Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

Wydaje się, że główna linia polityki historycznej obecnych władz jest wytyczona w tekście Donalda Tuska opublikowanym w odpowiedzi na ankietę tygodnika "Znak" w 1987 r.: "Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych urojeń? Polskość to nienormalność (...)"

Z prof. Andrzejem Nowakiem, historykiem, wykładowcą na Uniwersytecie Jagiellońskim, redaktorem naczelnym dwumiesięcznika "Arcana", rozmawia Mariusz Bober

Pomnik z kosztownego granitu dla sowieckich żołnierzy i brak woli należytego upamiętnienia prezydenta Polski i innych ofiar katastrofy smoleńskiej - czemu służy polityka historyczna Platformy Obywatelskiej?
- Tyle niechęci widać w ostatnich działaniach obecnego prezydenta oraz innych funkcjonariuszy rządzącej partii, w tym generalnego konserwatora zabytków m. st. Warszawy (na pierwszą wzmiankę o inicjatywie upamiętnienia ofiar katastrofy katyńskiej zareagował zapowiedzią wydania zakazu wzniesienia jakiegokolwiek pomnika), że budzi to zażenowanie. To wszystko przypomina jakąś szokującą groteskę. Zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę inicjatywę odsłonięcia pomnika żołnierzy sowieckich, którzy zginęli w walkach z Polakami podczas Bitwy Warszawskiej. Bronisław Komorowski wspierał taką inicjatywę, jeszcze zanim został prezydentem. W tym przypadku błyskawicznie zrealizowano pomysł wzniesienia całkiem okazałego pomnika. W dodatku jego odsłonięcie zaplanowano dokładnie w 90. rocznicę Bitwy Warszawskiej. Sprawa pomnika w Ossowie wpisuje się w nową politykę historyczną obecnych władz wobec Rosji.

Politykę tzw. pojednania Platforma chce prowadzić na kolanach.
- To przejaw tzw. nowego otwarcia na Rosję Putina zapoczątkowanego z chwilą dojścia do władzy Platformy Obywatelskiej. Działania towarzyszące tej polityce nasiliły się zwłaszcza podczas ubiegłorocznych obchodów 70. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Znaczące było tu zwłaszcza szokujące wystąpienie ministra spraw zagranicznych Radosława Sikorskiego. Chodzi o jego artykuł w "Gazecie Wyborczej" będący swoistym przywitaniem przybywającego do Polski premiera Rosji Władimira Putina. Przypomnę, że Sikorski napisał, iż Rosja nigdy nie była tak bliska wartościom demokratycznym świata zachodniego jak wówczas, czyli w 2009 roku.

A przecież w ciągu 9 lat rządów Władimira Putina w Rosji zostało zamordowanych ok. 300 dziennikarzy, wszystkie media elektroniczne 140-milionowego kraju zostały w komplecie podporządkowane dyspozycji Kremla; armia rosyjska pozbawiła życia dziesiątki tysięcy Czeczeńców - obywateli Federacji Rosyjskiej... Czy te właśnie standardy tak zachwyciły ministra Sikorskiego? Szokujący był też aplauz dla wystąpienia Władimira Putina na Westerplatte, które tylko "Nasz Dziennik" i nieliczne media skomentowały adekwatnie do jego treści. Przypomnijmy, że premier Rosji de facto usprawiedliwił sowiecką agresję na Polskę 17 września 1939 r., twierdząc, że porozumienie sowiecko-niemieckie było naturalną konsekwencją "niesprawiedliwego" traktatu wersalskiego. Putin w tamtym przemówieniu zwracał się faktycznie nie do Polski, ale znów do Niemiec, przypominając, co zawdzięczają one Rosji. Milczące przyjęcie przez stronę polską tego wystąpienia oraz kolejnych porcji propagandowych kłamstw Putina w Smoleńsku 7 kwietnia było również szokujące. Przypomnę, że na konferencji prasowej po spotkaniu z premierem Tuskiem Putin wrócił do oskarżeń wobec Polski o rzekome "wymordowanie" - i tu użył "fantastycznej" liczby 35 tysięcy - jeńców rosyjskich pojmanych po Bitwie Warszawskiej. W ten sposób wrócił do propagandowego chwytu Michaiła Gorbaczowa, który nakazał rosyjskim propagandystom szukać "anty-Katynia", aby "zmiękczyć" wymowę sowieckiej zbrodni na polskich oficerach z 1940 roku. Niestety, w ten schemat myślenia wpisuje się pomnik wzniesiony sowieckim żołnierzom w Ossowie...

...który jest de facto pomnikiem polityki historycznej Władimira Putina.
- Tak, ponieważ upamiętnia walczących z Polską czerwonoarmistów, i to nie pod czerwoną gwiazdą, co byłoby zgodne z prawdą historyczną, ale pod prawosławnym krzyżem. To całkowicie sprzeczne z historyczną prawdą o Armii Czerwonej, ale doskonale zgodne z nową syntezą historyczną, jaka jest tworzona w Rosji na zamówienie Kremla i rządu rosyjskiego. Polega ona na tym, aby wszystkie podboje Związku Sowieckiego usankcjonować jako kontynuację imperium rosyjskiego, by "biała" Rosja - w tym, co w niej najgorsze, czyli imperializmie, zlała się w doskonałą jedność z imperializmem sowieckim, ale już nie pod znakiem czerwonej gwiazdy, tylko prawosławnego krzyża. Skrajna nieuczciwość tego zabiegu i budowy pomnika w Ossowie polega m.in. na tym, że to nie była wojna prawosławia z katolicyzmem, ani też na odwrót. To była wojna agresywnej ideologii komunistycznej z całym Starym Światem. Szeregi Armii Czerwonej zasilali nie tylko Rosjanie, ale także np. polscy komuniści, którzy walczyli przeciwko swoim rodakom! Sowietów wspomagali też łotewscy ochotnicy, dzieci luterańskich rodziców, Żydzi czy Kałmucy. Na pewno nie łączyło ich prawosławie! Po polskiej stronie do walki z tą nawałą stanęli przecież nie tylko Polacy, ale Ukraińcy, Białorusini, a także - i to warto było raczej upamiętnić - Rosjanie antykomuniści spod znaku Borysa Sawinkowa czy Stanisława Bułak-Bałachowicza. Z politycznych przyczyn Bronisław Komorowski wolał jednak upamiętnić nie ich, ale żołnierzy Armii Czerwonej - i to jako "prawosławne" ofiary. Ofiary wojny z Polską. W Rosji odczytywane jest to natychmiast bezbłędnie: "nowe polskie władze" gotowe są uczcić "rosyjskie" ofiary - te, które może nawet usprawiedliwiają jakoś, a przynajmniej tłumaczą Katyń... Kto nie wierzy, niech sięgnie do wydania moskiewskiego dziennika "Wriemia Nowostiej" z 17 sierpnia.

Czyli obecne władze Polski realizują politykę historyczną Rosji?
- Nie oceniam intencji. Widzę skutki. Moim zdaniem, przyczynia się ona faktycznie do realizacji polityki historycznej Rosji Putina. Wpisuje się bowiem w tezy jej propagandy - że to Polacy są odpowiedzialni za śmierć rosyjskich jeńców, dlatego budują im pomniki, uznają swoją winę. Tak to już ujmuje kontrolowana przez Putina rosyjska prasa. Przedstawiciel państwa polskiego, obecny prezydent, postanowił uczcić czerwonoarmistów pomnikiem z wkomponowanym prawosławnym krzyżem, który czci żołnierzy armii idącej na Warszawę, by zlikwidować państwo polskie! Ona szła po to, by zrobić z Polaków bolszewików. Jeżeli więc teraz legalne władze Polski stawiają pomnik armii bolszewickiej, a w dodatku "chrzczą" go prawosławnym krzyżem, to nie tylko dokonują manipulacji historycznej zgodnej z "polityką pamięci" Putina, ale zacierają sens polskich walk o niepodległość, o Polskę w XX wieku! Jeśli bowiem stawiają pomnik Armii Czerwonej, która chciała zlikwidować państwo polskie, to powstaje pytanie: po co nasi przodkowie ginęli, stając w 1920 r. do obrony Warszawy?

Przedstawiciele władz, w tym obecny sekretarz generalny Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa Andrzej Kunert, utrzymują, że w ten sposób chcieli upamiętnić jedynie ofiary walk...
- Godny pochówek zmarłych jest ludzkim obowiązkiem. Warto jednak przypomnieć kilka okoliczności. Po pierwsze, dlaczego państwo polskie zadbało o efektowny, granitowy pomnik dla żołnierzy Armii Czerwonej, a nie zdecydowało się na odnowienie skromnych, postawionych jeszcze przed wojną betonowych krzyży polskich obrońców Ossowa i Europy? Po drugie, w Rosji polskich cmentarzy wojennych, cmentarzy polskich ofiar stalinowskich zbrodni nie buduje państwo rosyjskie - buduje je i utrzymuje z polskich środków państwowych Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. Czy w Polsce pomniki żołnierzom Armii Czerwonej powinna zatem także budować strona polska? Na pewno prosta mogiła żołnierska z napisem: "Przyszli zdobywać Warszawę. Niech spoczywają w pokoju" - należy się tym żołnierzom. Ale ważne jest również to, a przynajmniej powinno być ważne dla państwa polskiego, czy ktoś zginął, bo szedł, by zniszczyć Polskę, czy dlatego, że bronił naszego kraju przed wrogą armią. Nowe władze państwowe Polski szybko i łatwo stawiają pomnik żołnierzom, którzy szli zlikwidować państwo polskie. Jednocześnie bronią się rękami i nogami przed upamiętnieniem demokratycznie wybranego przywódcy państwa, czyli prezydenta Lecha Kaczyńskiego, który zginął w tym roku pod Smoleńskiem.

Ważniejsze staje się uczczenie tych, którzy przyszli zlikwidować Polskę, niż tych, którzy jej bronili.
- Przypomnę w tym kontekście, że to Bronisław Komorowski był tym parlamentarzystą w Sejmie kontraktowym, a także w Sejmie pierwszej kadencji, który najostrzej spośród "solidarnościowych" posłów protestował przeciwko przywróceniu daty 15 sierpnia jako Święta Wojska Polskiego. Tłumaczył wtedy, jako nowy minister Obrony Narodowej, że to święto nie odpowiada generalicji (odziedziczonej po Ludowym Wojsku Polskim)... I teraz nagle okazuje się, że 15 sierpnia może być jednak dobrą datą - dla upamiętnienia żołnierzy Armii Czerwonej. Budzi to co najmniej zdziwienie.

Czy to oznacza, że obecne władze nie są w stanie wyartykułować zasad propolskiej polityki historycznej?
- Trudno mi to w pełni ocenić. Będzie to łatwiejsze, gdy dobiegnie końca czas obecnej władzy, a czas każdej władzy kiedyś się kończy... Ale można już obecnie pokusić się o wstępne oceny. Wydaje się, że główna linia tej polityki historycznej jest wytyczona w tekście Donalda Tuska opublikowanym w odpowiedzi na ankietę tygodnika "Znak" w 1987 r.: "Co pozostanie z polskości, gdy odejmiemy od niej cały ten wzniosło-ponuro-śmieszny teatr niespełnionych marzeń i nieuzasadnionych urojeń? Polskość to nienormalność - takie skojarzenie narzuca mi się z bolesną uporczywością, kiedy tylko dotykam tego niechcianego tematu. Polskość wywołuje u mnie niezmiennie odruch buntu: historia, geografia, pech dziejowy i Bóg wie co jeszcze, wrzuciły na moje barki brzemię, którego nie mam specjalnej ochoty dźwigać... Piękniejsza od Polski jest ucieczka od Polski tej na ziemi, konkretnej, przegranej, brudnej i biednej. I dlatego tak często nas ogłupia, zaślepia, prowadzi w krainę mitu. Sama jest mitem". W tamtym wystąpieniu ówczesny 30-letni absolwent historii z Uniwersytetu Gdańskiego, liberalny działacz gdańskiej opozycji, zdefiniował swoją wizję polityki historycznej. Była to wizja radykalnie przeciwstawiona przez Donalda Tuska temu, co nazywał nienormalnością. A rozumiał przez to kultywowanie pamięci o walkach, zwycięstwach, porażkach i ofiarach poniesionych dla polskości, co symbolizuje właśnie Bitwa pod Grunwaldem czy Bitwa Warszawska.

Środowisko PO twierdzi często, że w ten sposób walczy z fatalizmem w polskiej historii, ale przecież Bitwa Warszawska jest przykładem wspaniałego tryumfu.
- Tak, było to wielkie zwycięstwo nie tylko dla Polski, ale także dla Europy. To nie była bezsensowna ofiara. Pamięć o Bitwie Warszawskiej to nie anachroniczna martyrologia. Ta bitwa przyniosła realny sukces: było nim samo utrzymanie państwa polskiego. Przecież bez tej zwycięskiej bitwy nie byłoby II Rzeczypospolitej i dwudziestu lat niepodległości - po 123 latach niewoli. Tamto dwudziestolecie przyniosło nieporównywalnie więcej, choćby w dziedzinie kulturalnej, niż cała historia ostatniego dwudziestolecia - III RP! Bez zwycięstwa w 1920 r. nie byłoby utrwalenia dorobku Żeromskiego, Reymonta, nie byłoby Iwaszkiewicza (innego niż ten z ody ku czci Bieruta) ani Leśmiana, nie byłoby muzyki Szymanowskiego, nie byłoby przecież także sztuki Schulza, ani nawet ironii Gombrowicza. Także dorobek ekonomiczny II RP był bezsprzecznie pokaźniejszy w porównaniu z dwiema ostatnimi dekadami. Cóż zostaje nam z tych ostatnich 20 lat poza blichtrem nowych banków i sklepów oraz styropianami, którymi przykryto fasady blokowisk z PRL? Nie mamy drugiej Gdyni! Przeciwnie, zrobiliśmy wszystko, by zlikwidować gospodarcze znaczenie tej pierwszej, by zlikwidować nie tylko przemysł stoczniowy, ale także szereg innych gałęzi przemysłu. Nie możemy być dumni ze zreformowanej złotówki, bo przecież dążymy do tego, by jak najszybciej zastąpić ją euro... Tamta ofiara w Bitwie Warszawskiej została zamieniona na konkretną korzyść dla całego Narodu, dla milionów Polaków. Polska pozostała Polską - wbrew zamiarom tej armii, której żołnierzy uhonorować miał w 90. rocznicę Bitwy Warszawskiej nowy pomnik w Ossowie.

Być może nie byłoby także polskiego Papieża...
- Trudno sobie wyobrazić, by chłopiec urodzony w maju 1920 r. mógł otrzymać katolickie wychowanie, gdyby bolszewicy opanowali Polskę. Nie można redukować naszej historii jedynie do ofiar, którym odmawia się sensu. Z nich wyrósł konkretny sukces Polski w wielu wymiarach. Być może dziś nie rozmawialibyśmy ani w ten sposób, ani w ogóle w języku polskim, gdyby Armii Czerwonej udało się podbić Polskę 90 lat temu.

Dziękuję za rozmowę.

Za: Nasz Dziennik, Piątek, 20 sierpnia 2010, Nr 194 (3820) - " Rząd Tuska realizuje politykę Putina"