Warto przeczytać

Adama Danka alergia na endecję

Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 


„(…)IV Anarchonacjonalizm

„Nie przez przypadek większość prawicowych środowisk odnoszących się z wrogością do dzisiejszego państwa podaje się za kontynuatorów endeckiej tradycji politycznej lub podkreśla jej rolę jako swego źródła inspiracji. Endecja była elementem anarchicznym w każdym systemie politycznym, w jakim działała. Kontestowała rządy w państwach zaborczych, potem kontestowała większość gabinetów rządzących okresu sejmokracji (1919-1926), a potem kontestowała rządy obozu sanacyjnego (1926-1939). Wychowała swoich ludzi w przekonaniu o prymacie własnej partii nad państwem, czyli we wrogości wobec państwa zawsze, kiedy nie rządzi nim ich partia. Była politycznym atawizmem, wypływem sobiepańskiej mentalności z czasów przedrozbiorowych i rozbiorowych – tej samej mentalności, której wypowiedzieli walkę konserwatyści krakowscy, zwani stańczykami. Sam Roman Dmowski w „„Myślach nowoczesnego Polaka”” wezwał do złamania tej mentalności raz na zawsze, ale endecy nie usłuchali jego wezwania. Reprezentant konkurencyjnego względem endecji nurtu w nacjonalizmie polskim, narodowy syndykalista Kazimierz Zakrzewski nazwał ruch endecki „ „„anarchonacjonalizmem””.

Anarchistyczną mentalność endecką przezwyciężyły tylko te grupy nacjonalistów, które się od endecji odcięły: środowiska narodowo-radykalne. Związek Młodych Narodowców porozumiał się z w 1933 r. z piłsudczykami i poparł przebudowę państwa w kierunku autorytarnym. W 1937 r. Tadeusz Gluziński w imieniu ONR-ABC zaproponował sanacji współpracę w zwalczaniu Komunistycznej Partii Polski i jej organizacji satelickich. W tym samym roku Ruch Narodowo-Radykalny włączył się w budowę prorządowego Obozu Zjednoczenia Narodowego. To na nich, nie na endekach, powinni się wzorować współcześni polscy nacjonaliści, gdy idzie o poczucie odpowiedzialności za państwo…”.


Powyższy cytat stanowi podrozdział z artykułu autorstwa p. Adama Danka pt. „Wartość współczesnego państwa”, zamieszczonego na portalu Xportal.pl (zwanym też Portalem Narodowo-Radykalnym) 16 lutego 2013 r. Gwoli pewnego objaśnienia i wprowadzenia w temat, dodam, że główną osnową tekstu jest ostra krytyka nieodpowiedzialnej, „antypaństwowej” postawy współczesnych młodych „narodowców”, a więc w domyśle głównie RN, względem III RP.

Całość artykułu: www.xportal.pl/?p=7648

Cóż, wolno p. Dankowi być zdeklarowanym zwolennikiem, wręcz admiratorem Józefa Piłsudskiego i rządów sanacyjnych (taki wniosek wynika aż nadto jasno z treści wielu krążących w Internecie tekstów jego autorstwa). Wolno mu też być, co zresztą wiąże się organicznie z powyższym, nawet najbardziej surowym krytykiem endecji. Można się z nim w tym punkcie do głębi nie zgadzać, ale trzeba zawsze uszanować prawo drugiej osoby do swobodnego prezentowania własnych poglądów na nawet najbardziej drażliwe polskie tematy – pod tym wszakże zasadniczym warunkiem, że lansowane przezeń opinie mieszczą się, przynajmniej w ogólnym zrębie, w granicach rzeczowej, merytorycznej dyskusji, a w przypadku treści posiadających większy lub mniejszy komponent historyczny nie przeinaczają też i nie podważają w sposób bezceremonialny prawdy historycznej.

Niestety, przytoczony powyżej wywód p. Danka tego warunku ewidentnie nie spełnia, co wykażemy dobitnie poniżej. Mamy w tym przypadku do czynienia z niezwykle zjadliwym, niespotykanie agresywnym, typowo paszkwilanckim atakiem na cały dorobek i spuściznę polityczną narodowej demokracji, i w ogóle całego obozu narodowego. Czegoś podobnego trudno doszukać się nawet w pisarstwie i publicystyce samych prominentów obozu piłsudczykowskiego oraz różnych współczesnych, nawet najgorętszych neo i postpiłsudczyków pokroju chociażby śp. Józefa Szaniawskiego. Linia argumentacji tych ostatnich sprowadza się zazwyczaj bowiem do wyolbrzymiania, często do monstrualnych wprost granic, faktycznych czy też urojonych zasług dla Polski (zwłaszcza dla odzyskania przez nią niepodległego bytu państwowego) tegoż obozu, przy jednoczesnym całkowitym przemilczaniu albo przynajmniej możliwe jak największym pomniejszaniu roli dziejowej Dmowskiego i kierowanego przezeń obozu politycznego.

P. Danek idzie jednakowoż znacznie dalej, uważając się najwidoczniej za osobistość powołaną i uprawnioną do iście furmańskiego „lania” kłonicą wielkiego polskiego ruchu politycznego, który przypieczętował i opłacił swój autentyczny polski patriotyzm i swoje przywiązanie do idei niepodległego państwa polskiego ogromną daniną krwi rozlanej podczas II wojny światowej i później w tzw. okresie stalinowskim, i został w konsekwencji, praktycznie biorąc, fizycznie unicestwiony. Jest to tym bardziej godne napiętnowania, że mamy jego w osobie do czynienia nie z pierwszym lepszym niedouczkiem, lecz z absolwentem politologii UJ, a obecnie nawet, zdaje się, doktorantem tejże renomowanej uczelni. Ten stosunkowo wysoki cenzus naukowy nie przeszkadza mu jednak głosić, i to z ogromną pewnością siebie, najdalej posuniętych przekłamań historycznych.

Odnieśmy się więc do nich po kolei:

„Endecja była elementem anarchicznym w każdym systemie, w którym działała. Kontestowała rządy w państwach zaborczych…”

Doprawdy, nie sposób pojąć, jak można jednocześnie być czy też nawet tylko kreować się na polskiego patriotę (co znowuż wynika z lektury publicystyki oraz z obserwacji praktycznej działalności politycznej p. Danka), a jednocześnie stawiać nie tylko tejże tak napiętnowanej endecji, ale w ogóle jakiemukolwiek polskiemu ugrupowaniu czy środowisku politycznemu, zarzut „kontestowania rządów w państwach zaborczych”. W istocie, p. Danek ma w tym miejscu najwidoczniej tej tak znienawidzonej przezeń endecji za złe, że nie godziła się z owymi zaborami, że nie godziła się z niewolą, dążąc do odbudowy własnego niepodległego państwa, które istniało wcześniej nieprzerwanie przez osiem wieków (wliczając w to okres rozbicia dzielnicowego) – bo jak inaczej można zrozumieć te szokujące słowa. Trudno chyba o bardziej jaskrawy przejaw politycznej schizofrenii. Pewnego jej wytłumaczenia można upatrywać przypuszczalnie tylko w tym fakcie, że p. Danek głosi się oficjalnie m.in. – z tego, co mi wiadomo – tzw. archaistą względnie reakcjonistą (tak się przynajmniej politycznie określił w wywiadzie dla portalu prawica.net z 21.06.2008 r.). Siłą więc rzeczy, każdy zastany system polityczny czy też władza, choćby nawet obca, choćby nawet narzucona metodą siłową z zewnątrz danej społeczności, ale zawierająca zarazem w sobie jakiś pierwiastek, a nawet tylko posmak owej „reakcyjności”, jest dla niego już tylko z tego samego tytułu uprawomocniona, i w konsekwencji nietykalna.

Jeśli jest to trafne spostrzeżenie, to łatwo się też domyśleć, iż powyższy zarzut może dotyczyć w pierwszym rzędzie faktu bezspornego kontestowania przez Dmowskiego i endeków autonomii galicyjskiej i stanowczego odrzucenia przez nich orientacji proaustriackiej oraz koncepcji przekształcenia monarchii habsburskiej w trójczłonowy organizm państwowy Austro-Węgry-Polska (w granicach Galicji i być może tzw. Kongresówki). Powoływanie się przezeń na autorytet konserwatystów krakowskich (stańczyków) taką hipotezę jeszcze bardziej uprawdopodabnia. A więc, p. Danek stawia się tym samym w pozycji kogoś w rodzaju takiego współczesnego Bobrzyńskiego i Metternicha w jednej osobie! Problem tylko w tym, że ta najbardziej „legalistyczna” czy też „legitymistyczna” orientacja austrofilska nie wytrzymała zderzenia z rzeczywistością, dzięki też czemu możliwe było odbudowanie prawdziwie, a nie tylko nominalnie, niepodległego państwa polskiego. Być może jednak ten przesiąknięty do głębi sztywnym doktrynerstwem „archaista” uważa, że ta istotna polska niepodległość nie była warta aż rozwalenia i likwidacji zmurszałej monarchii habsburskiej – może lepszą opcją dla Polaków byłoby powstanie „Polski niepodległej”, pozbawionej dostępu do morza, bez Pomorza, bez Wielkopolski, bez Śląska, być może nawet bez scedowanej Rusinom-Ukraińcom wschodniej Galicji, ale jednak pod opiekuńczymi skrzydłami Wiednia… Albo też spełniającego rolę klasycznego niemieckiego protektoratu Królestwa Polskiego w granicach niepełnej Kongresówki.

„…potem kontestowała większość gabinetów rządzących okresu sejmokracji (1919-1926)…”

Na początek musimy sobie wyjaśnić i wyprostować pewne oczywiste fakty historyczne. Całkowitą nieprawdą jest twierdzenie, jakoby w całym okresie 1919-1926 panowała w Polsce „sejmokracja”. Taką ocenę można odnieść co najwyżej tylko do lat 1923-1926 (do chwili zamachu majowego). Wcześniej, aż do momentu uchwalenia Konstytucji marcowej (17 marca 1922 r.), a realnie aż do momentu praktycznego wejścia w życie całości jej postanowień w grudniu 1922 r. (po przeprowadzeniu przewidzianych tą konstytucją wyborów parlamentarnych i prezydenckich) nie mogło być nawet mowy o żadnej „sejmokracji”, gdyż rola i wpływ Sejmu były poważnie ograniczone przez pozycję i uprawnienia Józefa Piłsudskiego jako głowy państwa. Sprawował on najpierw, jako Tymczasowy Naczelnik Państwa, przez mniej więcej trzy miesiące władzę w istocie dyktatorską. Po uchwaleniu zaś przez I Sejm II RP (tzw. Ustawodawczy) 20 lutego 1919 r. tzw. Małej Konstytucji jego pozycja uległa, co prawda, pewnemu osłabieniu, ale nadal pozostała bardzo mocna. Utrzymując się w roli głowy państwa, a do tego sprawując dowództwo nad wojskiem, w praktyce dalej sprawował on władzę o wyraźnie zarysowanych cechach dyktatorskich, tyle że już częściowo ograniczoną i uszczuploną przez tenże sejm.

Jako nowokreowany Naczelnik Państwa Piłsudski miał formalnie, na papierze, na mocy ogólnych zapisów tejże konstytucji, „wykonywać wolę Sejmu”, a więc tym samym to Sejm był teoretycznie najwyższym ośrodkiem władzy w państwie. Jednak ogólnikowe, nie do końca sprecyzowane uregulowania dotyczące trybu powoływania rządu dawały mu szerokie pole manewru w tej płaszczyźnie, i w konsekwencji silną pozycję, a zazwyczaj nawet wyraźną przewagę w politycznych rozgrywkach z parlamentem na tym tle.

Stosowny zapis Małej Konstytucji brzmiał następująco: „Naczelnik państwa powołuje rząd w pełnym składzie na podstawie porozumienia z Sejmem”. Było to więc, jak już wspomniałem, sformułowanie wysoce niejasne i stawiające ewidentnie w lepszej pozycji stronę wyposażoną w prawo ostatecznej decyzji, czyli właśnie Naczelnika Państwa. W rezultacie przyjęcia takiego właśnie zapisu nawet najbardziej skrystalizowana, nawet bardzo przeważająca liczebnie większość sejmowa nie była stanie doprowadzić do utworzenia rządu w pożądanym przez siebie składzie wbrew woli Piłsudskiego. Za to ten ostatni miał w praktyce dużą swobodę powoływania takiego rządu, jaki mu akurat odpowiadał, ograniczoną tylko przez pewne uwarunkowania obiektywne, zwłaszcza przez ogólną polityczną koniunkturę w danej chwili, nastroje społeczne, położenie międzynarodowe państwa itd.

Z tej też możliwości Piłsudski nader skwapliwie korzystał. Przede wszystkim kierował się tu jedną podstawową zasadą – absolutnie nie dopuścić do wyłonienia się rządu kierowanego i zdominowanego przez wstrętnych endeków. Korzystając z zakulisowego współdziałania sejmowych adherentów endecji, zwłaszcza socjalistów i lewicowych ludowców, ani w jednym wypadku nie powierzył misji utworzenia rządu któremukolwiek z „twardych” endeków, np. Stanisławowi Głąbińskiemu – liderowi endecji w b. zaborze austriackim, kilkakrotnie „przymierzanemu” do funkcji premiera, pomimo że narodowcy, skupieni w Związku Ludowo-Narodowym i pokrewnych ugrupowaniach, stanowili bezdyskusyjnie największą frakcję sejmową. Jedynym wyjątkiem w tym względzie był I rząd reprezentującego umiarkowane skrzydło endecji Władysława Grabskiego (27 czerwca-24 lipca 1920). Jednakże, po pierwsze, powołanie tego rządu było wymuszone śmiertelnym zagrożeniem państwa przez bolszewicką ofensywę, a po wtóre – był to tzw. rząd fachowców, a więc w zasadzie bezpartyjny, a nie oparty na ówczesnym układzie sił politycznych w sejmie.

Jak silna była awersja Piłsudskiego do endecji, świadczyć o tym może chociażby wypowiedź jego bliskiego współpracownika Leona Wasilewskiego odnośnie kulisów powołania skądinąd również w istocie pozaparlamentarnego rządu Ignacego Paderewskiego (18 stycznia-27 listopada 1919): „otrzymaliśmy zapewnienie, że do gabinetu Paderewskiego nie wejdzie żaden partyjny endek” . To zapewnienie, udzielone Piłsudskiemu i jego ludziom zapewne przez samego Paderewskiego, nie zostało zresztą do końca dotrzymane, jako że z czasem w skład jego gabinetu wszedł taki właśnie typowy „partyjny endek” w osobie Władysława Seydy, który objął funkcję ministra do spraw b. dzielnicy pruskiej. Wobec jednak takiej a nie innej politycznej „geografii” Wielkopolski inaczej po prostu być nie mogło.

Takich rządów pozaparlamentarnych było zresztą w rozpatrywanym okresie więcej. Gdy tylko minęło zagrożenie zewnętrzne i utrwaliły się ostatecznie granice państwa, a zarazem doszło do dość daleko posuniętej dekompozycji prawicy w sejmie, Piłsudski zaczął coraz to bardziej stanowczo, a chwilami wręcz brutalnie, narzucać mu swoją wolę w tym względzie. Efektem tego było powołanie aż czterech następujących kolejno po sobie rządów pozaparlamentarnych, zwanych też niekiedy „rządami zaufania marszałka Piłsudskiego”. Były to kolejno rządy: Antoni Ponikowski I (19 września 1921- początek marca 1922), Antoni Ponikowski II (10 marca-6 czerwca 1922), Artur Śliwiński (28 czerwca-7 lipca 1922) i Julian Nowak (31 lipca-14 grudnia 1922). Wszyscy wymienieni trzej premierzy byli politykami bliskimi albo co najmniej wygodnymi Piłsudskiemu: Ponikowski był w przeszłości m.in. ministrem w rządach Rady Regencyjnej, co jasno określa jego polityczną orientację. Śliwiński z kolei był już wprost b. członkiem PPS-Frakcji Rewolucyjnej, a więc w istocie towarzyszem broni marszałka, a do tego wybitnym wolnomularzem. Wreszcie Nowak był blisko związany z konserwatystami krakowskimi – był członkiem tzw. Stronnictwa Prawicy Narodowej (SPN), które po zamachu majowym weszło w skład BBWR. W sumie z wszystkich ośmiu rządów funkcjonujących w okresie styczeń 1919-grudzień 1922 aż pięć miało charakter pozaparlamentarny. Jakaż to więc była „sejmokracja”?

Można by oczywiście taką postawę i taktykę polityczną Piłsudskiego zrozumieć i usprawiedliwić, gdyby była ona podyktowana obiektywnym dobrem państwa, i gdyby nie było w danym czasie możliwości wyłonienia rządu w innym kształcie i na innej zasadzie. Ale nic takiego nie miało miejsca. Już doprowadzenie do powołania I rządu Ponikowskiego było podyktowane tylko i wyłącznie motywem niedopuszczenia do zaistnienia rządu o wyraźnie endeckim obliczu, a zatem wyłącznie partykularnym interesem politycznym tak Piłsudskiego, jak i sekundującej mu wiernie w tych zabiegach sejmowej lewicy (a także części centrum i prawicy). Żadna polska racja stanu tego wcale nie wymagała.

Co ciekawe, Piłsudski sam potem wymusił w czerwcu 1922 r. dymisję II rządu tegoż Ponikowskiego (posiadającego bezpośrednią ciągłość z I), gdyż nie mógł już żadną miarą ścierpieć endeckiej linii polityki zagranicznej, forsowanej przez pełniącego w nim funkcję ministra spraw zagranicznych Konstantego Skirmunta, b. członka Komitetu Narodowego Polskiego w Paryżu (vide: „Zmarnowana szansa sojuszu polsko-czechosłowackiego w 1938 r.”, nr 10-11-12 Nowego Przeglądu Wszechpolskiego 2012, wyd. internetowe: www.npwmag.pl/archiwum/2012/10-11-12.pdf). Wynikł z tego długotrwały kryzys gabinetowy, którego przebieg dobitnie oddaje wyraźną przewagę i dominację Piłsudskiego nad Sejmem w tym czasie.

Najpierw więc Piłsudski mianował we własnym zakresie, bez jakiegokolwiek pytania Sejmu o zgodę, a nawet o opinię, a więc w istocie samowolnie, łamiąc w praktyce postanowienia owej małej konstytucji, premierem Śliwińskiego. Sformowany przez tego nominata rząd został jednak wkrótce, po zaledwie dziesięciu dniach formalnego urzędowania, obalony przez tenże Sejm metodą przegłosowania votum nieufności względem niego (był to zresztą jeden z nielicznych, a może nawet wprost jedyny akt tak ostrego sprzeciwu Sejmu I kadencji II RP względem Naczelnika Państwa). Z kolei Komisja Główna Sejmu wysunęła na szefa rządu przywódcę chrześcijańskiej demokracji Wojciecha Korfantego. Warto dodać, że gabinet ten miał z góry zapewnioną większość w Sejmie i że Piłsudski doskonale o tym wiedział, gdyż wspomniana komisja sejmowa oficjalnie mu to zakomunikowała. A jednak kategorycznie odmówił swojej zgody nad gabinet pod prezesurą Korfantego, posuwając się do całkowicie nieparlamentarnej groźby: „wyjdę na ulicę i kości będą trzeszczeć” . Była to w istocie pierwsza czytelna groźba użycia fizycznej siły w ramach rozgrywek politycznych z jego strony. Jednocześnie współdziałająca nieoficjalnie, ale ściśle w tym okresie z Piłsudskim PPS zagroziła przeprowadzeniem strajku generalnego. W konsekwencji całe przedsięwzięcie znalazło się w impasie, skutkiem czego było wycofanie kandydatury Korfantego przez tą samą komisję, która ją uprzednio wysunęła, i powołanie, po wyjątkowo długim przesileniu rządowym, miłego Piłsudskiemu pozaparlamentarnego rządu Juliana Nowaka. Kto więc tak naprawdę był tu głównym czynnikiem anarchizującym i dezorganizującym sprawne funkcjonowanie konstytucyjnych organów państwa polskiego w tym okresie: endecja, czy też tak naprawdę Piłsudski?

Jak silna była polityczna pozycja marszałka w tym czasie, najlepiej może świadczyć choćby ten fakt, iż Władysław Sikorski, podejmując się misji utworzenia kolejnego pozaparlamentarnego rządu po zabójstwie Gabriela Narutowicza (16 grudnia 1922), pytał się skrupulatnie o jego zgodę, pomimo że Piłsudski miał już w tym momencie formalnie niewiele, albo zgoła nic do powiedzenia w tej materii, jako że w następstwie wyboru tegoż Narutowicza na urząd prezydenta RP złożył 14 grudnia 1922 r. stanowisko Naczelnika Państwa. Owszem, stał jeszcze, do 28 maja 1923 r., na czele Ścisłej Rady Wojennej, a więc zachowywał dalej pełną kontrolę nad wojskiem, i wzgląd właśnie na to był dla Sikorskiego, jako wojskowego, zapewne decydujący. Jednak po zabójstwie prezydenta obowiązki i uprawnienia należne głowie państwa przejmował z urzędu Marszałek Sejmu, czyli ówcześnie Maciej Rataj. Cały szkopuł tkwił jednak w tym, że Rataj – lewicujący ludowiec rodem z PSL „Wyzwolenia”, był politykiem wysoce uległym Piłsudskiemu, był w istocie w niemałej mierze jego człowiekiem, dlatego też pomógł mu potem zalegalizować zamach majowy.

Myślę, że powyższe, może nieco zbyt przydługie wyjaśnienia, pomogą czytelnikowi zrozumieć, do jakiego stopnia stronnicze i arbitralne są przywołane wyżej twierdzenia p. Danka o rzekomo anarchizującej roli endecji w okresie rządów parlamentarnych II RP. W istocie to właśnie ta sama endecja, a szczególnie jej umiarkowane koła, włącznie nawet z samym Dmowskim, szły konsekwentnie, w imię polskiej racji stanu – czasami, jak to teraz widzimy, nie do końca słusznie – na daleko idące ustępstwa wobec dyktatorskich zapędów Piłsudskiego, poczynając od uznania jego rządów z niemieckiej poręki w Warszawie na początku 1919 r., a na zamachu majowym kończąc. W rewanżu tenże odrzucał, i to wiele razy, wyciągniętą rękę do zgody i do poprawnej współpracy, i na wszelkie możliwe sposoby ograniczał i podkopywał jej pozycję i wpływy, uważając siebie za jedynie uprawnionego dziedzica i rządcę Polski.

Tak samo zachowywał się zresztą także i w stosunku do innych osobistości politycznych oraz przywódców wszystkich polskich stronnictw politycznych tamtego czasu, choćby Paderewskiego (którego potraktował, gdy ten stał mu się już całkiem niepotrzebny, niczym zużytą ścierkę: „zwalniam Pana”), Witosa (którego najpierw oskarżył o wyimaginowane malwersacje finansowe, a potem zamknął w Brześciu i zmusił w praktyce do emigracyjnej tułaczki po Czechosłowacji z „wdzięczności” za dyskretne zamilczenie chwil jego największej słabości w lipcu i sierpniu 1920 r.), czy też nawet w końcu swoich przejściowych sojuszników z PPS (którzy pomogli mu wydatnie przechwycić w 1926 r. pełną władzę, a których potem kazał zamykać bez wyroków sądowych, traktować w nieludzki sposób, chłostać pasami itd.).

Co się jeszcze tyczy owej „kontestacji ”, to pomijając już ten wykazany powyżej – mam taką nadzieję – fakt, iż jest to opinia znacznie, a nawet wprost ogromnie przesadzona, pozwolę sobie zauważyć, że taka postawa nie jest niczym dziwnym ani szczególnym nagannym w przypadku ugrupowania politycznego, które posiada wyraźnie największe wpływy w narodzie czy społeczeństwie, a którego rola polityczna jest w sposób pokrętny, niekiedy nawet wprost perfidny, konsekwentnie umniejszana; któremu uniemożliwia się przy pomocy różnych zakulisowych zabiegów, sztuczek i tricków proporcjonalny do tychże wpływów wpływ na politykę państwa. Jest to, przeciwnie, postawa, od czysto ludzkiej strony, jak najbardziej naturalna.

Jeśli chodzi z kolei z okres 1923-1926 r., to, owszem, można się już z p. Dankiem w tym wypadku zgodzić, iż była to faktycznie „sejmokracja”. Trudno jednak mieć za złe endecji, że np. nieprzychylnie odnosiła się do zdominowanego przez wpływy lewicowe i prowadzącego w jej ocenie niekorzystną dla Polski politykę zagraniczną rządu Aleksandra Skrzyńskiego, notabene również członka SPN (20 listopada 1925-5 maja 1926). Owa kontestacja nie była jednak chyba aż tak ostra, skoro w tym rządzie zasiadał, jako minister skarbu, czołowy polityk narodowy Jerzy Zdziechowski. Co ważniejsze, mieściła się ona zawsze w ramach porządku prawnego i dobrych obyczajów, czego nie można powiedzieć o wielu politycznych poczynaniach Piłsudskiego. Są poważne przesłanki, by sądzić, że tenże już w czasie kryzysu politycznego w grudniu 1922 r., będącego konsekwencją zabójstwa Narutowicza, planował ustanowić swoją jawną dyktaturę, a wstępem do niej miała być rzeź całego zastępu polityków narodowych, którą chciał przeprowadzić cudzymi rękami w postaci podburzonych bojówek socjalistycznych. Tym nikczemnym, zbrodniczym zamiarom przeszkodzili szczęśliwie sami przywódcy PPS, na czele z Ignacym Daszyńskim.

Piłsudski jednak, nawet rezygnując przejściowo całkowicie z czynnej roli politycznej i przenosząc się do Sulejówka, bynajmniej tych planów nie zarzucił. Różnymi metodami i na różnych płaszczyznach, tak na forum samego parlamentu, przy pomocy swoich oddanych ludzi, których przezornie zawczasu poumieszczał w różnych stronnictwach sejmowych, jak i poza nim, np. inspirując zaburzenia społeczne (choćby wypadki krakowskie z listopada 1923 r., których pośrednim skutkiem był upadek II rządu Witosa), starał się dezorganizować, na ile się tylko się dało, funkcjonowanie systemu parlamentarnego. W pierwszym zaś rzędzie rzucał kłody pod nogi i za wszelką cenę przeciwdziałał, niestety wysoce skutecznie, wykrystalizowaniu się stabilnego, trwałego rządu, opartego o polską większość sejmową. W związku z powyższym, oczywiste wady i słabości owego parlamentarnego systemu rządów nie pochodziły wcale do końca z samej jego istoty, ale były też w niemałej mierze skutkiem celowych, dywersyjnych intryg. W końcu, mając już dostatecznie przygotowany propagandowy grunt pod zbrojny przewrót, Piłsudski wymusił zakulisowymi naciskami nominację gen. Lucjana Żeligowskiego na ministra spraw wojskowych w rządzie Skrzyńskiego, który następnie, korzystając z zupełnej bierności, a może nawet wręcz cichego przyzwolenia premiera, zajął się z miejsca takim przesuwaniem jednostek wojskowych dowodzonych przez zagorzałych piłsudczyków, by stworzyć techniczne warunki do przeprowadzenia tegoż wojskowego zamachu stanu.

„…a potem kontestowała rządy obozu sanacyjnego (1926-1939)…” .

I cóż w tym jest złego, że ta ponoć do gruntu anarchistyczna endecja kontestowała rządy narzucone w istocie Polsce z zewnątrz, rządy o wyraźnie antynarodowym obliczu (zwłaszcza w okresie do 1935 r.), rządy pod licznymi względami dla Polski szkodliwe, i rządy, które doprowadziły ją w ostateczności do wielkiej dziejowej katastrofy w wrześniu 1939 r. Było to w istocie wręcz jej polskim obowiązkiem. Można by – całkiem odwrotnie – postawić ją na ławie oskarżonych gdyby właśnie ich nie kontestowała, kolaborując otwarcie z sanacyjnym reżimem, jak to czynili, tak chwaleni przez p. Danka, radykalni młodzi nacjonaliści. Albo co najwyżej zarzucić jej, że kontestowała ten reżim nie dość skutecznie.

„(…)Wychowała swoich ludzi w przekonaniu o prymacie własnej partii nad państwem, czyli we wrogości wobec państwa zawsze, kiedy nie rządzi nim ich partia. Była politycznym atawizmem, wypływem sobiepańskiej mentalności…”.

Myślę, że już nakreślone powyżej uwagi uzmysłowiły dostatecznie jasno czytelnikowi, iż p. Danek kieruje te swoje zarzuty, właściwie nawet obelgi, pod zupełnie nieadekwatnym adresem. P. Danek znany jest zresztą z produkowania dużej ilości bardzo oryginalnej, ostrej w stylu i treści, i budzącej częstokroć duże emocje i głosy sprzeciwu publicystyki. Tym razem przebrał już jednak w swej „antyendeckości” wszelką miarę, dokonując po prostu klasycznego zabiegu „odwrócenia kota ogonem” – stąd i niniejsza riposta. Nie chcąc nadmiernie wydłużać tekstu, a zarazem zakładając stosunkowo dobrą znajomość polskiej historii najnowszej przez naszych czytelników, ograniczyliśmy się powyżej tylko do wskazania i sprostowania największych przekłamań znajdujących się w jego przywołanym tekście. W przypadku, gdyby sytuacja faktycznie tego wymagała, w szczególności, gdyby te uwagi i korekty spotkały się z polemiczną reakcją autora, odniesiemy się, ma się rozumieć, do jego zawartości znacznie bardziej wyczerpująco.

Andrzej Turek

Za: http://piastpolski.pl/adama-danka-alergia-na-endecje/