Ocena użytkowników: 4 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka nieaktywna
 

To smutne – już dawno nie czytałem takiej dawki demagogii i pseudopatriotycznych frazesów w wykonaniu kogoś z tytułem naukowym. Rzecz dotyczy prof. Andrzeja Nowaka („W Sieci”, nr 2/2013), który z ogromną pewnością siebie przekonuje, że powstanie 1863 roku nie tylko musiało wybuchnąć, ale było jak najbardziej uzasadnione, słuszne i godne poparcia.

Było to bowiem, jak przekonuje Nowak, najważniejsze ogniwo w walce z Rosją, która zaczęła się jeszcze w XVIII wieku a zakończyło strajkami w 1988 roku. Ta walka toczona przez 225 lat to „istota polskości”. Tak więc mamy pierwszą naukę dla ludu – klęski, tragedie i przegrana za przegraną, to jest „istota polskości”. W moim przekonaniu jest to szaleńczy absurd, teza z gruntu antynarodowa i w dodatku nieprawdziwa.

Andrzej Nowak za punkt wyjścia swoich, wyjątkowo, nawet jak na niego, emocjonalnych wynurzeń, czyni rozprawę z „realistami”. Pisze o nich pogardliwie jako nie rozumiejących ducha polskiego zaprzańców. Krótko mówiąc – odmawia im czystych intencji. Widać jednocześnie, że opinie tych „realistów” szalenie go irytują, bo są jednak obecne i przyjmowane. Burzą błogi stan hurrapatriotów, odbierają im poczucie, że tylko oni mają słuszność. Styl, z jakim rozprawia się Nowak z „realistami” nie jest jednak najwyższej próby.

Powstanie musiało wybuchnąć przeciwko Rosji – przekonuje Nowak – bo to Rosja miała 82 proc. terytorium I Rzeczypospolitej, a Prusy tylko 7 a Austria 11 proc. Musieliśmy więc walczyć przeciwko największemu zaborcy. Problem w tym, że ludność rdzennie polska, katolicka – zamieszkiwała w 90 proc. na zachód od Bugu, a w zaborze pruskim i austriackim to Polacy stanowili prawie całą ich ludność. Argument jest więc wyjątkowo demagogiczny. Zresztą wystarczy popatrzeć na mapę bitew i potyczek powstania, żeby uświadomić sobie jedno – powstanie nie istniało prawie w ogóle na tzw. Ziemiach Zabranych, poza Litwą, gdzie mieszkało sporo polskiej szlachty. Ale na bezkresach dawnej Rzeczypospolitej nikt broni nie podniósł. Na Rusi chłopi ukraińscy wyłapali szybko garstkę polskiej młodzieży i szlachty, albo oddając ją w ręce wojska rosyjskiego albo okrutnie masakrując. Powstanie odwołało się do anachronicznego już w połowie XIX wieku ideału Rzeczpospolitej Trojga Narodów. Po co więc pisać o 82 proc. polskich ziem zagarniętych tych przez Rosję, skoro w tym czasie była to już bijąca w oczy nieprawda oderwana od rzeczywistości? Po to chyba, żeby zrobić na czytelniku porażające wrażenie.


Sprawa kolejna – chłopi. Nowak pisze, że powstanie było elementem walki o świadomość polskiego chłopa, o to, czy będzie on „carski” czy „polski”. Owszem, Rząd Narodowy miał w tej kwestii program (uwłaszczenie), tyle tylko, że chłopi w swojej masie nie wierzyli anonimowej władzy „panów”, którzy w dodatku nawiązywali do czasów, które w chłopskiej świadomości kojarzyły się strasznie. Bardziej wierzyli władzy realnej – czyli carskiej. I za to często powstańczy dowódcy mścili się chłopach. Jak wynika z ostatnich badań – żandarmeria powstańcza i poszczególne oddziały – zabiły ogółem (głównie przez powieszenie) 2000 ludzi, w tym 2/3 z nich to byli chłopi. Walkę o duszę polskiego chłopa Polska nie wygrała w 1863, lecz później, na przełomie wieków, kiedy Liga Narodowa, odżegnująca się od tradycji politycznej 1863 roku, postawiła na unarodowienie ludu i przez 20 lat wytrwałej pracy dokonała tego dzieła.

Nowak, chcąc przerazić czytelnika i przekonać go do swoich tez – maluje straszliwy obraz losu Polaków branych do rosyjskiego wojska. Pisze, że w latach 1832-1873 wcielono do armii rosyjskiej 200 tys. młodych ludzi, z których wróciło do domów tylko 20-25 tys. O ile liczba wcielonych się zgadza (choć jest zawyżona), to nie wiem skąd wzięła się liczba tych, którzy nie wrócili? Stan badań na temat Polaków  w armii rosyjskiej postępuje powoli do przodu, ale dotyczy raczej oficerów a nie szeregowych żołnierzy. Zresztą, wywód autora jest nielogiczny – robimy powstanie jako protest przeciwko braniu rekruta, po to, żeby po klęsce wzięto go jeszcze więcej?

Jak pisał nie tak dawno prof. Wiesław Caban („Powstanie Styczniowe – Polacy i Rosjanie w XIX wieku”, Kielce 2011) na ten temat funkcjonuje w Polsce sporo mitów, które nie mają potwierdzenia w faktach. Nieprawdą jest to, że do wojska brano dzieci, nieprawdą jest też to, że nie było możliwości zwolnienia ze służby. Nieprawdą jest także to, co pisze Nowak, że Polacy byli zmuszani do służby wyłącznie na Kaukazie (żeby walczyć oczywiście z Czeczenami) i na Syberii. Tymczasem Polacy służyli wszędzie, także w Królestwie Polskim. O ile chłopów brano do armii przymusowo (podobnie jak w Prusach i Austrii), to szlachta, nie podlegająca poborowi, zgłaszała się do wojska dobrowolnie. Nikt nie twierdzi, że służba w ówczesnej armii, nie tylko zresztą w Rosji, była czymś nic nie znaczącym, ale trzymajmy się faktów a nie podnoszonych głównie na emigracji przerażających opowieści i wymysłów.

Bohater powstania, Romuald Traugutt, był do 1862 roku rosyjskim oficerem, weteranem kampanii 1849 roku i wojny krymskiej, za którą otrzymał order i awans na sztabskapitana. W wojnie tej, wedle ostatnich badań, walczyło aż 6000 polskich oficerów. Dodajmy tylko, że od 1856 roku władze rosyjskie nie dokonywały w Królestwie Polskim poboru, aż do nieszczęsnej branki. Co ciekawe, z tej masy oficerskiej do powstania przyłączyło się ok. 300 oficerów, reszta pozostała w szeregach armii rosyjskiej.

Skoro mowa o Traugutcie, Nowak cytuje jego piękną mowę podczas przesłuchania na warszawskiej Cytadeli, w dniu 22 kwietnia 1864, podczas której powiedział, że celem jedynym powstania było „odzyskanie niepodległości”.  Ale pominął celowo nie mniej znaczący fragment zeznań. Brzmiał on tak: „Powstania nikomu nie doradzałem, przeciwnie, jako były wojskowy widziałem całą trudność walczenia bez armii i potrzeb wojennych z pań­stwem słynącym ze swej militarnej potęgi”. Przyznajmy, że jest to bardzo ważne oświadczenie. Traugutt uratował honor powstania, porządkując jego władzę, likwidując terror i mordy, wiedząc jednocześnie, że powstanie przegra. Poświęcił swoje życie i jest najbardziej czystą i godną pamięci postacią tej tragedii.

I na koniec jeszcze jedna ważna kwestia. Nowak pisze, że „realiści” kłamią twierdząc, że w tym czasie „Rosja była podobno jedynym z zaborców gotowym do ugody z Polakami”. Należy rozumieć, że autor artykułu pisze o tym szyderczo. Tymczasem była to prawda – oczywiście ugoda taka była możliwa na warunkach określonych przez samych Rosjan, a raczej tę część elit, która temu sprzyjała. Byli to m.in. Aleksander Gorczakow, minister spraw zagranicznych, ważna figura w Petersburgu, Piotr Wałujew, minister spraw wewnętrznych, wreszcie Wielki książę Konstanty Mikołajewicz, brat cara Aleksandra II. Akceptacja dla reform Aleksandra Wielopolskiego była wyrazem tej tendencji – na końcu rysowała się perspektywa powrotu do statusu Królestwa z okresu 1815-1830. Wiemy, że była to w tamtym czasie jedyna realna możliwość poprawy losu Polaków i Polski.

Powstanie, podsycane początkowo przez dowództwo rosyjskie, niechętne Wielopolskiemu i Wielkiemu Księciu – perspektywę tę przekreślało. Powstał dziwny, straszliwy i nienaturalny, ale jednak realny, nieformalny sojusz najbardziej zaciekłej części konspiracji czerwonych i najbardziej skostniałych, reakcyjnych kręgów administracji i wojska rosyjskiego. Był to sojusz przeciwko Polsce w interesie państwa, które najbardziej skorzystało na powstaniu – Prus Ottona von Bismarcka.

Powstanie wybuchło wbrew woli ogromnej większości Polaków, zdających sobie sprawę, czym się to skończy. Machina, jaką uruchomiła powiązana z zachodnimi ośrodkami rewolucyjnymi i węglarskimi konspiracja czerwonych, a także zwolennicy groteskowej figury, jaką był Ludwik Mierosławski – stworzyła sytuację bez wyjścia – wciągając w wir tej tragedii dziesiątki tysięcy ludzi.

Na koniec zacytuję fragment ogłoszonego przez prof. Wiesława Cabana pisanego w 1864 szkicu pt. „Dokąd nas to wiedzie?”, autorstwa szlachcica Stanisława Borkowskiego. To porażający tekst, pełen goryczy i zadumy nad trwającym jeszcze powstaniem. Oto najbardziej, moim zdaniem, istotny fragment:

„Orzeł i Pogoń pozostały jak dawniej herbem, ale skrytobójstwo i ohydne gwałty charakteryzowały stronnictwo [czerwonych – JE], które losem Polski zawładnęło. Toteż zdrowy rozsądek publiczny i uczucie religijne tylko z najwyższym oburzeniem środki te potępiły jako niegodne uczciwego społeczeństwa, jako hańbiące narodowy charakter, odznaczający się szlachetnością i pewną wielkością duszy. Niepodobna mi jeszcze wstrzymać się od wynurzenia myśli, jaką to przyszłość to wykolejenie moralne krajowi naszemu gotuje. Nie brakuje w nim nigdy ambitników, co po dzisiejszej edukacji ludowej nie znaleźliby zwolenników gotowych w imię jakiegoś komitetu, jakiejś konspiracji użyć sztyletu lub innej broni, z przekonania, że służą sprawie krajowej. Plaga konspiratorska wejdzie w krew narodu.

Dzisiejsi mężowie stanu zapewne z uśmiechem podejmą tę myśl moją, ale ludzie poważni i uczciwi podzielą te obawy, które bodaj się nie sprawdziły. Ale zrobi mi kto zarzut, dlaczego większość nie oparła się terroryzmowi mniejszości? Odpowiedź łatwa. Mniejszość była zorganizowaną i prowadziła wojnę z Rosją. Dla partii, co by mogła stawić opór jednemu i drugiemu, miejsca nie było. Włosi mogli strzelać do Garibaldiego i kula, co go raniła, była włoską, myśmy widzieli wprawdzie, że sztandar narodu był w rękach szalonych, ale niepodobna było sercu polskiemu łączyć się z wrogiem, żeby go stamtąd usunąć, a inaczej być nie mogło”.

Dlatego właśnie 150. rocznica powstania 1863 roku powinna być obchodzona bez publicystycznych werbli, bez hurrapatriotycznego zadęcia, bez podtekstów politycznych  i chłostania tych, którzy nie wykazują oczekiwanego entuzjazmu. Wtedy dopiero godniej i uczciwiej złożymy hołd tym, którzy w tej wojnie polegli.

Jan Engelgard

Za:  http://kronikanarodowa.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=274:jan-engelgard-prof-andrzej-nowak-na-pierwszej-linii-powstaczego-frontu