Ocena użytkowników: 0 / 5

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
 

66. rocznica wybuchu Powstania Warszawskiego

Z prof. Witoldem Kieżunem, żołnierzem Armii Krajowej ps. “Krak”, “Wypad”, członkiem oddziału specjalnego “Harnaś” walczącego w Powstaniu Warszawskim, odznaczonym Krzyżem Virtuti Militari przez gen. Tadeusza Bora-Komorowskiego, rozmawia Mariusz Bober

Powstanie Warszawskie trwało 63 dni, ale przygotowywano się do niego od początku okupacji. Pana pokolenie nigdy nie złożyło broni.
– Niemcy pozbawili nas młodości. Teraz młodzieży trudno jest wyobrazić sobie, jak się wówczas żyło. Przez pięć lat godzina policyjna od godz. 21.00 do godz. 5.00, a nieraz nawet od godz. 19.00. Nie było telewizji, radia ani teatru czy kina. Jak wiadomo, w niemieckim kinie siedziały wtedy “tylko świnie”. Żadnych zawodów sportowych, czasem tylko graliśmy w piłkę w parku Żeromskiego na Żoliborzu, zawsze jednak towarzyszył nam strach przed tzw. łapanką. Gdy ktoś wychodził z domu, to nie wiedział, czy wróci. Kiedyś latem poszliśmy nad Wisłę i niemal cudem uniknęliśmy aresztowania. Niemcy organizowali łapanki nawet na plaży. Ktoś przechodzący ostrzegł nas, zdążyliśmy wskoczyć do Wisły i przepłynąć na drugą stronę. Nawet w drodze na Mszę św. nie można było czuć się bezpiecznie. Pamiętaliśmy uroczysty ślub w kościele św. Aleksandra, gdy Niemcy otoczyli świątynię i wszystkich aresztowali. Dlatego idąc na Mszę św., zawsze stawałem blisko ołtarza, licząc, że w razie czego ucieknę przez zakrystię. Ale później ktoś uświadomił mi, że Niemcy na pewno obstawiliby również to wyjście.

Jak dla Pana zaczęło się Powstanie?
– Czekaliśmy na rozpoczęcie walk od 28 lipca 1944 r., gdy zarządzono mobilizację. Przewieźliśmy broń do mieszkania, w którym zorganizowano zbiórkę – wiedzieliśmy już, że mamy zdobywać Komendę Miasta, naprzeciwko Hotelu Europejskiego. Ale ostatecznie łącznik przyniósł rozkaz, by zostawić broń i rozejść się do domów. Na zbiórkę przygotowującą do Powstania trzeba było poczekać do 1 sierpnia. W pierwszych dniach doświadczaliśmy niezwykłej solidarności i jedności, gdy milion ludzi czuło i myślało tak samo. Ludność cywilna z entuzjazmem odnosiła się do nas, chcąc pomagać w budowie barykad, oddając nam jedzenie itd. To było coś niesamowitego – zwycięstwo nad strachem i nad śmiercią, wyzwolenie z małości natury ludzkiej. Pamiętam atak na komendę policji. W noc poprzedzającą tę akcję, 23 sierpnia, przed zaśnięciem pomyślałem sobie, że może to być ostatni dzień w moim życiu. Ale nie robiło to na mnie wielkiego wrażenia. Gdy próbuję oddać ówczesny stan mojej psychiki, przypominają mi się słowa z “Wesela”: “Tak by się nam serce rwało do ogromnych… wielkich rzeczy”. Nie zważaliśmy na niebezpieczeństwo. Szliśmy do walki z przekonaniem: jeśli zginę, to trudno, ale przynajmniej jednego Niemca zabiję. Tak duża była w nas chęć odwetu za ukradzioną młodość, za morderstwa, łapanki i ciągły terror.

Która z Pana akcji była najbardziej udana?
– Atak na Pocztę Główną, gdy udało mi się wziąć kilkunastu jeńców niemieckich do niewoli oraz sporo broni i amunicji. Ważne było opanowanie domu parafialnego kościoła Świętego Krzyża ze zdobytym ciężkim karabinem maszynowym, oraz komendy niemieckiej policji, kiedy również udało mi się zdobyć karabin maszynowy.

Za te akcje został Pan odznaczony przez samego generała Tadeusza Bora-Komorowskiego orderem Virtuti Militari…
– Byłem tym całkowicie zaskoczony. Kazano nam się stawić na ul. Kredytową 6, gdzie – jak nam powiedziano – miała się odbyć wizytacja komendanta głównego AK. Spotkaliśmy tam wiele oddziałów. Wywołano 14 żołnierzy, wśród nich niespodziewanie znalazłem się i ja. Dostałem też awans na podporucznika. Wcześniej zaś, 19 sierpnia, otrzymałem Krzyż Walecznych i awans na plutonowego podchorążego.

A który moment Powstania był najtrudniejszy?
– Akcja na Woli – przebicie się przez ul. Wolską. Potem bardzo trudne były walki na ul. Żelaznej, gdzie mieliśmy przeciwko sobie niemieckie czołgi. Wymyśliłem wtedy bombę własnej konstrukcji, zrobioną z niemieckiego granatu w dużej puszce po konserwach i otoczonego plastikiem [silny materiał wybuchowy - red.]. Udało się, ładunek uszkodził czołg. Ale zaraz potem pojazd odwrócił lufę w naszym kierunku i wystrzelił. Na szczęście trafił w przeciwległą część wyjazdowej bramy budynku. Wystrzał ogłuszył mnie do tego stopnia, że sprawdzałem sprawną ręką, czy wszystkie części ciała mam na swoim miejscu. Gorzej skończyło się to dla mojego kolegi, podchorążego o pseudonimie “Łoś”. Został ciężko ranny i trafił do szpitala. Następnego dnia Niemcy zbombardowali budynek… Później też miałem dużo szczęścia. Pamiętam, jak ostrzeliwałem pozycje niemieckie na ulicy Wolskiej zza beczek z piaskiem, przez małą lukę między nimi. Zdążyłem wystrzelić kilka magazynków, gdy przyszedł kolega, by mnie zmienić. Już po 10 minutach został trafiony… Na szczęście przeżył, choć do końca Powstania leżał w szpitalu. Nieco mniej szczęścia miałem podczas walk na bazarze między Nowym Światem a ulicą Kopernika. Ostrzeliwaliśmy z kolegą Niemców przez dziurę w murze. Co pewien czas szybko wychylaliśmy się przez nią, strzelaliśmy i cofaliśmy się na swoje miejsca. Ale za którymś razem, gdy tylko wychyliłem się, kula niemal otarła się o moją głowę i wyrwała kawałek ucha. Nie zważałem jednak na to.

Pana rodzina też miała tyle szczęścia?
– Na szczęście moja mama przeżyła. Zginęła natomiast, w trakcie walk w elektrowni na Powiślu, moja jedyna, ukochana stryjeczna siostra, Basia Kieżun. Po upadku Powstania nasze mieszkanie, tak jak cała kamienica, wyleciało w powietrze. Straciliśmy dorobek kilku pokoleń.

Od początku należał Pan do Armii Krajowej?
– Pierwszą naszą – byłych absolwentów Gimnazjum im. Księcia Poniatowskiego – organizacją konspiracyjną była wojskowa organizacja “Bicz”. Już w pierwszych dniach października 1939 r. starszy o jedną klasę gimnazjalną kolega, Adam Rzewuski, który przed wojną zdążył ukończyć roczny kurs Szkoły Podchorążych, zaproponował mi dobranie przeze mnie czwórki kolegów do działania podziemnego w strukturze piątkowej. Z każdej piątki tylko jej dowódca znał wyższego przełożonego.

Jakie były zadania tej konspiracji?
– Naszym pierwszym zadaniem było odnajdywanie ukrytej broni we wrześniu 1939 r. i nauka sztuki wojskowej. Na początku udało się nam znaleźć skrzynkę granatów w Cytadeli. W 1940 r. Niemcy aresztowali dwóch naszych dowódców: Adama Rzewuskiego i Bogdana Grycnera. Grycner zginął w Palmirach, a Rzewuski w obozie koncentracyjnym. Mimo tych strat, działalność konspiracyjna rozwijała się dynamicznie. Coraz częściej jednak ktoś z naszych kolegów, znajomych i członków rodzin ginął na Pawiaku czy w Auschwitz i innych obozach. Coraz bardziej narastała wrogość i chęć odwetu na Niemcach.

W ten sposób spontanicznie rodziło się pragnienie zrywu?
– Taka była wtedy atmosfera. Dlatego analizowanie teraz sensu powstania przez ludzi, którzy nie przeżyli okupacji Warszawy, jest obciążone trudnością wczucia się w tę atmosferę chęci odwetu na Niemcach, narastającą w miarę przedłużania się okresu niemieckiego bestialstwa.

Do samego Powstania Niemcy nie dowiedzieli się o Pana działalności?
– Wiosną 1944 r. przeprowadzili aresztowania w naszej kompanii łączności pułku AK “Baszta”, nazywanej wówczas pseudonimem dowódcy “Lucjan” [Jerzy Stawiński, po wojnie znany pisarz, autor scenariuszy filmowych - przyp. red.]. Dostałem ostrzeżenie, że również jestem zagrożony aresztowaniem. Przeniosłem się do opuszczonego mieszkania, należącego do mojego stryja. Dostałem wtedy przydział do oddziału specjalnego do działań dywersyjnych batalionu “Gustaw”. W mieszkaniu urządziliśmy skład broni naszego oddziału. Przechowywałem: pistolety maszynowe, pistolety ręczne, granaty polskie i niemieckie, amunicję, zapasowe magazynki itd.

Wszystko było przygotowane do Powstania?
– Do akcji dywersyjnych – oczywiście, i do Powstania. Dlatego gdy w lipcu 1944 roku zobaczyliśmy niemieckich maruderów w Warszawie, jadących nawet na chłopskich wozach, nie mogliśmy usiedzieć w miejscu. Podobnie było z resztą warszawiaków. W stolicy zaczęło pojawiać się coraz więcej niemieckich samochodów, uciekały całe rodziny. Widać już było totalny odwrót Niemców. Doszło do tego, że zaczęliśmy kupować broń od niemieckich żołnierzy… Gdyby w takiej atmosferze, jaka zapanowała, Powstanie nie wybuchło, i tak byłoby wiele ofiar. Niemcy bowiem nakazali, żeby 100 tys. mężczyzn – mieszkańców Warszawy – zgłosiło się do kopania okopów. Stawiło się… kilkanaście osób. Niemcy musieli odebrać to jako otwarty bunt. Ich reakcja mogła być tylko jedna – doprowadzić ludzi przymusowo, np. poprzez masowe aresztowania. Inna rzecz, że w moim środowisku nie wierzyliśmy, iż chodzi tu o kopanie okopów, ale o zabezpieczenie się przed Powstaniem poprzez wywózkę, a może i masowe rozstrzeliwania. Niemcy dobrze wiedzieli, że Warszawa jest największym punktem oporu w Europie. Wiadomo było w dodatku, już od 1942 r., że jeśli Hitler wygra wojnę, ze stolicy Polski zrobi 200-tysięczne niemieckie miasto Warschau, bez Polaków… Poza tym coraz częściej nasze oddziały przenosiły broń do punktów zbiórek. A przecież niemieckie patrole też nie spały. Istniało duże ryzyko, że jeżeli jakiś oddział wpadnie, rozpęta się strzelanina, która łatwo mogła się w tak napiętych realiach przerodzić w niekontrolowany wybuch. Moi koledzy mieszkali na Żoliborzu. W takiej sytuacji natychmiast przybiegliby do mojego mieszkania po broń. Zresztą ja sam na pewno pospieszyłbym na pomoc kolegom z innych oddziałów.

Utrzymał Pan broń w mieszkaniu do samego Powstania?
– Gdy 28 lipca 1944 r. nadszedł rozkaz mobilizacji, mieliśmy z dwoma kolegami przewieźć ją na miejsce zbiórki. Pamiętam niezwykłą sytuację. Przewoziliśmy dorożką nasz arsenał w walizkach, gdy nagle na stopień wskoczył niemiecki podoficer… i zażądał, by podwieźć go szybko na czoło maszerującej kolumny żołnierzy. Nieco uspokojeni zaczęliśmy go wypytywać, co się dzieje. Potwierdził, że to klęska Niemców w wojnie z Sowietami i że się ewakuują. Być może jednak dzięki niemu dojechaliśmy niezatrzymywani z Żoliborza aż do ul. Bonifraterskiej.

Czy rzeczywiście realna była groźba niekontrolowanego wybuchu Powstania?
– Niestety tak, z powodów, o których wcześniej mówiłem. Trzeba też pamiętać, że oprócz AK w Polsce i w Warszawie działała też Armia Ludowa. Możliwe było, że to ona pierwsza rozpocznie Powstanie. Tym bardziej że właśnie wtedy nadająca z Moskwy Radiostacja im. Tadeusza Kościuszki zaczęła apele: “Rodacy – nawoływano – chwytajcie za broń. Przyszła chwila zemsty. Armia Czerwona jest blisko, pomożemy wam. Skończy się ten straszny czas okupacji!”. Sam to słyszałem. Mieliśmy możliwość słuchania radia, bo matka jednego z moich kolegów była Niemką i mogła legalnie mieć radioodbiornik. Była przeciwniczką Hitlera, a jej syn wraz z nami brał udział w powstaniu… Po wojnie stanęła przed sądem PRL, ale proces skończył się owacją na jej cześć. Podsumowując, można powiedzieć, że zapanowała wówczas sytuacja jak w greckiej tragedii – było to położenie bez wyjścia.

Dlaczego?
– Ponieważ Powstanie nie zostało jeszcze wystarczająco dobrze przygotowane. Zły był sam moment wybuchu, bo zryw stanowił akt dywersji, a to organizuje się tuż nad ranem, a nie o godz. 17.00. Nie pomyślano też o wykorzystaniu kanałów w celach dywersyjnych. Wykorzystywaliśmy je później, głównie do transportu rannych i przegrupowywania się. Poza tym Stany Zjednoczone Ameryki i Francja przyznały nam prawa kombatanckie, uznając AK za część Polskich Sił Zbrojnych… pod koniec Powstania. Tymczasem taka decyzja powinna być podjęta najpóźniej drugiego lub trzeciego dnia po jego wybuchu. Taka opieszałość w uznaniu nas za armię aliancką miała charakter wręcz zbrodniczy, bo gdy Niemcy pochwycili naszych żołnierzy, to ich mordowali, nawet tych rannych. W ten sposób wymordowali rannych powstańców ze szpitala na Starówce.

Dlaczego alianci tak późno uznali AK za armię sojuszniczą?
– Myślę, że z powodu zdecydowanie prosowieckiej polityki prezydenta USA Franklina D. Roosevelta. Swoje stanowisko wytłumaczył – z zastrzeżeniem zachowania tajemnicy przez 25 lat po swojej śmierci – ks. kard. Francisowi J. Spellmannowi [metropolita Nowego Jorku w latach 1939-1967 - red.]. Hierarcha postanowił interweniować u Roosevelta, gdy ten zdecydował się zawrzeć umowę o pomocy ze Stalinem. Kardynał zaniepokoił się, że władze USA pomagają reżimowi, który prześladuje chrześcijan. Na te uwagi Roosevelt odpowiedział, że po pierwsze – Stalin właśnie ponownie otworzył cerkwie prawosławne w ZSRS, a po drugie – USA po wojnie muszą mieć sojusz ze Związkiem Sowieckim, aby zniszczyć imperializm brytyjski, francuski itd. Amerykański prezydent twierdził, że to USA zaczęły w XVIII wieku proces demontażu kolonializmu brytyjskiego, ale nie został on dokończony. Roosevelt liczył, że po zwycięskiej wojnie z Niemcami doprowadzi w sojuszu z ZSRS do likwidacji kolonializmu. Dlatego nie zgodził się po zwycięstwie w Afryce na propozycję Winstona Churchilla dotyczącą ataku poprzez Grecję, Jugosławię i dalej na północ, aż do Polski, ale zdecydował się uderzyć na Włochy. Nie chcąc psuć sobie relacji ze Stalinem, nie zmusił go też do udostępnienia sowieckich lotnisk samolotom z pomocą dla powstania. Dopiero w drugiej połowie września, po wielu naciskach z różnych stron, doprowadził do zgody Stalina na lądowanie samolotów amerykańskich z bezużytecznymi już dla upadającego Powstania zrzutami broni. Warto też pamiętać, że Stalin groził Rooseveltowi, że jeśli będzie zbytnio na niego naciskał, zawrze rozejm z Niemcami. Działanie przeciwko interesom Polski było więc na rękę Rooseveltowi… Nie chciał, by alianci znaleźli się w Polsce jeszcze przed Sowietami, którzy musieliby wtedy zadowolić się przedwojennymi granicami, co uderzało w ich interesy.

Na konferencji w Teheranie w 1943 r. dokonano podziału Europy na strefy wpływów. Dlatego armie alianckie celowo spowolniły front walk z Niemcami?
– Rzeczywiście, kolejny element, który pogorszył sytuację powstania, to zatrzymanie ofensywy antyniemieckiej przez Stalina, i to przed samą Warszawą. Miało to jeszcze jedną konsekwencję. Na wstrzymaniu działań na froncie wschodnim o pięć miesięcy skorzystali Niemcy, którzy zaatakowali Amerykanów w Ardenach. Ponadto wyhamowanie dotychczasowego szaleńczego wręcz tempa ofensywy antyniemieckiej opóźniło cały wschodni front. Gdyby nie to, Sowieci byliby w Berlinie zapewne w styczniu 1945 r., a nie w maju. To oznacza, że mogliby zakończyć wojnę, dochodząc np. aż do Monachium. A wtedy już nie cofnęliby się. Kontrolowaliby Europę. Roosevelt przystałby na to, bo miałby silnego sojusznika w walce z kolonializmem mocarstw europejskich. A wtedy zapewne do dziś żylibyśmy w PRL. Dlatego można powiedzieć paradoksalnie, że Powstanie uratowało Europę przed komunizmem.

Wątpił Pan w słuszność decyzji o rozpoczęciu walk?
– Nie. Powstanie było mimo wszystko lepszym wyborem. Gdyby nie wybuchło, prawdopodobnie bylibyśmy mordowani tak jak Żydzi w obozach i rozstrzeliwani na ulicach Warszawy. Powtarzam: była to tragedia grecka, każde rozwiązanie było tragiczne. Pamięć o Powstaniu jest bardzo ważna. Kształtuje tożsamość Narodu, tak jak pamięć o holokauście łączy i podtrzymuje tożsamość narodu żydowskiego. Ludzkość powinna jednak wyciągnąć jeszcze inną naukę. Trzeba zrobić wszystko, by nie dopuszczać do wojen. Jest niepojęte, dlaczego światowa historia jest nieustannie teatrem wojny. Przecież nasze życie jest takie krótkie…

Dziękuję za rozmowę.

Za: Nasz Dziennik, Sobota-Niedziela, 31 lipca - 1 sierpnia 2010, Nr 177 (3803)

Za:  http://www.bibula.com/?p=24997