Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Artykuł    tygodnik „Najwyższy Czas!”    26 lipca 2018

Polska odnosi sukces za sukcesem, więc jakże tu się nie radować, zwłaszcza w sytuacji, gdy rząd, co prawda z prawie 30-letnim opóźnieniem wprowadza w życie pomysły, które wtedy przedstawiałem? Wspominam o tym nie gwoli chełpliwości, ale przede wszystkim z powodu fali krytyki, jaka ostatnio podnosi się pod moim adresem na różnych internetowych forach. Moi krytycy pryncypialnie chłoszczą mnie za to, że przedstawiam diagnozy, co potrafi „każdy głupi”, natomiast staranni unikam wskazówek, co robić, żeby było dobrze, to znaczy – żeby Polska rosła w siłę, ludzie żyli dostatniej, a w kraju zapanowała moralno-polityczna jedność narodu – jak za Gierka. Oczywiście mają rację, jak zresztą we wszystkim, co mówią, a zwłaszcza - że diagnozę może przedstawić „każdy głupi”. Utwierdza mnie w tym przypuszczeniu okoliczność, że tych diagnoz jest całe mnóstwo, a każda inna. W tej sytuacji, zgodnie z prawem Dunsa Szkota, który jeszcze w mrocznym Średniowieczu, którym tak pogardza moja wykształcona, mądra i nowoczesna faworyta, Wielce Czcigodna Joanna Scheuring-Wielgus – więc który jeszcze w mrocznym Średniowieczu odkrył konsekwencje jednoczesnego przyjęcia sprzeczności, większość tych diagnoz prawdziwa być nie może. Prawdę mówiąc, poza jedną, prawdziwą, cała reszta musi być fałszywa, a w takim razie cóż sądzić o ich autorach? Oni też muszą być albo fałszywi, albo po prostu głupi – więc właśnie dlatego moi krytycy, mówiąc, że diagnozy stawiać potrafi „każdy głupi”, obiektywnie mają rację, chociaż oczywiście nie jestem pewien, czy właśnie to mają na myśli. Mylą się natomiast, zarzucając mi, że nie przedstawiam wskazówek, co robić, żeby było dobrze. Jakże „nie przedstawiam”, kiedy przecież przedstawiam, a teraz właśnie, rząd „dobrej zmiany”, co prawda z prawie 30-letnim opóźnieniem, wprowadza je w życie, jako pomysł własny?

W koszmarnych czasach kształtowania się naszej młodej demokracji, kiedy światło nie było jeszcze tak dokładnie oddzielone od ciemności jak dzisiaj, bywałem zapraszany do rządowej telewizji, która wśród rozmaitych programów emitowała również program pod tytułem „100 pytań do...”, prowadzony przez panie Annę Grzeszczuk-Gałązkę i Ewę Michalską. W tamtych czasach nawet w rządowej telewizji nie zapanowała jeszcze zaprowadzona w TVN przez resortową „Stokrotkę”, czyli przodującą w pracy operacyjnej oraz wyszkoleniu bojowym i politycznym panią red. Monikę Olejnik, ubecka maniera przesłuchiwania zaproszonych do studia gości, więc panowała atmosfera sprzyjająca swobodnej wymianie autentycznych opinii. Jednego razu bohaterem audycji, do której też zostałem zaproszony, był poseł Józef Oleksy, który potem został nawet premierem, a później spadł z wysokiego konia w ramach afery „Olina”. Józef Oleksy był posłem z Białej Podlaskiej i podczas autoprezentacji chwalił się, jakie to dobrodziejstwa dla tego okręgu i tamtejszych mieszkańców przyniosło utworzenie tam, oczywiście z jego wydatnym udziałem, specjalnej strefy ekonomicznej. Kiedy nadeszła moja kolej, zapytałem posła Oleksego, czy strefa ekonomiczna, o której tak pięknie nam opowiedział, jest duża, czy mała? Józef Oleksy odparł, że raczej mała. Wobec tego zapytałem, czy gdyby owa strefa była większa, to dobrodziejstwa, które tak pięknie nam odmalował, wystąpiłyby na większym obszarze i objęły większą liczbę obywateli. Józef Oleksy odparł, że niewątpliwie tak. Zapytałem tedy, czy gdyby ta strefa była jeszcze większa, to czy te dobrodziejstwa, o których – i tak dalej – wystąpiłyby na jeszcze większym obszarze i objęły jeszcze większą liczbę obywateli? Józef Oleksy zgodził się z tą opinią, ale już bardzo ostrożnie, więc nie tracąc czasu zapytałem, dlaczego w takim razie rząd popierany przez Józefa Oleksego nie wprowadza rozwiązań, które przynoszą takie znakomite rezultaty w specjalnych strefach ekonomicznych, od razu na obszarze całego kraju? Na to poseł Józef Oleksy odpowiedział: „pana to zawsze takie dowcipy się trzymają!” Od emisji tamtego programu minęło prawie 30 lat i oto rząd premiera Morawieckiego właśnie skorzystał z tamtego „dowcipu” i próbuje wprowadzić w kraju zasady, dotychczas obowiązujące w specjalnych strefach ekonomicznych, co pokazuje, że słuszna myśl, raz rzucona w przestrzeń, prędzej, czy później znajdzie swego amatora. Jakże w takim razie traktować buńczuczne deklaracje Jarosława Kaczyńskiego, że program UPR nie nadaje się do zastosowania, skoro właśnie usiłuje go zastosować desygnowany przez niego samego premier Mateusz Morawiecki? Najwyraźniej jego diagnoza nie była trafna, podobnie jak opinia, że UPR „bałamuci” młodzież, odciągając ją od angażowania się w realistyczne programy polityczne. Ale jakże młodzież ma się w te realistyczne programy polityczne angażować, kiedy ostatnio nie kto inny, tylko właśnie prezes Jarosław Kaczyński ogłosił, że „do polityki nie idzie się dla pieniędzy”? Jeśli nie dla pieniędzy, to może dla idei – a to właśnie od samego początku głosiła UPR, w której Janusz Korwin-Mikke przeforsował nawet zasadę, że członkowie nie mogą zajmować stanowisk wykonawczych, dopóki prawo nie zmieni się zgodnie z ideologicznymi założeniami konserwatywnego liberalizmu? Prezes Kaczyński potrzebował aż 30 lat, żeby dojść do identycznych, a w każdym razie podobnych wniosków, co potwierdza tylko moje przypuszczenia, że jest on wprawdzie wirtuozem intrygi, ale zawsze potyka się o własne nogi właśnie dlatego, że nie ma żadnej ideowej perspektywy. Obawiam się tedy, że i z panem premierem Morawieckim też eksperymentuje oportunistycznie po to, by spuścić go z wodą, kiedy tylko jego poczynania zagroziłyby interesom rozbudowywanej nieustannie biurokracji. Ale skoro nawet ja o tym wiem, to pan premier Morawiecki wie to jeszcze lepiej, a skoro tak, to nie uczyni niczego, co mogłoby zagrozić interesom biurokracji, która w naszym nieszczęśliwym kraju w ciągu ostatnich 30 lat rozrosła się „jak grzyb trujący i pokrzywa”. W tej sytuacji nawet dobre pomysły mogą przepoczwarzyć się we własną karykaturę i w rezultacie nasz nieszczęśliwy kraj zostanie jeszcze mocniej wtłoczony w jednokierunkową uliczkę, z której nie będzie odwrotu w warunkach utrzymywania procedur demokratycznych.

Kontynuując tedy wątek polemiki z zarzutami, jakobym nie dostarczał wskazówek, co robić żeby było dobrze, dodam tylko, że żałuję, iż nie udało nam się przekonać opinii publicznej do dwóch rzeczy. Po pierwsze – do utworzenia Funduszu Emerytalnego z 30 procent akcji prywatyzowanych przedsiębiorstw państwowych, co postulowaliśmy jeszcze w 1990 roku. Gdyby taki Fundusz został wtedy utworzony, to dzisiaj znacznie łatwiej można by odejść od przymusu ubezpieczeń społecznych, które nie tylko sprzeciwiają się wolności, ale w dodatku doprowadzają do koncentracji odebranego obywatelom kapitału finansowego w rękach nielicznej grupy, która następnie frymarczy nim według swojego uznania i interesów bezpieczniackich watah, które członków tej grupy wystrugały z banana. Ale ówcześni „realiści” woleli rozkraść to sami, ewentualnie umożliwić rozkradanie tych zasobów bezpieczniackim watahom, które powierzyły im rolę „Umiłowanych Przywódców”. Drugą sprawą, do której nie udało nam się przekonać opinii publicznej, był pomysł wprowadzenia do konstytucji normy zakazującej uchwalania budżetu z deficytem. Przedstawił go latem 1992 roku poseł Korwin-Mikke podczas posiedzenia Sejmu poświęconego zasadom, jakie powinny znaleźć się w przyszłej konstytucji. Zdecydowana większość ówczesnych „realistów” myślała, że to jakiś dowcip i sala plenarna zatrzęsła się od śmiechu. Oczywiście żadna taka zasada nie została do konstytucji wprowadzona. Minęło zaledwie 20 lat i dług publiczny urósł do takich rozmiarów, że nikt nie wie, co z nim zrobić, a koszty jego obsługi nawet w latach uznanych za rekordowo dobre dla finansów publicznych, np. w roku 2017, wyniosły 28 mld złotych, co oznacza, że WSZYSTKIE subwencje z Unii Europejskiej są przez rząd przekazywane lichwiarskiej międzynarodówce.

Wreszcie i teraz, w naiwnym przekonaniu, że pan prezydent rzeczywiście chciałby poprawić konstytucję, która wymaga kapitalnego remontu, skoro na podstawie jej przepisów nawet kandydaci do Sądu Najwyższego nie potrafią odpowiedzieć na proste przecież pytanie, czy pani Małgorzata Gersdorf jest, czy nie jest Pierwszym Prezesem Sądu Najwyższego, otóż i teraz podpowiadam, w jaki sposób odblokować narodowy potencjał gospodarczy. Że trzeba by użyć tego samego narzędzia, przy pomocy którego odblokowany został narodowy potencjał gospodarczy w roku 1989, czyli ustawy o działalności gospodarczej autorstwa Mieczysława Wilczka w brzmieniu z 1 stycznia 1989 roku. Trzeba by przywrócić moc obowiązującą tamtej ustawy, uchylić wszystkie regulacje z nią sprzeczne i rozmontować znaczną część aparatu biurokratycznego, który w tej sytuacji byłby całkowicie zbędny. Podobnie trzeba by w ramach ukształtowania nowego systemu finansów publicznych, zlikwidować samorządy wojewódzkie i powiatowe, które z punktu widzenia państwa są całkowicie zbędne, a jedynym poborcą podatków uczynić gminę. Taka gmina musiałaby zapłacić składkę na państwo ustalana corocznie przez Sejm, ale nadwyżka pozostawałaby wyłącznie do jej dyspozycji. Chodzi o to, by zmusić samorząd gminny do dbałości o rozwój przedsiębiorczości na swoim terenie i do konkurowania na tym polu z innymi gminami. Która będzie miała więcej podatników, będzie bogatsza, a która nie będzie w stanie zapłacić składki na państwo, będzie musiała być rozparcelowania między gminy sąsiednie i nie będzie już żadnych posad. Dla zabezpieczenia finansowej autonomii gmin, trzeba by zmienić ordynację wyborczą do Senatu, ograniczając czynne prawo wyborcze tylko do tzw. obywateli kwalifikowanych, to znaczy takich, którzy sami piastują funkcje publiczne z wyboru. Jak widać trochę tego się uzbierało, a wspominam o tym, by pokazać, że pryncypialna krytyka, jakobym nie przedstawiał żadnych wskazówek, co robić, żeby było dobrze, jest nieuzasadniona. Podejrzewam tedy, że ci krytycy w ogóle nie interesują się tym, co ja piszę albo mówię, bo krytykując, wykonują tylko zlecenie, do jakiego zostali zaangażowani. Tak bywało i za komuny i tak samo jest teraz, co pokazuje, że kontynuacja jest większa, niż myślimy – ale jakże ma jej nie być, skoro i wtedy i teraz nasz nieszczęśliwy kraj okupowany był i jest przez bezpieczniackie watahy, skupiające już trzecie pokolenie ubeckich dynastii?

Ale kontynuacja swoją drogą, a zmiany swoją – bo trzeba wiele zmienić, by wszystko zostało po staremu. Wprawdzie z jednej strony nasi wyjrzali z rozporka („iluż wielkich działaczów wyjrzało z rozporka”) dygnitarze z panem prezydentem Dudą na czele uspokajają nas, że amerykańska ustawa nr 447 JUST nie będzie miała żadnych, ale to żadnych konsekwencji dla naszego nieszczęśliwego kraju. Z drugiej jednak strony niepodobna nie dostrzec intensywnych przygotowań gruntu dla jej wprowadzenia w życie. Oto 11 lipca, zaraz po tym, jak przewielebny ksiądz Wojciech Lemański w jarmułce na głowie 10 lipca przewodniczył modlitwom przy pomniku w Jedwabnem, została zdjęta z niego suspensa i okazało się, że teraz będzie już bez przeszkód krzewił „judeochrześcijaństwo” tyle, że w diecezji łódzkiej. Mniejsza już o to, czy na przewielebnym księdzu Lemańskim pozostanie jakiś ślad po tym zdjęciu suspensy, bo właśnie odezwał się JE abp Henryk Muszyński. Okazało się, że Ekscelencja nie ma większego zmartwienia nad to, że po nowelizacji ustawy o IPN ujawniły się w naszym nieszczęśliwym kraju nastroje antysemickie i „nadszarpnięta została praca dziesiątek lat”. Ekscelencja z pewnością dobrze wie, co mówi, bo sam się nieźle napracował na odcinku stręczenia mniej wartościowemu narodowi tubylczemu słynnego „judaizmu”, bez którego, jak wiadomo, zrozumienie czegokolwiek przekracza możliwości umysłu ludzkiego. Z obfitości serca usta mówią, dzięki czemu mogliśmy dowiedzieć się o pewnych przywarach naszego mniej wartościowego narodu tubylczego. Chodzi o to, że – jak powiedział przewielebny ksiądz arcybiskup – tubylcza tożsamość narodowa nie jest jeszcze „dostatecznie głęboka i utwierdzona”, toteż wciąż chcemy się przed kimś bronić – tak dalece, że gotowi jesteśmy stworzyć sobie fikcyjnego wroga. Na pierwszy rzut oka słuszna jego racja, boć przecież bezcenny Izrael jest naszym przyjacielem, czy może nawet – strategicznym partnerem i tylko od czasu do czasu musi nas naprostować, jak się już za bardzo rozdokazujemy – ale to wszystko przecież nie z żadnej wrogości, tylko z przyjaźni. Podobnie dowodem przyjaźni jest ustawa nr 447 JUST, na podstawie której rząd USA zobowiązał się dopilnować, by Polska zadośćuczyniła żydowskim roszczeniom majątkowym do ostatniego centa. Nic więc dziwnego, że Jego Ekscelencja abp Henryk Muszyński, mający ambicję duchowego przewodzenia mniej wartościowemu narodowi tubylczemu, chłoszcze go za tworzenie sobie „fikcyjnego wroga”. Najwyraźniej zawczasu podlizuje się jerozolimskiej szlachcie w nadziei, że kiedy już się tu zainstaluje, nie tylko zostawi hierarchię w spokoju, ale i w spokojnym posiadaniu. Nie od rzeczy będzie zatem przypomnieć, że jest to ten sam przewielebny ksiądz arcybiskup Henryk Muszyński, któremu na biurku przez 30, a może nawet i więcej lat, „poniewierał się” bilet wizytowy oficera Służby Bezpieczeństwa i kiedy pojawiły się śmierdzące dmuchy, jakoby Ekscelencja był tajnym współpracownikiem Służby Bezpieczeństwa o pseudonimie operacyjnym „Henryk”, to przypadkiem tę wizytówkę odnalazł i do tego funkcjonariusza zadzwonił, a ten, zgodnie z instrukcją na wypadek dekonspiracji, natychmiast potwierdził, że owszem – zarejestrował arcybiskupa, ale fikcyjnie, „bez jego wiedzy i zgody”. Dzięki temu Ekscelencja już bez przeszkód może przedstawiać autorytet moralny i z wyżyn tej wieży z kości słoniowej, nieubłaganym palcem dźgać mniej wartościowy naród tubylczy w chore z nienawiści oczy. Czyżby teraz stare kiejkuty domagały się rewanżu za tamtą przysługę? Wszystko to być może, ale w takim razie mobilizacja obejmuje już najgłębsze rezerwy.

Stanisław Michalkiewicz

Stały komentarz Stanisława Michalkiewicza ukazuje się w każdym numerze tygodnika „Najwyższy Czas!”.

 

Za: http://michalkiewicz.pl/tekst.php?tekst=4269