Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna
Sto lat temu zatrzymaliśmy czerwoną zarazę. Odpędziliśmy diabelską hordę precz od naszej stolicy i pognaliśmy ją na wschód, skąd przyszła. Był to wielki, jeżeli wręcz nie największy w dziejach triumf oręża polskiego. Powinniśmy być z niego nieskończenie dumni, pomimo, iż ostatecznie nie rozgromiliśmy bolszewickiej dziczy, a nawet nie wyparliśmy jej z terytorium dawnej Rzeczypospolitej, czego tragiczne skutki spadły na nas już po dwudziestu latach. A jednak bezsprzecznie powstrzymaliśmy jej marsz na zachód, ratując od niechybnej zguby nieświadomą zagrożenia Europę. Jak śpiewa psalmista: „Stało się to przez Pana i cudem jest w naszych oczach” (Ps 118, 23).

Cud nad Wisłą – historia nieopowiedziana

Dlaczego wstydzimy się Cudu nad Wisłą? Bo że tego typu postawę przejawiają liczni Polacy, nie ulega wątpliwości. I to wcale nie ateiści (co wszak w pełni zrozumiałe i szkoda sobie tym głowę zawracać), ale również katolicy, którzy wiarę w Boga mniej lub bardziej otwarcie deklarują, mniej lub bardziej świadomie żyją Ewangelią na co dzień i cudów istnienie mniej lub bardziej uznają. Ale wystarczy, by ktoś choćby napomknął o nadprzyrodzonym aspekcie zwycięstwa nad bolszewikami w sierpniu 1920 roku, a natychmiast wywoła u licznej rzeszy Polaków pełen zażenowania uśmieszek, pogardliwe spojrzenie z góry lub sarkastyczną odpowiedź:

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

Początek sierpnia 1920 roku był w Warszawie gorący. Nie tyle ze względu na letnie upały, co na atmosferę nerwowego wyczekiwania.

Przedwczesny triumfalizm, który na wiosnę rozpalił co bardziej krewkie głowy, prysnął niczym bańka mydlana. Zaledwie trzy miesiące wcześniej nasze wojsko zdobywało Kijów, teraz zaś cofało się przed czerwoną falą, która od pierwszych dni lipca nieustannie parła na zachód.

Warszawę opuszczały kolejne zagraniczne poselstwa. Do końca pozostał tylko nuncjusz papieski arcybiskup Achille Ratti, późniejszy papież Pius XI. Dni cudownie odrodzonej Polski wydawały się być policzone.

W takiej atmosferze, 12 sierpnia, Naczelnik Państwa Józef Piłsudski zwołał spotkanie, w którym prócz niego udział wzięli premier Wincenty Witos wraz z wicepremierem Ignacym Daszyńskim i ministrem spraw wewnętrznych Leopoldem Skulskim. To wówczas Piłsudski na ręce premiera przekazał pismo zaczynające się od słów:

„Wielce Szanowny Panie Prezydencie!

Przed swym wyjazdem na front, rozważywszy wszystkie okoliczności nasze wewnętrzne i zewnętrzne, przyszedłem do przekonania, że obowiązkiem moim wobec Ojczyzny jest zostawić w ręku Pana, Panie Prezydencie, moją dymisję ze stanowiska Naczelnika Państwa i Naczelnego Wodza Wojsk Polskich…”

Dalej Piłsudski obszernie wyłuszczał przyczyny swojej dymisji, co do dziś daje wyznawcom mitu „marszałka” przesłanki do tworzenia dziesiątek teorii spiskowych i pokrętnych hipotez.

Tymczasem w oczach współczesnych zachowanie „Ziuka” było co najmniej… zaskakujące. Szef francuskiej misji wojskowej gen. Weygand, który wtedy przebywał w Polsce, napisał: „(…) wszyscy byli zdziwieni, a ja pierwszy, widząc, że wódz naczelny porzuca kierownictwo całości bitwy (…)”.

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

2 stycznia 2019 roku obchodzimy 80 rocznicę śmierci największego polskiego polityka XX wieku - Romana Dmowskiego. Na pogrzeb w Warszawie w styczniu 1939 roku przybyło około 150 tysięcy Polaków z całego kraju i to mimo tego, że obóz sanacyjny całkowicie zignorował i zlekceważył śmierć tego wielkiego Polaka. Dmowski był jednym z największych myślicieli i pisarzy politycznych; mężem stanu, wizjonerem oraz znakomitym dyplomatą władającym biegle siedmioma językami obcymi. Roman Dmowski był słusznego zdania, że jeśli rozerwani przez trzech zaborców Polacy mają kiedykolwiek wybić się na niepodległość, to muszą stanąć po stronie jednego z dotychczasowych zaborców. Uważał Niemcy za największego i najgroźniejszego wroga Polski, ponieważ stały one jego zdaniem na wyższym poziomie cywilizacyjnym, państwowotwórczym i kulturalnym. Poza tym państwo niemieckie było duże, silne i bardzo sprawne - było ono śmiertelnym zagrożeniem dla całego świata słowiańskiego, a nie tylko Polski.

Ocena użytkowników: 5 / 5

Gwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywnaGwiazdka aktywna

Mówiąc o stratach wojennych spowodowanych agresją i okupacją Niemiec przeważnie mamy na myśli masowe mordy na Polakach oraz niszczenie mienia (budynków, infrastruktury itp.). Mało kto zdaje sobie jednak sprawę ze strat wywołanych rabunkiem polskiego sektora bankowego.

Na okupowanych przez Niemców terenach II RP tuż przed wybuchem wojny funkcjonowało ponad 2 tys. banków oraz instytucji finansowych. Straty w wyniku konfiskat rachunków samego tylko Banku Rolnego wyniosły 1,4 mld złotych przedwojennych. Dziś to równowartość ok. 17 mld złotych (!).

Niemal każdą swoją okupację Niemcy zaczynali od załatwienia dwóch spraw:

1) likwidacji (względnie uwięzieniu) elit patriotycznych i przeciwników politycznych, oraz
2) grabieży tego, co najcenniejsze i najbardziej wartościowe: złota, pieniędzy i dzieł sztuki.

W zakresie realizacji tego drugiego punktu kluczowe było sprawne opanowanie sektora bankowego okupowanego państwa.

Na dzień 1 stycznia 1939 roku całkowita suma aktywów polskiego systemu bankowego i kredytowego szacowana była na 9,567 miliarda ówczesnych złotych (dziś to odpowiednik ok. 115 mld zł) przy środkach bieżących w dyspozycji w wysokości 1,2 miliarda ówczesnych złotych (odpowiednik ok. 14,4 mld zł).
Co równie istotne – tuż przed II wojną światową polskie banki posiadały blisko 4-krotnie więcej złota niż wszystkie banki niemieckie razem wzięte. Wynikało to po części z wycofywania (od drugiej połowy lat 30-tych XX wieku) przez niemieckich Żydów depozytów z banków działających na terytorium III Rzeszy i lokowania ich m.in. w polskich instytucjach finansowych.

Gwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywnaGwiazdka nieaktywna

(...)

Jędrzej Giertych pisał o tym tak:

„O zabójstwie prezydenta Narutowicza

W poprzednim tomie „Komunikatów Towarzystwa im. Romana Dmowskiego”, wydanym na przełomie lat 1970 i 1971, ogłosiłem na str. 569-600 artykuł pod tym samym tytułem, co artykuł niniejszy.
W artykule tym wystąpiłem z hipotezą, że istotnym sprawcą czynu Eligiusza Niewiadomskiego, który prezydenta Gabriela Narutowicza zabił, był obóz piłsudczyków. Podstawą tej hipotezy były dla mnie fakty następujące. Piłsudczycy – z samym Piłsudskim na czele – byli niezadowoleni z wyniku wyborów 1922 roku do Sejmu (także i do Senatu), które przyniosły zwycięstwo przeciwnikom Piłsudskiego i oznaczały odsunięcie Piłsudskiego i jego obozu od władzy. Wypłynęły w najnowszych czasach, głównie w pracach Pobóg-Malinowskiego i Kukiela, ale także i w innych, informacje, że w dniu w którym Narutowicz został zabity, piłsudczycy zamierzali dokonać zamachu stanu, przeprowadzając nie sami, ale rękoma działaczy socjalistycznych, rzeź polityków narodowych, (a) tym samym pozbawiając obóz polityczny, stanowiący najliczniejsze ugrupowanie w parlamencie, całej jego przywódczej elity, oraz doprowadzając do tego, że Piłsudski, jako rzekomo czynnik bezstronny między socjalistami i narodowcami, wkroczy, by położyć kres anarchii i ustanowi porządek, mianowicie swoją dyktaturę. Tym sposobem Piłsudski powróci do władzy jako dyktator, a zwycięstwo wyborcze narodowców i innych przeciwników Piłsudskiego zostanie przekreślone. Dla takiego przewrotu zabójstwo Narutowicza było bardzo dogodną okazją: było ono usprawiedliwieniem aktu zemsty na narodowcach i ich wymordowania. Bez takiego powodu i uzasadnienia rzeź narodowców byłaby czymś nie mającym przyczyny i pociągnęłaby za sobą odwrócenie się od Piłsudskiego i piłsudczyków całej opinii publicznej w Polsce.

Źródła nie znaleziono