak widziałby to ktoś idący tunelem dla pieszych. 1 - to bania gazotwórcza, 2 - wentylatornia, gdzie stały cztery wentylatory, 3 - sztolnia do czerpania powietrza i do wyrzucania do atmosfery powietrza zatrutego w czasie wypompowywania gazu z komory gazowej, 4 - wentylatory, 5 - rury, którymi gaz dostawał się z bań gazotwórczych do wentylatorami, 6 - gazoszczelne drzwiczki do bań gazotwórczych, widoczne także dobrze na zdjęciu, 7 - ogromna misa gazotwórcza, w której powstawał gaz trujący, 8 - komora gazowa, którą łączyły z GGT 2 otwory w ścianie tunelu.
   
   Banie gazotwórcze

   Dwie banie usytuowane były na śródtorzu. Były to budowle ceglane, na planie koła, pokryte płaskim stropem. Widoczne na zdjęciu drzwiczki mają duży otwór, w którym była gruba szyba. Drzwiczki metalowe mają na brzegach grube gumowe listwy uszczelniające. Te uszczelniające gumy nie byłyby tam w ogóle potrzebne, gdyby w baniach nie znajdował się trujący gaz!
   
   Na dnie każdej bani wmontowane były wielkie metalowe misy (rodzaj okrągłej wanny) gazotwórcze. Po otwarciu drzwiczek gazoszczelnych do bań wrzucano granulat z gazem. Zamknięcie drzwiczek sprawiało, że banie stawały się szczelne.
   
   Po wrzuceniu okrzemków z gazem trującym do mis nalewano wody. Wtedy następowała emisja gazu, wytwarzał on w bani coraz większe ciśnienie. Wówczas obsługa GGT włączała wentylatory gaz był podsysany przez wentylatory od dołu, wchodził do komory wentylatorów rurkami w ścianach. Rozpoczynając pracę, wentylatory podsysały gaz powstający w baniach, wciągały też powietrze z atmosfery, ze sztolni; do komory gazowej wrzucana była mieszanina gazu trującego z powietrzem.
   
   Prawdopodobnie komora gazowa zapełniała się trującym gazem w ciągu kilku lub kilkunastu minut. Po zagazowaniu ludzi - wentylatory kręciły się w odwrotnym kierunku, wyrzucały trujące powietrze do tyłu, do sztolni, skąd wybiegało ono do atmosfery. Powietrze wydostawało się do sztolni przez okrągłe otwory, które znajdowały się z tyłu za wentylatorami.
   
   Sztolnia to ogromna komora żelbetowa. Nie posiadała sklepienia, od góry była otwarta. Na jej bocznej ścianie umocowana była charakterystyczna dla wojskowych budowli niemieckich metalowa drabinka. Oglądając urządzenia, wielokrotnie wychodziliśmy tą drabinką z komory wentylatorów, przez drzwiczki gazoszczelne pod wentylatorami, do sztolni, a następnie na śródtorze, podziwialiśmy również prostotę GGT. Było to urządzenie oparte na bardzo prostej zasadzie działania. I dlatego było tak skuteczne.
   
   Czy Niemcy w KL Warschau używali cyklonu B?
   Polskie instytucje, których celem statutowym jest zachowanie pamięci narodowej, negują fakt używania przez Niemców gazu trującego cyklon B w komorach gazowych KL Warschau. Pozwólmy zatem przemówić dziennikarzom warszawskim, którzy wiosną 1945 roku przeszukiwali tereny byłego lagru "Gęsiówka". Oto fragment artykułu z warszawskiego "Dziennika Ludowego" z 7 czerwca 1945 roku:
   
   "...Interesuje nas jeden z gmachów, na którym istnieje napis 'ZUM POSTLUFTSCHUTZRAUM'. Schron przeciwlotniczy. Wchodzimy w pusty, ciemny korytarz; miękko pod nogami - śmieci czy szmaty - przyświecamy zapałką - dość dobrze zachowane części ubrań ludzkich. Spodnia bielizna męska, rękawiczka, szal, biustonosz, skarpetki dziecinne - widać tu rozbierano ofiary przed egzekucją. Idziemy głębiej - czuć mdły, słodkawy zapach. Chrzęszczą pod stopami niebieskawe kryształki. Dokoła wysokie, żółto-zielonawe puszki z blachy - w celi takie same, nie otwarte jeszcze, z nalepkami treści: 'Otwierać wolno tylko przyuczonemu personelowi. Do użytku w Generalnym Gubernatorstwie' (...).
   Jednemu z nas zrobiło się nagle słabo. Wydostajemy się czym prędzej na powietrze. Cyklon ma słodkawo-mdły zapach, jak zapach kwasu solnego przy lutowaniu. (...) Okazuje się, że i tu, na 'Gęsiówce', truto ludzi cyklonem".
   Gdzie dziś są te obiekty? Czemu nie pozostawiono ich w takim stanie, jak urządzenia zagłady w Oświęcimiu? Czemu nie urządzono w nich muzeum holokaustu Polaków?
   Niestety! Już jesienią 1945 roku cały tren byłego lagru KL Warschau zajęło NKWD/MBP. Władze sowieckie stworzyły tu łagier NKWD/MBP, który trwał aż do 1954 roku. Jak pisaliśmy, nie wiemy o nim prawie nic - oprócz tego, że tam więzieni byli młodzi żołnierze AK, ziemianie, harcerze, członkowie stowarzyszeń katolickich - ci, którzy nie akceptowali "władzy ludowej".
   
   Dziś możemy także przypuszczać, dlaczego łagier NKWD/MBP ulokowano dokładnie na miejscu dawnego lagru KL Warschau. Aby za drutami łagru NKWD/MBP, rękami więźniów-Polaków, często przebranych w poniemieckie mundury, usunąć ślady niemieckich urządzeń służących do masowej zagłady ludzi. Oto ślad traktatu Ribbentrop-Mołotow, którego cień kładzie się na lata PRL...
   
   Ostatni materialny ślad KL Warschau
   Istniejący do 1996 roku w tunelu pod dworcem Warszawa Zachodnia GGT był ostatnim, w pełni czytelnym w swej konstrukcji, urządzeniem KL Warschau. Nie istniała już komora gazowa w tunelu, po której rozebraniu wrócił tam ruch kołowy. Przejeżdżający tędy Polacy do dziś nie wiedzą, że jadą przez miejsce kaźni swoich braci i sióstr, przez miejsce męczeńskiej śmierci i mogiłę swych rodaków. Mimo wieloletnich naszych starań - od 1996 roku - nie udało się nawet ustawić krzyża, nie mówiąc o jakiejkolwiek tablicy pamiątkowej.
   Cały ten ciąg zdarzeń - począwszy od wyburzenia niemieckich urządzeń zagłady na "Gęsiówce" w latach 1945-1954, a kończąc na wyburzeniu generatora gazów trujących w tunelu pod dworcem Warszawa Zachodnia (1996 r.) - czyni zbrodnię niemiecką w Konzentrationslager Warschau zbrodnią doskonałą. Nie ma 200 tys. Polaków, którzy tam zstąpili w otchłań śmierci. I nie ma też żadnego materialnego śladu ich ostatniej obecności i męczeńskiej śmierci.
   Wchodząc do komory generatora, mieliśmy zawsze poczucie, że jest to miejsce, którego znaczenia nie da się w ogóle nazwać, miejsce święte. Czuliśmy, jakbyśmy tam stąpali po najświętszych relikwiach męczenników naszego Narodu. Stawaliśmy w miejscu, w którym wykonywano wyrok śmierci na naszych rodakach. Dlatego wielkim pragnieniem serc wszystkich członków Komitetu Upamiętnienia Ofiar Obozu Zagłady KL Warschau jest, aby przy tunelu stacji Warszawa Zachodnia stanął ogromny, żelbetowy krzyż poświęcony pamięci męczenników KL Warschau, wzywający do modlitwy o sprawiedliwy pokój między narodami.

Opracowanie: hotnews

Źródło/autorstwo: Jerzy Sawicki, Władysław A. Terlecki: Nasz
Dziennik


Za: http://hotnews.pl/artpolska-116.html