Jednym z naszych niebezpieczeństw jest „deasymilacja” Polski. Nasz kraj dopiero po II wojnie stał się narodową monokulturą; dopiero sowieccy komuniści poprzez deportacje i przesunięcie polskich granic zrealizowali endecki pomysł, fundując swym koleżkom znad Wisły państwo narodowe. Przez wieki mieszkaliśmy w Polsce pospołu z różnymi takimi… Mimo to Polska była Polską, bo polskie państwo i polskość jako kultura posiadała – jak każda wyższa kultura i każdy silny kraj – zdolność asymilowania przybyszów; przyciągania do siebie, włączania w jeden obieg. Oczywiście, asymilacja nigdy nie była dokumentna, zawsze pozostawał ten delikatny odmienny smak, który składał się na koloryt naszej Republiki – tej, którą mamy wciąż w genach.
Polska była Polaków, ale nie tylko Polaków, żyliśmy z innymi obok, ale też żyliśmy razem, od Tatarów i Szkotów po Niemców i Żydów – w naszej części świata ciążenie ku Polsce trwało kilkaset lat.
Dzisiaj spadło praktycznie do zera, a dzisiaj jest szczególnie potrzebne, bo Polska wymaga remontu. Tymczasem tracimy ludzi; odpadają, bo polskość przestaje być dla nich intelektualnie, moralnie czy emocjonalnie atrakcyjna; odpadają, bo człowiek ma naturalną tendencję chodzenia za silnymi, chce być w grupie, która odnosi sukces, ba, nawet w tej, która wzbudza strach. Najgorzej trzymać z głupimi jasiami, lekceważonymi, pariasami.
Mamy więc w Polsce zwłaszcza wśród energicznych, młodych i ambitnych zjawisko szukania nowych barw. Ruch Autonomii Śląska to dopiero początek, coraz więcej „odnajduje się” też Żydów – Polacy z dziada pradziada, doszukują się jakichś domieszek krwi w trzecim pokoleniu, jakichś lewych związków, pozwalających im dopisać się do współczesnej Volkslisty, czy wciągnąć na kosmopolityczne rejestry Europejczyków.
Naród, którego tradycje nie są szanowane, odpycha. A ten brak szacunku to efekt mozolnej pracy dwóch pokoleń elit przywiezionych zza Buga na czołgach. To odpychanie, to efekt obrzydzania Polski Polakom.
Zamiast wbijać w dumę, zamiast wychowywać w duchu tradycji i świetności dawnej Polski, dzisiaj niby-elity zabetonowują młodzieży nogi w wiaderku kompleksów i rzekomych narodowych win, ściągają z biało czerwonych obłoków i każą im się kajać za wymyślone błędy poprzednich pokoleń.
Nie dość więc, że dynamika gospodarcza polskiego kapitału jest słaba i mamy go tyle co kot napłakał, to jeszcze truje się ideę polskości, sprowadzając naród do roli wyrobników i naśladowców, wpisując nowe kompleksy. Nie darmo prezydent państwa imputuje Polakom zacofanie, bezustannie podkreślając potrzebę „modernizacji”.
Tymczasem, Polska ma wielką, nowoczesną tradycję; Polacy są wykształceni i dużo potrafią. Problem tkwi w elitach. Dzisiejsze elity tego kraju nie chcą dokonać sanacji, a to z kilku powodów. Jeden z głównych to zdrada – znaczna część elit po prostu reprezentuje interesy cudze. Pełni rolę identyczną do kompradorów państw skolonializowanych.
A to dlatego, że Polska pod komunizmem nie była państwem niepodległym. A więc to nie komunizm był naszym największym problemem – jak nam to wmawiano przy okazji tzw. transformacji – lecz brak suwerenności i brak podmiotowości społecznej.
Tacy towarzysze chińscy pokazali, że komunizm sam w sobie potraktowany fasadowo, nie przeszkadza w olbrzymim wzroście dobrobytu całego społeczeństwa. Ale Chińczykom ich elity na każdym kroku tłoczą w mózgi zasady gospodarczego (nie tylko) imperializmu.
To samo w byłym ZSRS, gdzie władzę polityczną wzięły służby specjalne. Te same służby w Polsce również odegrały wiodącą rolę, ale problem polski polega na ich agenturalności – tym, że w naszym kraju były one kontrolowane z zewnątrz.
A więc wracamy do głównego problemu – braku niepodległości. Bo właśnie niepodległość jest i będzie fundamentem pozwalającym na swobodne kształtowanie losu przez naród.
Niepodległość jest możliwa, tylko trzeba mieć do niej siłę. Polska jej na razie nie ma; by ją zbudować, trzeba narodowego ducha, potrzebne jest przeniesienie przekazu kulturowego na kolejne pokolenia, przeniesienie polskiej legendy i polskich mitów.
Tylko w ten sposób możemy zahamować deasymilację.
Polacy wolni ptacy – to byli sarmaci z animuszem, fantazją, przywiązaniem do wolności, honorowi i kochający życie i kobiety. To wszystko nie przeszkadzało im skutecznie wojować i świetnie gospodarować.
Nie dajmy sobie dzisiaj zapchać patriotyzmu w kwaśne cierpiętnictwo. Patriotyzm to walka o swoje, prowadzona z uśmiechem na twarzy, cięta w języku, wolna od pychy i nadęcia, solidarna.
Zacznijmy od tego, by koło siebie wskazać lokalnych anty-Polaków, którzy obrzydzają Polskę. Są to przeważnie zazwyczaj zgryźliwe zgredo-autorytety w togach katonów.
Wystarczy ich wyśmiać, wyszydzić i zignorować, by nie truli. Wystarczy, że przestaniemy na nich zwracać uwagę. Budujmy własną siłę na własną rękę; mamy niezłe głowy i prawe ręce.
Andrzej Kumor, Mississauga
Za: http://wirtualnapolonia.com/2011/05/07/andrzej-kumor-niezle-glowy-i-prawe-rece/#more-12532