Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna
 
Gdybyśmy serio potraktowali oświadczenie Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego, że jej „podstawowym zadaniem jest wiedzieć -  możliwie wcześnie i możliwie dużo -  aby skutecznie neutralizować zagrożenia dla bezpieczeństwa państwa”, powinniśmy już dziś żyć w najbezpieczniejszym państwie Europy i nie odczuwać jakichkolwiek zagrożeń.
Z opublikowanego niedawno raportu Komisji Europejskiej wynika bowiem, że Polacy są najbardziej podsłuchiwanym i inwigilowanym narodem w Unii, a w ilości stosowanych podsłuchów zajmujemy zaszczytne, pierwsze miejsce wśród wszystkich państw wspólnoty. Raport KE podaje, że w 2010 roku policja i służby specjalne sięgnęły po 1,3 mln naszych billingów telefonicznych i odbyło się to bez żadnej kontroli sądowej czy prokuratorskiej, a także bez wiedzy osób, których to dotyczyło. Organy ścigania w Czechach, we Francji czy w Wielkiej Brytanii zaglądały do takich danych trzy, a w Niemczech 35 razy rzadziej, niż dzieje się to w Polsce. Polacy – przestrzega raport - żyją pod stałym i czujnym okiem policji i służb specjalnych. Już z danych ujawnionych w ub. r. przez Fundację Panoptykon można było się dowiedzieć, że służby III RP ponad milion razy sięgały po billingi naszych rozmów telefonicznych i gromadziły wiedzę na temat aktywności Polaków w internecie. Ponieważ dane te dotyczyły tylko działań w ramach kontroli sądowej, trzeba uznać, że co najmniej drugie tyle podsłuchów zostało założone bez wiedzy sądu. Trudno o bardziej twardy dowód, że rząd PO-PSL, stosując na ogromną skalę inwigilację własnych obywateli zmierza wprost do miana państwa policyjnego. Jest to wniosek uprawniony, ponieważ ilość danych gromadzonych przez służby nie ma żadnego związku z poprawą stanu bezpieczeństwa Polaków bądź z bezpieczeństwem państwa i - jak się okazuje - służy przede wszystkim zabezpieczeniu interesów obecnej władzy.
 
Przyczyna tego stanu tkwi m.in. w obowiązujących przepisach, skonstruowanych tak, by zapewniały rządzącym  kontynuację praktyk PRL-u. W państwie policyjnym, nikt bowiem nie kontrolował zasadności stosowania inwigilacji, a zebrana w sposób tajny wiedza służyła do nadzoru nad społeczeństwem i wymuszania posłuszeństwa wobec władzy oraz była wykorzystywana przeciwko przeciwnikom politycznym.W państwie prawa środki techniki operacyjnej pozostają pod ścisłą kontrolą, a informacje uzyskane z podsłuchów służą przede wszystkim potrzebom procesowym. Jeżeli nie mają znaczenia dowodowego, są komisyjnie niszczone, a w niektórych krajach osoby podsłuchiwane są powiadamiane o takich sytuacjach. Obowiązująca w PRL-u zasada rozdzielenia czynności operacyjnych od procesowych, umożliwiała gromadzenie teczek na każdego, bez żadnej weryfikacji sądowej.
 
Ten podział zachowano po 1989 r. i do dzisiaj policja bądź ABW może zbierać informacje operacyjne o obywatelach bez planu wykorzystania ich w sądzie, a nawet bez potrzeby wskazywania przyczyn gromadzenia danych. Kontrola sądowa nad tym procederem jest fikcyjna, choć formalnie zgodę na zastosowanie podsłuchu musi wydać sąd. Decyzję podejmuje jednak jeden sędzia, opierając się wyłącznie na materiałach przekazanych przez służby. Jednak i wówczas mogą one korzystać z furtki w przepisach, pozwalającej w sprawach nagłych (w zależności od uznania służb) na stosowanie przez kilka dni podsłuchu bez zgody sądu. Jeszcze gorzej wygląda sprawa z kontrolą  billingów telefonicznych, z których wiedza (kto z kim i kiedy rozmawiał) bywa najczęściej gromadzona.  Zasad uzyskania bilingów nie normują bowiem żadne przepisy. Wystarczy indywidualne uzgodnienie z operatorem.
 
Służby III RP mogą zatem podsłuchać każdego – za zgodą prokuratora i sądu lub bez ich zgody. Celowość stosowania środków zależy wyłącznie od uznaniowości szefów służb oraz od bieżących potrzeb władzy. Jakiekolwiek próby ograniczenia tego procederu, są odrzucane przez rządzących, a uchwalane w czasie rządów PO-PSL ustawy przyczyniły się do zwiększenia (i tak już niebotycznych) uprawnień w tym zakresie.
Za sprawą Rzecznika Praw Obywatelskich i kilku odważnych dziennikarzy stosowanie podsłuchów przez obecną ekipę staje się tematem poruszanym co kilka miesięcy i za każdym razem stwarza okazję do kolejnego, propagandowego wystąpienia  Donalda Tuska. Gdy w październiku 2009 roku ujawniono, że ABW podsłuchiwała rozmowy Cezarego Gmyza i Bogdana Rymanowskiego, prowadzone z telefonu Wojciecha Sumlińskiego, Donald Tusk natychmiast zapowiedział przeprowadzenie kontroli i złożył deklarację zmiany przepisów dotyczących zakładania podsłuchów. Jako urzędnik odpowiedzialny osobiście za wszystkie służby specjalne, wykazał się przy tym  kompletną ignorancją przyznając, że nie ma żadnej wiedzy na temat liczby stosowanych podsłuchów, ponieważ się tym nie interesował.
Wkrótce mogliśmy się dowiedzieć, jak premier rządu traktuje własne deklaracje i ile znaczy słowo polityka PO.
 
O zmianę przepisów dotyczących podsłuchów zwracał się wówczas do premiera Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochanowski, alarmując, iż „stosowania tzw. podsłuchów pozaprocesowych nie gwarantują konstytucyjnego prawa obywateli do prywatności, wolności i ochrony tajemnicy komunikowania się”. Kilka miesięcy później, pięcioosobowy skład Trybunału Konstytucyjnego wydał postanowienie sygnalizacyjne w sprawie przepisów regulujących stosowanie podsłuchów przez ABW. Trybunał sugerował Sejmowi podjęcie prac nad doprecyzowaniem zapisu ustawy, który stanowi, iż do zadań ABW należy rozpoznawanie, wykrywanie i zapobieganie przestępstwom "godzącym w podstawy ekonomiczne państwa". Zdaniem TK zapis ten "narusza standardy demokratycznego państwa prawnego, wynikające z konstytucji i orzecznictwa TK" bowiem przy wystąpieniu ABW do sądu o zarządzenie kontroli operacyjnej, czyli np. podsłuchu telefonicznego lub tajnego podglądu, nie wymaga sprecyzowania rodzaju przestępstwa, a tym samym "uniemożliwia identyfikację typów przestępstw określonych przez ustawę karną".
 
Również nowa RPO Irena Lipowicz, przekazała Tuskowi na początku stycznia br. analizę prawną, z której wynikało, że przepisy o pobieraniu danych telekomunikacyjnych są sprzeczne z konstytucją. Postulowała zatem wprowadzenie wielu ograniczeń i zmianę prawa.
W marcu br. mogliśmy się dowiedzieć, że Jacek Cichocki, sekretarz Kolegium ds. Służb Specjalnych przy premierze, odrzucił większość tych postulatów, a stan prawny w kwestii podsłuchów nie ulegnie poprawie. Przeciwnie – obecna władza planuje poszerzenie zakresu inwigilacji obywateli, najwyraźniej dążąc do osiągnięcia standardów białoruskich i rosyjskich.
Projekt ustawy wprowadzającej zmiany w kompetencjach dziewięciu służb specjalnych przewiduje np. dodatkowe przywileje dla wywiadu skarbowego, będącego de facto „przybudówką” ABW  i zakłada wyłączenie  tej służby spod nadzoru parlamentarnego.
 
W przypadku służb skarbowych dopisany został do ustawy o kontroli skarbowej nowy punkt  - art. 36, który dopuszcza wykorzystanie informacji z podsłuchów telefonicznych w „innych postępowaniach kontrolnych". W praktyce oznacza to, że jeśli podsłuchiwana osoba ujawni w trakcie rozmowy telefonicznej podejrzane interesy osoby trzeciej, wywiad skarbowy będzie mógł tę informację wykorzystać i na jej podstawie wszcząć postępowanie wobec tej osoby oraz zastosować wobec niej środki kontroli operacyjnej, w tym podsłuch. Takiego prawa nie posiada dziś żadna inna służba.
Do najnowszych projektów służących zwiększeniu możliwości inwigilacji obywateli należy też zaliczyć projekt ustawy o zapewnieniu bezpieczeństwa w związku z organizacją Turnieju Euro 2012, w którym znalazł się zapis pozwalający Policji na „pobieranie, uzyskiwanie, gromadzenie, przetwarzanie, sprawdzanie i wykorzystywanie informacji w tym danych osobowych o osobach mogących stwarzać lub stwarzających zagrożenie dla bezpieczeństwa i porządku publicznego”. Choć ustawa powstała w związku z turniejem Euro i dane zgromadzone przez służby winny zostać zniszczone po jego zakończeniu, przewiduje się możliwość ich dalszego wykorzystania  „jeśli okażą się przydatne dla Policji”. Tworzy się zatem kolejny przepis, na podstawie którego służby Donalda Tuska będą mogły bez żadnych ograniczeń gromadzić wiedzę o obywatelach.
 
Raport Komisji Europejskiej wyraźnie wskazuje, że obecny rząd stosuje podsłuchy na skalę niespotykaną w innych krajach UE. Tymczasem, gdybyśmy chcieli oceniać to zjawisko po ilości przypadków ujawnionych przez rządowe media, niewielu Polaków miałoby świadomość rozmiaru zagrożeń. Przed opinią publiczną przemilczano nawet działania inwigilacyjne stosowane przez ABW wobec prezydenta Lecha Kaczyńskiego i jego małżonki – choć w każdej demokracji ta sprawa byłaby niewyobrażalną aferą wywołała polityczne trzęsienie ziemi. Masowy proceder podsłuchów i związana z nim samowola służb, korzystają zatem z propagandowej osłony medialnej, a ośrodki prasowe i telewizyjne są częścią systemu dezinformującego społeczeństwo.
Z tego, co zostało już ujawnione, jasno wynika, że obecna władza stosuje podsłuch przede wszystkim w obronie własnych interesów, a sięgając bez kontroli sądowej po nasze bilingi narusza prawo do swobody komunikowania oraz tajemnic zawodowych – adwokackich czy dziennikarskich. Taka teza znalazła się m.in. w raporcie Naczelnej Rady Adwokackiej zatytułowanym "Retencja danych: troska o bezpieczeństwo czy inwigilacja obywateli" zaprezentowanym przed kilkoma dniami.
 
Znajduje ona potwierdzenie w ujawnionych przypadkach podsłuchiwania dziennikarzy, krytycznie opisujących działania władzy, gdzie informacje zdobyte metodami operacyjnymi, w tym podsłuchy rozmów z adwokatami, zostały następnie wykorzystane w prywatnym procesie wiceszefa ABW.  Zdaniem wielu prawników, najbardziej bulwersujące było w tej sprawie naruszenie przez prokuraturę tajemnicy dziennikarskiej, bowiem podsłuchy były gromadzone również w celu ustalenia informatorów dziennikarzy. Każda wiedza uzyskana tą drogą, w tym dotycząca życia prywatnego dziennikarzy, ich wzajemnych relacji czy spraw rodzinnych ma istotne znaczenie, może bowiem zostać wykorzystana do zastraszenia, szantażu lub wywarcia presji. Tego rodzaju „rozpoznanie środowiska prowadzącego wrogą działalność” było cechą policji politycznej PRL, dlatego należy  mówić o oczywistej analogii i swoistej kontynuacji przez służbę Krzysztofa Bondaryka tej bezpieczniackiej „tradycji”.
 
Nie ma wątpliwości, że raport KE, wystąpienie NRA czy inne apele w kwestii stosowania podsłuchów, nie będą miały wpływu na praktyki obecnego rządu i jego służb. Nie będą, ponieważ inwigilacja społeczeństwa, w tym przeciwników politycznych stanowi kumulatywną cechę każdej antydemokratycznej władzy, usiłującej zachować swoje wpływy metodami policji politycznej. Rezygnacja z tych metod – szczególnie w okresie przedwyborczym, mogłaby pozbawić rządzących instrumentów, bez których ta władza zostałaby skazana na upadek. Ponieważ obserwujemy nieskrywaną i gwałtownie postępującą recydywę państwa policyjnego, również stosowanie podsłuchów i elektronicznej inwigilacji stanie się jeszcze bardziej powszechne i wyjęte spod kontroli.
 
Tuż pod dojściu do władzy PO-PSL, gdy rozkręcano spiralę antypisowskiej histerii, najgorętszy zwolennik obecnego rządu Lech Wałęsa grzmiał:  „Przede wszystkim trzeba PiS dokładnie rozliczyć za ostatnie dwa lata. Nikt przecież wtedy nie myślał, że [...] do władzy dojdą ludzie, którzy będą wykorzystywać podsłuchy i służby do celów politycznych, i którzy, mając większość w Sejmie, zaczną rozwiązywać wszystko, co zechcą. Dlatego teraz trzeba wypunktować wszystkie te błędy, pokazać wyraźnie ludziom, do czego PiS doprowadziło swoimi rządami, i nie dopuścić, by coś takiego się powtórzyło.”
Takiej oceny grupy rządzącej nie powtórzy dziś żaden z tchórzliwych „autorytetów” III RP. Trzeba więc, żebyśmy sami rozliczyli ich za życie na podsłuchu.


Artykuł opublikowany w nr 21/2011  Gazety Polskiej.

Aleksander Ścios

Za: Blog - Bez Dekretu