Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 

Rząd Donalda Tuska od momentu przejęcia władzy stosuje dobrze znaną ze słusznie minionej epoki ciemnego PRL -u propagandę sukcesu, która lansowana dzięki przychylności przychylnych mediów, celebrytów i przeróżnych „autorytetów” zagłusza, póki co skutecznie, dość ponurą rzeczywistość. Po niemal czterech latach rządów ekipy premiera „cudotwórcy” trudno doszukać się zrealizowanych przedwyborczych obietnic, którymi Platforma Obywatelska kusiła wyborców. Bajkowe wizje snute podczas kampanii wyborczej przedstawiały Polskę rządzoną przez tą partię jako kraj posiadający sieć pięknych autostrad i dróg krajowych, nowoczesnych szpitali i przychodni. Oczom wyborców Platformy Obywatelskiej ukazywało się szczęśliwe, bogate społeczeństwo, w którym emerycie są zadowoleni ze swoich emerytur, pacjenci z usług publicznej służby zdrowia, przedsiębiorcy z przyjaznego dla gospodarki prawa i zmniejszonych obciążeń podatkowych, młodzież z perspektyw na karierę zawodową i zarobki umożliwiające jej rozpoczęcie samodzielnego dorosłego życia... Jednym słowem zwycięstwo w wyborach parlamentarnych Platformy Obywatelskiej oznaczało budowę raju na ziemi.

I niestety wielu Polaków dało się zwieść bajkowym wizjom roztaczanym przez partię Donalda Tuska. Tylko zwolennicy ciemnogrodu ostrzegali przed zbytnim optymizmem argumentując, że w gospodarce nie ma miejsca na cuda, ale na realizację wcześniej przygotowanego planu gospodarczego oraz niezbędnych reform, które położyłyby kres socjalistycznym reliktom ciągnącym nasz kraj, jego gospodarkę i finanse na dno. Niestety, jak pokazały wyniki wyborów, osób wierzących w bajeczne obietnice polityków jest w naszym narodzie zdecydowanie więcej niż realistów twardo stąpających po ziemi. I nie chodzi mi tutaj o to, że dużo mniejsze poparcie od Platformy Obywatelskiej uzyskało Prawo i Sprawiedliwość, bo przecież to też nie jest partia prawicowa, ale o fakt, że aż tyle osób dało się zwieść fantastycznym wizjom.

 

Jak pokazała rzeczywistość bajkowe wizje nie tylko nie zostały zrealizowane przez ekipę propagującą politykę miłości, ale w ich miejsce zaczęto realizować program tym wizjom przeciwny. Przede wszystkim rząd Donalda Tuska osiągnął tytuł mistrzowski w dziedzinie zadłużania Polaków doprowadzając do sytuacji, w której każdy Polak przychodzący na świat otrzymuje w „prezencie” około 22 tysiące złotych zadłużenia. Niestety zadłużenie to wciąż rośnie, a wszystkim niedowiarkom proponuję od czasu do czasu zerknąć na zegar długu i przekonać się jak nieuchronnie rządzący pchają nasz kraj ku przepaści. Niewiele poprawiło się również w kwestii budowy dróg krajowych i autostrad. Zamiast sieci autostrad mamy jedynie pojedyncze odcinki, za przejazd którymi kierowcy zmuszani są słono płacić, pomimo faktu, że niektóre z nich już były bądź niebawem będą remontowane. O sytuacji w służbie zdrowie nie będę się nawet rozpisywał bo to temat doskonale znany, a sposób jej funkcjonowania zna każdy, kto był zmuszony choć raz skorzystać z jej usług. Podobnie wygląda sytuacja emerytów i rencistów, których nie tylko nie stać na wykup koniecznych lekarstw i zapłatę wszystkich rachunków, ale nawet na wyżywienie. No chyba, że są emerytami parlamentarzystami, bo ci wiedzieli jak się ustawić przyznając sobie możliwość jednoczesnego pobierania emerytur i diet poselskich, a że są one o wiele wyższe niż emerytura przeciętnego Polaka, to nie powinno nikogo dziwić, że o sytuacji materialnej Polaków niewiele oni wiedzą.

 

W sferze gospodarki i finansów publicznych niestety również nie widać realizacji zapowiadanych „cudów” i zamiast zmniejszania obciążeń podatkowych obciąża się dodatkowo zarówno osoby fizyczne jak i przedsiębiorców wyższymi stawkami podatków oraz innych obowiązkowych opłat. Nieudolność rządu, stosowanie przez ministra finansów zasad tzw. „kreatywnej księgowości”, ukrywanie faktycznego stanu zadłużenia, tworzenie zewnętrznych funduszy zmierzające do przedstawienia Brukseli stanu finansów publicznych na odpowiednio dobrym poziomie sprawiło, że zostaliśmy uznani za tzw. zieloną wyspę na czerwonym morzu kryzysu gospodarczego jaki ogarnął Europę. Niestety rzeczywistość na tej zielonej wyspie wygląda zupełnie inaczej. Jeśli chodzi o młodzież, to trudno mówić o tym, aby miała ona przed sobą jakąkolwiek przyszłość. Nowych miejsc pracy nie widać, wiele zakładów i drobnych przedsiębiorstw upada bądź zatrudnia pracowników płacąc naprawdę małe pieniądze, gdyż sporą część wypracowanego dochodu muszą oddawać państwu. Podobnie sytuacja wygląda z przyszłymi emerytami, z których pieniędzmi rząd robi co chce. Najpierw w imię panującego socjalizmu zmuszono ludzi do przystąpienia do Otwartych Funduszy Emerytalnych. Jak każdy przymus, również i ten nic dobrego nie przyniósł, bo jak pokazała rzeczywistość kilkanaście lat funkcjonowania OFE nie przyniosło bogactwa przyszłym emerytom, powiększając jedynie zasobność budżetów tych OFE, które za swoje usługi każe sobie słono płacić. Obecnie rząd pomimo zapewnień o tym jak to świetnie radzimy sobie z kryzysem i w jak doskonałej sytuacji finansowej i gospodarczej jest nasz kraj sięgnął po pieniądze Polaków zgromadzone w OFE traktując je jako swoją własność, aby mieć z czego wypłacić emerytury obecnym emerytom. Sposobem na wciąż rosnące zadłużenie jest według rządu wyprzedaż majątku narodowego. Problem w tym, że jest go coraz mniej i kiedyś się skończy, a wyjścia awaryjnego rząd nie przygotował. Niestety dość często majątek ten wyprzedawany jest za bezcen, ale to już temat na oddzielny artykuł.


Wielką szansą dla Polski, w opinii polityków rządzącej ekipy, miało być przyznanie nam organizacji wespół z Ukrainą piłkarskich Mistrzostw Europy w piłce nożnej. W ramach przygotowań do tej imprezy rząd zapowiedział realizację wielu wielkich inwestycji, które miały przyczynić się do poprawy wizerunku naszego kraju. Niestety zamiast poprawy tego wizerunku zapewne nastąpi jego pogorszenie, a to wszystko przez stan przygotowań do tej imprezy. Wydawało się, że najprostszą sprawą będzie budowa czterech stadionów, na których mają być rozgrywane mecze w ramach EURO 2012. Niestety nie dość, że jak uważa wielu specjalistów, za ich budowę sporo przepłacono, to budowa tych obiektów nie zostanie zakończona w planowanym terminie. Jakby tego było mało gotowy już stadion w Poznaniu wciąż wymaga sporych nakładów pieniężnych m.in. na murawę. Opóźnienia na stadionie narodowym w Warszawie już są spore, a niedawno media poinformowały o problemach z zainstalowanymi schodami oraz brakami w projekcie, co spowodowało spore opóźnienia i prawdopodobnie zwiększenie kosztu budowy tego obiektu. W związku z niedotrzymanym terminu oddania do użytku stadionu w Gdańsku przeniesiony został mecz z reprezentacją Francji. Niestety jeszcze gorzej przedstawia się sytuacja innych równie ważnych inwestycji związanych z organizacją EURO 2012. Jak już pisałem zapowiadanych sieci autostrad i dróg krajowych nie widać, a o problemach na niezwykle ważnym i sztandarowym projekcie, czyli budowie odcinka autostrady A1 budowanej przez chińską firmę ostatnio informowały niemal wszystkie media. Dworce, sieć kolejowa, lotniska są jedynie pudrowane. Można z dużą dozą prawdopodobieństwa założyć, że EURO 2012 zamiast sukcesu okaże się wielką kompromitacją.

Jakby tego było mało w kraju zapanowała jakaś niezrozumiana moda na budowę stadionów, których w całym kraju za publiczne pieniądze zbudowane już kilkadziesiąt, ale w większości przypadków nikt nie pokusił się o sporządzenie oceny przydatności tych obiektów, w której głównym kryterium powinno być obliczenie opłacalności inwestycji. Jeśli obiekt będzie przynosił zyski, które w perspektywie kilku lat dadzą zwrot inwestycji i zaczną na siebie zarabiać, to inwestycja była opłacalna i zasadna, ale jeśli na jego utrzymanie przez długie lata będzie się zrzucał podatnik to o zasadności inwestycji jej opłacalności oraz gospodarności w wydatkowaniu publicznych środków mowy być nie może. Przykładów nietrafionych inwestycji przeprowadzonych z wykorzystaniem unijnych dotacji w całym kraju jest wiele, np. wybudowana za duże pieniądze Atlas Arena w Łodzi generuje spore koszty, które pokrywane są z pieniędzy podatników. Niestety w wielu przypadkach inwestycje z unijnym dofinansowaniem przynoszą realne koszty wielokrotnie przewyższające uzyskaną pomoc, za które będziemy słono płacić, ale dzięki nim politycy tuż przed wyborami będą mogli przecinać w świetle kamer wstęgi i mówić o ogromnych sukcesach.

Rządowa propaganda sukcesu zaczęła tracić swą moc oddziaływania na społeczeństwo wskutek szerzącej się drożyzny. Wszak jeśli Polak idąc do sklepu obserwuje wciąż rosnące ceny trudno mu uwierzyć, że zielona wyspa ma się tak świetnie jak przekonują w mediach. W związku z tym Donald Tusk postanowił zwrócić uwagę opinii publicznej na mniej ważne problemy. Na pierwszy ogień poszły tzw. dopalacze, z którymi rząd rozprawił się w sposób zdecydowany, a czy do końca zgodny z obowiązującym prawem to już inna sprawa. Antydopalaczowa wojna rządu doprowadziła do powstania tzw. podziemia dopalaczowego, a więc problemu de facto nie rozwiązano. Kolejnym wrogiem, któremu liberalny przecież rząd wypowiedział wojnę stali się pedofile, których Donald Tusk zamierza kastrować. Po handlarzach dopalaczami i pedofilach czas przyszedł na „spekulantów”, którzy ponoć ponoszą winę za szalejące ceny cukru – dziwne, że nikt nie zwrócił uwagi na fakt, że do kryzysu na rynku cukru przyczyniła się głównie UE. Jednak i ta wojna szybko ustała, bo okazało się, że oprócz cukru w górę szybują ceny kolejnych produktów, a więc zrzucenie winy na bliżej nieokreślonych „spekulantów” nie przejdzie.

Dlatego też rząd wziął na cel środowisko „kibolskie”. Rozpętana z początkiem maja wojna z „kibolami” nie stanowiła reakcji na ekscesy chuligańskie podczas meczy piłkarskich, gdyż tych według oficjalnych danych policji było w zeszłym roku ponad 40% mniej niż w latach poprzednich, a ich liczba wciąż systematycznie spada. Jednak rząd znalazł pretekst po wydarzeniach, które miały miejsce po zakończeniu meczu piłkarskiego o Puchar Polski pomiędzy drużynami Legii Warszawa i Lecha Poznań. Warto podkreślić, że mecz ten rozegrano na stadionie w Bydgoszczy, który w opinii policji nie był przygotowany do rozegrania takiego meczu pod względem bezpieczeństwa. Pomimo negatywnej oceny policji wojewoda wydał zgodę na jego rozegranie. W związku z tym pełną odpowiedzialność za zdarzenia jakie maiły tam miejsce pełną odpowiedzialność powinien ponieść przede wszystkim organizator meczu Polski Związek Piłki Nożnej oraz wojewoda wydające wbrew negatywnej opinii policji zgodę na jego rozegranie. Zamiast ukarania wojewody i piłkarskiej centrali ukarano kluby Lecha i Legii oraz ich kibiców zamykając dwa najbezpieczniejsze stadiony w Polsce, a następnie rozpoczęto zakrojone na szeroką skalę polowanie na tzw. „kiboli”, na których rząd wysłał oddziały antyterrorystyczne przeznaczone do zatrzymywania najgroźniejszych przestępców, a nie chuliganów, którzy będą odpowiadać za wykroczenia. Akcjom antyterrorystów, którzy wczesnym rankiem wpadali z hukiem do mieszkań potencjalnych kiboli towarzyszyła kamera wiadomej telewizji, która to chyba przeszła na etat do policji. Medialna nagonka na kiboli, straszenie Polaków, że to przez tych podłych „kiboli” nasze przygotowania do EURO 2012 mogą wziąć w łeb niestety przyniosło wzrost poparcia dla rządu. Warto więc zastanowić się o co tak naprawdę w tej wojnie z kibolami chodzi, pamiętając, że sam Donald Tusk swego czasu na mecze chodził i do aniołków się nie zaliczał. Media zupełnie przemilczały sprawę protestu kibiców skupionych w stowarzyszeniach kibiców przeciwko kiepskiemu stanowi przygotowań do EURO 2012 i traktowaniu ich jako tematu zastępczego.

Na niemal wszystkich stadionach zaczęły pojawiać się transparenty przypominające obietnice rządu Tuska i stopień ich realizacji. Widniały więc na nich hasła o przepłaconych stadionach, niewybudowanych autostradach, kiepskich dworcach itd. Dodatkowo kibice kontynuowali rozpoczęty przez fanów Lecha Poznań bojkot środowiska „Gazety Wyborczej”, która pisząc o kibicach nie potrafi zdobyć się choćby na odrobinę obiektywizmu. Na meczu z Lechem w Poznaniu kibice Legii na swoim sektorze rozciągnęli ogromny transparent, na którym widniała twarz Michnika i napis: „Szechter przeproś za ojca i brata”, a na kolejnym meczu na swoim stadionie kibice Legii ułożyli grafikę z kartonów, która na tle baneru „Gazety Wyborczej” utworzyła napis „Gówno Prawda”. Te działania nie spodobały się salonowi, a więc postanowiono rozprawić się z niepokornym środowiskiem „kiboli”. Wszak to niedopuszczalne, żeby „kibole” krytykowali rząd pierwszego „kibola” RP. Zamknięcie stadionów, zakazy wpuszczania kibiców drużyn przyjezdnych to tylko początek represji, których nie powstydziłby się sam Łukaszenko. Jednak na tym wojny z „kibolami” nie zakończono. Niebawem policja rozpoczęła zatrzymywanie i karanie mandatami „kiboli”, którzy w ramach protestu wznosili antyrządowe hasła, a hasło będące niejako mottem protestu „Donald matole twój rząd obalą kibole” uznano za obrazę narodu polskiego i konstytucyjnych organów państwa. Osoby rozwieszające transparenty z tym hasłem bądź je skandujący były zatrzymywane przez policję i karane mandatami.

Rozpoczynając walkę z „kibolami” Donald Tusk z jednej strony chciał odwrócić uwagę opinii publicznej od szalejącej drożyzny oraz kolejnych informacji dotyczących kiepskiego stanu przygotowań do EURO 2012, a z drugiej strony poprawić swoje notowania. Nikt nie zadał pytania jakie były koszty użycia do zatrzymania osób, którym postawione będą zarzuty wykroczenia (!!!) antyterrorystów zamiast wezwania na komisariat bądź wysłania patrolu policji. Mało tego podczas wydarzeń w Bydgoszczy policja nie była w stanie zatrzymać ani jednego kibica, który dopuścił się wykroczenia. Czy to dobrze świadczy o działaniach policji ? Jednak gdyby policja interweniowała w Bydgoszczy zatrzymując co bardziej krewkich chuliganów to rząd straciłby doskonałą okazję do medialnego show, a społeczeństwo nie obejrzałoby w wiadomościach scen niczym z gangsterskich filmów, jak to antyterroryści zatrzymują niezwykle niebezpiecznych „bandytów” czy wręcz „terrorystów”. „Kibole” jednak się nie poddali terrorowi i protestują nadal więc jest nadzieja na to, że nie będziemy zmuszeni słuchać jedynie bajek o stanie przygotowań do EURO 2012. A przy okazji ten jakże „liberalny” rząd pokazał jak bliskie są mu socjalistyczne metody walki z krytykami. Niestety rząd nie wyczerpał jeszcze całego arsenału środków do walki z „kibolami” i już zapowiada wprowadzenie przepisów, które pozwolą sądzić kiboli już na stadionach. Każdy kto zna nieco prawo wie, że takie postępowania sądowe będą podważane. Jednak efekt propagandowy zapewne zostanie osiągnięty.

Ci, którzy dzisiaj bezmyślnie przyklaskują rządowi walczącemu z „kibolami” powinni jednak zdobyć się na chwilę refleksji, a nie przyjmować bezmyślnie medialną papkę. Bo to co na pozór wygląda na walkę z chuligaństwem nie koniecznie musi nią być. A w tym wypadku ewidentnie widać, że walka z chuligaństwem jest jedynie pretekstem do uciszenia krytyki i odwrócenia uwagi opinii publicznej od rzeczywistych problemów. Od walki z chuligaństwem jest policja, a obecne przepisy pozwalają na to, aby ta walka była skuteczna. Należy z nich jedynie korzystać, ale to uniemożliwiłoby organizowanie medialnych spektaklów dla mas. „Wojny” rządu to tylko element propagandy sukcesu.

Paweł Lesiak

Za: http://prostowoczy.blog.onet.pl/